Motto ze „Statku pijanego” Artura Rimbauda, gdzie motyw wędrówki stanowi metaforę ludzkiego życia, w czytelny sposób podpowiada, iż klucza do najnowszego filmu Jima Jarmuscha należy szukać w symbolizmie, a więc to, co zobaczymy na ekranie, będzie nie tyle historią, co rodzajem szyfru do odczytania, ekranową łamigłówką, którą powinniśmy starać się rozwiązać. Może zresztą nie tyle rozwiązać, bo jest to niemożliwe, ile w postmodernistycznym stylu pobawić się w dekonstrukcję, podsuniętymi przez reżysera tropami dojść do kontekstów, trochę jak w Witkacowskiej Czystej Formie, swoistej układance, w której poszczególne części składowe żyjące własnym życiem składały się na obraz całości niebędącej opowieścią, fabułą, historyjką, lecz przeżyciem metafizycznym.
![]() |
![]() |
Tak też jest i tu – zadaniem filmu jest wprawienie widza w hipnotyczny trans, porwanie go w świat obrazów i dźwięków ważniejszych od znaczeń. Te są bowiem tylko pretekstem, umownymi figurami. Czytelne klisze w tym konkretnym przypadku służą wyłącznie zmyleniu odbiorcy, który z racji swych ekranowych przyzwyczajeń do tradycyjnej narracji skłonny jest raczej, by zachować się jak dzieci spotkane przez Samotnego Mężczyznę na jednym z hiszpańskich placów – bohater ubiera się specyficznie, a więc to pewnie gangster. Mamy fortecę, której strzegą uzbrojeni strażnicy, milczący samotnik patrzy i rozważa – montaż sugeruje, że teraz zobaczymy akcję zdobywania twierdzy, tymczasem… cięcie i bohater już JEST w środku, spokojnie siedzi sobie na kanapie w gabinecie wroga.
„Limits of Control” przypomina puzzle, na które można spojrzeć na dwa sposoby: jako na całość, historię-hipnozę, z którą jest dokładnie tak, jak z filmami Lyncha. Ważniejsze jest to, by je ODCZUĆ, mniej ważne – by zrozumieć. Zupełnie tak jak ze snami – od symboli prosta droga wiedzie przecież do snów, a może odwrotnie? Monotonna, rytualna powtarzalność czynności i zachowań, urwane tropy, niewyjaśnione zdarzenia, surrealno-oniryczny klimat, mówiący zagadkami bohaterowie – wszystko to przywodzi na myśl sen. A jeśli sen, to tak jak w marzeniu sennym każda postać, słowo, przedmiot, ma swoje wyjaśnienie, skądś się bierze, coś oznacza… Ponieważ zaś sny trudno odczytywać dosłownie, każde odnalezione znaczenie będzie też tylko próbą wyjaśnienia, rodzajem interpretacji…
![]() |
![]() |
Można więc po kolei brać w palce każdy element Jarmuschowej układanki, postmodernistycznie obracać go pod światło i tropić nici sensów, które odsyłają nas w bogatą materię filmu i malarstwa. I tak, w wąskich uliczkach Hiszpanii, które bohater przemierza zawsze SAM, przegląda się pittura metafisica Giorgia de Chirico, kompozycja kadru we wnętrzach przywodzi na myśl minimalizm i samotność u Edwarda Hoppera, Juan Gris to Skrzypek, kombinacja turkusu i żółci, w hotelowym pokoju czeka na przybysza z Ameryki żywcem wzięta z obrazu „Desnudo” Roberto Fernandeza Balbueny naga dziewczyna o kształtach gitary, „Madrit Desde Capitan Haya” Antonia Lopeza Garcii niepostrzeżenie i płynnie przechodzi w widok Madrytu z okna bohatera…
Obrazy oglądane przez Samotnego w Muzeum Królowej Zofii jak we śnie wychodzą z ram i schodzą do widza, kolejne kadry stają się malarskimi kompozycjami z udziałem bohaterów, wnętrz i pejzażu. Życie splata się ze sztuką, czyniąc z „Limits of Control” ruchomy obraz – zresztą nie tylko obraz, raczej dzieło sztuki oddziałujące na widza w tym samym stopniu poprzez elementy wizualne (kolor, wystudiowana kompozycja kadru itd.), jak i dźwiękowe, muzyczne (oniryczno-psychodeliczne dźwięki The Bad Rabbit, wywołujące niepokój oraz konsekwentnie budujące atmosferę Tajemnicy). A gdzie tu miejsce na kino? – można zapytać. Na pewno nie na tradycyjnie rozumiane, bo – jak już wspomniałam – fani fajerwerkowej narracji nie mają czego w najnowszym filmie Jarmuscha szukać, znuży ich tylko i zirytuje (skądinąd nie dziwią skrajne oceny wystawiane „Limits of Control – nie każdemu taka forma kina musi pasować, nie każdy może/umie odnaleźć w sobie cierpliwość i dobrą wolę, by poddać się Jarmuschowej zen-kontemplacji).
![]() |
![]() |
Opowieść o samotniku z Ameryki pełnymi garściami czerpie jednak z historii kina, od inspiracji „Zbiegiem z Alcatraz” poczynając, poprzez nowofalowy sposób narracji, Lynchowskie tchnienie Tajemnicy, Hitchcockowe sugestie, spaghetti westernowe pejzaże, na dialogowych odniesieniach do Kaurismäkiego i autocytatach kończąc. Postacie „Limits of Control”, jak przystało na ekranowy symbolizm, kodują w sobie poszczególne znaczenia, są rodzajem kluczy (o czym świadczy choćby fakt, że nie mają imion i nazwisk – nazywają się Samotnik, Skrzypek, Blondynka itd.), ale także tkwią w materii kina, z niej czerpiąc swą genezę.
I tak, Tilda Swinton w kowbojskim kapeluszu i z noir-platynowymi włosami kojarzy się z Hitchcockiem, ale także jest zwiastunką Tajemnicy, Bernal to „Truposz”, narkotyczno-psychodeliczna metafizyka, Bill Murray to amerykański bezduszny kapitalizm, naga Paz de la Huerta to symboliczno-erotyczna Nieznajoma, fantazmat wszystkich kobiet, które na ekranie uwodzą bohaterów i wciągają ich w rozmaite niebezpieczne historie (inna sprawa, że nasz Samotnik, wzorem Walkera z legendarnego filmu Johna Boormana, całkiem skutecznie potrafi się jej oprzeć). Każda z tych (i pozostałych) postaci to odsyłacz do kolejnych kręgów znaczeń, z których po seansie można składać sobie kolejne historie, bawić się w kolejne interpretacje, bowiem celowo i programowo nie ma tu tej jednej, właściwej – „Limits of Control” to bardziej impresja, ekranowa zabawa formą i treścią niż poukładana, fabularna historia.











7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
filmu jeszcze nie widziałam – generalnie nie ogarniam jarmuscha – ale proszę, niech ktoś zlikwiduje te pogrubienia:)
tekst oczywiście fajny:) ArteClaireCytuj