Mamma Mia! (Mamma Mia!) – Żadnych pytań

Kategoria: Recenzje
Mamma Mia!
Mamma Mia!
Mamma Mia!

To, czy w ogóle jest sens pisać recenzję „Mamma Mia!”, zależy wyłącznie od przyjętego na samym początku założenia. Pytanie o jakość artystyczną tego filmu należałoby zastąpić pytaniem o intencje twórców. Jednak tego typu dociekliwość nieprzypadkowo uprawnia nauczyciela języka polskiego do natychmiastowej interwencji w dzienniku; ostatecznym odniesieniem zawsze powinien pozostać wyłącznie tekst, ewentualnie uzupełniony o konteksty kulturowe. Odrzucam zatem szatańskie pokusy kryjące się w dramatycznych pytaniach typu: „kicz zamierzony czy niezamierzony?” i prędziutko, hamując zbędne refleksje, biorę na warsztat świecidełko Phyllidy Lloyd.

Historia, jakich niewiele – Donna (Meryl Streep), której duchowe korzenie tkwią mocno w epoce dzieci-kwiatów, wraz z niewinną, pozbawioną dostępu do cywilizacji córką, prowadzi rozpadający się hotel na jednej z bajecznych greckich wysp. Córeczka (Amanda Seyfried), pomimo młodego wieku, szykuje się do ślubu z równie niedoświadczonym przystojniaczkiem. Jest jednak coś, co nie pozwala jej zanurzyć się w oceanie szczęścia całkowicie i nieodwołalnie – brak ojca. Brak, który z chwilą odnalezienia pamiętnika matki, zamienia się w nadmiar. Trzy osoby to już tłum, a tylu właśnie potencjalnych ojców odkrywa bohaterka na podstawie lektury wspomnień mamy. Zaproszenia na ślub rezolutna narzeczona wysyła do wszystkich trzech przeterminowanych żigolaków. Dalej jest już tylko cyrk, karuzela, miłość stara i nowa oraz przynajmniej cztery happy endy, o piosenkach ABBY obecnych od czołówki po napisy końcowe nie wspominając.

Ot, i cała fabuła, znana doskonale miłośnikom scenicznych musicali. Po zwycięskiej kampanii na deskach teatralnych „Mamma Mia!” ruszyła zdobywać ekrany. I co ja mam z tym fantem zrobić? Miało nie być pytań, lecz to akurat stanowi wyjątek ze względu na prostotę z góry narzucającej się odpowiedzi: przyjąć i dobrze się bawić lub całkowicie odrzucić. Nie zależy to wyłącznie od widza. Narząd gustu jest absolutnie autonomiczny, ukształtowany na niepodobieństwo do czegokolwiek, przetaczający emocje bez udziału mózgu. Ten ostatni odpowiada za refleksje, refleksje to często pytania, a pytań w tej recenzji miało nie być. Będą zatem wnioski.

Mamma Mia!
Mamma Mia!

A zatem – bawiłam się świetnie. Piosenki ABBY, kiczowate i beztroskie, znieczuliły mnie skutecznie na brak logiki, wyginającą się dziwacznie pod wpływem zbyt szerokich uśmiechów twarz-gumę Amandy Seyfried, kłujące w oczy kolory i odrealnione landszafty. Wątła fabułka idealnie dopasowała się w przygotowane dla niej przed seansem umysłowe zagłębienie, zapewniając mi poczucie bezpiecznego zadowolenia opisanego niegdyś krótko przez inż. Mamonia. Niezbyt udane fragmenty dialogów nie pozostawiały złego wrażenia, momentalnie tonąc w pomysłowo aranżowanych wygibasach; te bardziej udane autentycznie śmieszyły. Bulwarowa gra, a raczej „gierka” aktorów również stanowiła element skierowanej wyłącznie na cel musicalowej konwencji. A jest nim „wytrącenie” z widza czystych emocji, ich krystalizacja i usamodzielnienie: radość ma być radością, smutek smutkiem, a piosenka piosenką, która albo się podoba i podrywa serce do tańca, albo zmusza do wyjścia z sali. Używając w odniesieniu do aktorów sformułowania „gierka”, miałam na myśli przepływ czystych emocji, nie zaś ignorancję czy brak talentu, tak jak to często bywa w przypadku niektórych komedii. Dlatego uważam za bezcelowe podkreślanie po raz kolejny aktorskiej potęgi Meryl Streep, tym razem na przykładzie „Mamma Mia!”. Owszem, ta aktorka pozostaje wielka zawsze i wszędzie dzięki swojej charyzmie, lecz jej ostatnie dokonanie pokazuje przede wszystkim rewelacyjne wyczucie konwencji, poczucie humoru i zmysł autoironiczny. Legendarna aktorka, zamiast grać, występuje, zamiast wchodzić w rolę, bez trudu wpasowuje się w konwencję. Efekt? Obu stronom zostaje oszczędzony nadmierny wysiłek. Zostaje zabawa.

Nie zamierzam rozwodzić się nad aranżacją piosenek ABBY (wbrew moim przypuszczeniom dość konwencjonalną) ani nad tanecznymi fajerwerkami. Hollywoodzkie musicale, pod tym względem z reguły niezawodne, cieszą ucho i oko, każąc zapomnieć o przesadzie obecnej w każdym ruchu i dźwięku. W filmie takim jak „Mamma Mia!” niezbędna jest konsekwencja, czyniąca kicz prawem obowiązującym, od którego nie może być odstępstwa. Owocowałoby ono natychmiastowym osunięciem się całej konstrukcji w tandetę i wytrąceniem z równowagi nawet mało wymagającego widza. „Mamma Mia!” nie zawodzi, ponieważ cały czas trzyma się raz obranego kursu; ani przez chwilę nie staję się czymś lepszym lub gorszym. Nie jest postmodernistyczną zabawą czy igraszką z konwencją. Nie jest też musicalem zupełnie na serio. Jest rozrywką. To czasem w zupełności wystarczy.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Mamma Mia!
Oryginalny tytuł: Mamma Mia!
Kraj: USA
Wielka Brytania
Rok:
Czas trwania: 108 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Sophie Sheridan
Bill Anderson
Sam Carmichael
Harry Bright
Donna Sheridan
Sky
Rosie
Tanya
Ocena:  6/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!