![]() |
![]() |
![]() |
Nie wiem, jak jest dzisiaj, ale w latach 70. na Long Island było sporo lasów. W lasach żyły sobie jelenie i przenosiły boreliozę, wywołując w okolicy coś w rodzaju lekkiej paranoi. Tak przynajmniej wynika z „Lymelife”, komediodramatu podpisanego przez dwóch braci, Dericka (reżyseria, scenariusz) i Stevena Martini (scenariusz). Borelioza z tytułu jest tu tragikomiczną metaforą życia w ogóle, widzianego z perspektywy piętnastoletniego Scotta Bartletta, typowego nastoletniego nieudacznika. Dziewczyna jego życia, piękna Adrianna Bragg, widzi w nim kogoś w rodzaju młodszego brata, w szkole gnębi go dokuczliwy kolega, w domu pozostaje w cieniu przebojowego brata żołnierza, a jedyne imprezy, na jakie uczęszcza, to potańcówki w kościele. Na domiar złego ma problemy z rodzicami – nie tyle oni z nim, ile właśnie odwrotnie…
„Lymelife” łączy typową dla kina amerykańskiego słodko-gorzką opowieść inicjacyjną z rodzinną psychodramą, w której uczestniczy nie tylko czwórka Bartlettów, ale także trójka Braggów: Adrianna, jej matka i ojciec, który pewnego dnia został na polowaniu ugryziony przez kleszcza. Od tego wydarzenia zmienił się nie do poznania – zaniedbany, zbyt często zaglądający do kieliszka, całe dnie spędza w piwnicy, zmagając się z narastającym pod czaszką boreliozowym szaleństwem, które obrazowo opisuje Scotty’emu jako ciągły odlot na kwasie. Jego żona twierdzi natomiast, że dolegliwości mają podłoże psychosomatyczne. Jakkolwiek by nie było, Charlie nie jest dobrym mężem, choć stara się być dobrym ojcem. Takim ojcem nie jest natomiast zdecydowanie pan Bartlett, nowobogacki twardziel, pozer i kobieciarz, ochoczo pocieszający nieszczęśliwą w małżeństwie Melissę Bragg, zupełnie nie zauważając przy tym zagubienia i osamotnienia własnej żony.
![]() |
![]() |
![]() |
Dzieci natomiast widzą wszystko, są na swój sposób mądrzejsze od rodziców – za nic w świecie nie chcą powielać ich błędów. „Lymelife” pokazuje, że dojrzałość to nie kwestia wieku, że pomimo przeżytych lat człowiek wcale nie staje się rozsądniejszy, że nic nie staje się łatwiejsze. Film oparty jest ponoć na doświadczeniach braci Martini z dzieciństwa – być może stąd bierze się specyficzna, delikatna aura filmu, subtelna, psychologiczna obserwacja zachowań i emocji połączona z podskórnym, wyczuwalnym napięciem, jakby przeczuciem dramatu, który może się tu wydarzyć. Ten portret pozornie uśpionego, zastałego w swoim kształcie, rodzinnego świata na krawędzi, w przededniu katastrofy przywodzi na myśl pamiętną „Burzę lodową” Anga Lee, choć bez jej drapieżności. Bracia Martini umiejętnie żonglują jednak odczuciami widza, zręcznie przeplatając tragizm z komizmem – a może tu tak naprawdę nic się nie wydarzy, może z dużej chmury spadnie mały deszcz, a na przedmieściach Long Island pozostanie dalej tak jak było, choć – jak sentencjonalnie mówi tata Adrianny – jedyne, co pewne w życiu, to zmiany…
Na urzekający klimat „Lymelife” składa się jesienne Long Island, atmosfera późnych lat siedemdziesiątych podkreślana przebojami tamtej ery, nostalgiczno-zabawny portret pierwszej miłości, pierwszych erotycznych wtajemniczeń, pierwszej butelki wina i pierwszego skręta, tragikomiczny trud poradzenia sobie z własną rodziną, którą czasem równie mocno się kocha, jak nienawidzi…
Tu nic nie jest proste ani jednoznaczne – twórcy filmu wystrzegają się przejaskrawień i przerysowań, nie ferują wyroków, nie wskazują palcem winnych i ofiar. Raczej delikatnie zarysowują stonowane portrety psychologiczne swoich bohaterów, w czym wydatnie pomagają im autorzy. Grany przez Aleca Baldwina pan Bartlett w każdej scenie właściwie się zmienia – raz jest kochającym ojcem, który pragnie sprawić przyjemność swej rodzinie, innym razem nieszkodliwym „starym”, oddającym się swoim słabostkom, by za chwilę pokazać twarz agresywnego, opresyjnego tyrana. Jeszcze lepiej wypada postarzały Timothy Hutton jako zaniedbany poczciwiec na granicy szaleństwa, potrafiący jednakże zachować ludzką godność. Głównych bohaterów, braci Bartlettów, grają Culkinowie, Kieran (który do złudzenia przypominał mi tu młodego Martina Sheena) i Rory, zaś Adrianna to pełna wdzięku Emma Roberts, córka Erica i siostrzenica sławnej Julii. Wszyscy oni mają swoistą ekranową charyzmę i potrafią grać.
„Lymelife” to mała perełka, choć na pewno nie jest arcydziełem – pewne rozwiązania i zarysy psychologiczne wydają się znajome, przewidywalne (choć w ostatecznym rozrachunku nie rzutuje to jakoś specjalnie na odbiór całości). Mam jedno małe zastrzeżenie – na miejscu twórców nie stawiałabym kropki nad i, ucinając całą tę historię przed ostatnią sceną…











7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!