UWAGA! Ostatni akapit zdradza ważne elementy zakończenia.
Film Carlosa Reygadasa powstał jakby na przekór tym, którzy twierdzą, że kino to przede wszystkim ruch, akcja – po prostu swoiście pojęte „dzianie się”. Tu dzieje się niewiele, prawie nic. Bo cóż spektakularnego jest w prostej fabule opartej na starej jak świat historii zakazanej pozamałżeńskiej namiętności – Johan jest mężem Esther, poważnym i statecznym ojcem rodziny złożonej z kilkorga dzieci. Od jakiegoś czasu trwa też jego związek z Marianne. Wobec żony mężczyzna czuje przede wszystkim szacunek, wieloletnie przywiązanie i wdzięczność za czułą opiekę nad nim oraz troskę nad dziećmi. To tę drugą kocha i pożąda.
Podobne sytuacje zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać – tutaj jednak twórcy spojrzeli na konflikt obowiązku i namiętności, rozumu i serca, z zupełnie innej, odświeżającej perspektywy. Akcja „Cichego światła” rozgrywa się bowiem w społeczności mennonitów żyjącej w północnym Meksyku (co ciekawe, w filmie wystąpili aktorzy niezawodowi, prawdziwi członkowie tej zamkniętej grupy religijnej, co przydało wydarzeniom aurę niemal dokumentalnego realizmu). Mennonici to potomkowie niemieckich osadników tworzący społeczność wyizolowaną od reszty świata i egzystującą według od lat niezmienianych zwyczajów i tradycji. Oczywiście także norm obyczajowych – w tej przestrzeni surowej prawości i protestanckiej wstrzemięźliwości nie ma miejsca na zdradę małżeńską, a dylemat Johana urasta do rangi nierozwiązywalnego konfliktu sumienia. Mężczyzna czuje się bezradny wobec siły uczucia, którą bezskutecznie próbuje okiełznać rozumem. Żeby było jeszcze trudniej, nie wierzy w przypadkowość dotykających nas zdarzeń. Może więc pojawienie się w jego życiu Marianne to nie żadne dzieło szatana, lecz wprost przeciwnie – element bożego planu? A jeśli tak, to czyż można z tej miłości zrezygnować?
Otwierające film ujęcie nocnego nieba z lśniącymi punkcikami gwiazd sugeruje Bożą obecność – owo tytułowe „ciche światło”, które nieustannie towarzyszy poczynaniom bohaterów. Przede wszystkim pod postacią natury, części dzieła stworzenia. Wschodzące słońce, szczekanie psów, porykiwanie bydła – oto budzi się dzień, konary drzew poruszane wiatrem, pola kukurydzy rozciągające się po horyzont…
Długie, kontemplacyjne ujęcia pozwalają widzowi wtopić się w ekranowy świat przedstawiony, na czas seansu stać się jego częścią. Nie ma muzyki – jedyne dźwięki to odgłosy natury, terkot maszyn, tykanie zegara (motyw czasu jest tu zresztą bardzo ważny – to jedyny element świata, nad którym człowiek – według mennonitów – nie ma władzy; chyba że kocha prawdziwą miłością, która może góry przenosić, jak to pokaże zakończenie). Wszystko dzieje się tu bardzo powoli – cierpliwe oko kamery z uwagą przygląda się kąpieli dzieci, wspólnym posiłkom, pracy, po prostu zwykłemu, codziennemu życiu, które zyskuje tu jednak wymiar metafizyczny. Jest czymś więcej niż tylko tu i teraz. Słów pada niewiele – chwile milczenia zawieszają za to w powietrzu ważne pytania.
Potrzeba wiele cierpliwości, aby zgodzić się na uczestnictwo w tym niemal dwuipółgodzinnym ekranowym misterium, tak różnym od naszych filmowych przyzwyczajeń. Jeżeli jednak przyjmiemy Reygadasowe reguły gry, sami możemy zdziwić się, jak bardzo wciągająca okaże się ta prosta z pozoru historia, która od dramatu namiętności w wymiarze czysto ludzkim niepostrzeżenie przechodzi w opowieść o relacji człowieka i Boga. Warto jeszcze dodać, że „Ciche światło” nie ma nic wspólnego z konwencją typową dla filmu religijnego – zupełnie brak tu patosu i wzniosłości, zamiast tego jest wyłącznie oszczędna codzienność, idealne połączenie treści i formy.
Właśnie – prostota i skromność to słowa, które idealnie oddają istotę filmu Reygadasa. Reżyser nie wdzięczy się do widza, ani też nie stara się epatować go wagą tematu, nie wysyła sygnałów „usiądź prosto i skup się – oto oglądasz wiekopomne dzieło”. Wręcz przeciwnie, jego film jest wręcz programowo nieefektowny, konsekwentnie stąpa po trudnej i wyboistej drodze ekranowej ascezy. Gdy jednak zaakceptujemy konwencję, będziemy mieli o czym pomyśleć po zakończeniu seansu. Duchowość w czystej postaci to temat dzisiaj niemodny, jeżeli już się pojawia, to zwykle dzieje się to w różnych, często podejrzanych otoczkach: a to sensacji, a to świętości (co zresztą często idzie w takich przypadkach w parze).
Reygadasowi udało się jeszcze coś… Połączył pytania o Boga z rozważaniami o człowieku. Pięknie pokazał istotę prawdziwej, idealnej miłości – to całkowite wyrzeczenie się egoizmu, wyzbycie jakże naturalnego (dlatego to uczucie doskonałe) pragnienia posiadania. Najpierw rezygnuje Esther – na własne życzenie odchodzi, w dziwnym akcie rozpaczy niejako przyzywając śmierć. W kluczowej scenie w samochodzie na wieść, że romans trwa, reaguje czysto ludzkim odruchem gniewu wynikającego z bezradności wobec krętych dróg czyichś uczuć. Określa rywalkę mianem przeklętej dziwki, żeby po jakimś czasie powiedzieć o niej biedna Marianne. Zrozumiała – jej mąż kocha tamtą i nikt nie może nic na to poradzić. Może więc lepiej odejść w jedyny możliwy w jej sytuacji sposób, by nie stać na jego drodze do szczęścia? Jej decyzja jest tak naturalna… Nie ma w niej nic z pretensjonalnej ofiary – to tylko niepojęta moc miłości. I tylko miłość kieruje Marianne, gdy w ostatniej, zaskakującej scenie, będącej cytatem ze „Słowa” Dreyera – zwraca Esther mężowi, albo raczej jego oddaje jej. On zaś już się nie waha – wie, przy kim powinien pozostać. Miłość jest cudem – potrafi zawieszać prawa czasu. Zaburzona harmonia świata wraca do równowagi – znów nastaje spokój pod czujnym i opiekuńczym firmamentem gwiazd…









8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!