![]() |
![]() |
![]() |
Nie od dziś wiadomo, że na tym świecie dzieją się rzeczy, które nie śniły się filozofom. Każdy zainteresowany kinem wie również, że na wzgórzach Los Angeles w miejscu zwanym Hollywood dzieją się rzeczy, które nie śniły się nawet fantastom. Jedną z nich jest czwarty Indiana Jones. Gdyby, dajmy na to, 10 lat temu ktoś mi powiedział, że krążące od dawna plotki o powstaniu czwartej części przygód mojego ulubionego filmowego archeologa urzeczywistnią się dopiero dziesięć wiosen później, nie uwierzyłbym. Mało prawdopodobne, żeby Ford, nie będący już wtedy młodzieniaszkiem, sięgnął po kapelusz i pejcz dopiero dobijając powoli do siedemdziesiątego roku życia. Wręcz niemożliwe! A tymczasem papcio Lucas zagrał mi na nosie, mówiąc: „A takiego! Właśnie, że możliwe” i, co ciekawsze, miał rację…
Zanim ruszę dalej, ostrzegę dla czystego sumienia, że w tekście zdradzę niejedną z tajemnic fabularnych, więc radzę osobom, które nie widziały filmu, a są wrażliwe na takie rzeczy, by uprzednio skierowały się w stronę kas biletowych i powróciły w późniejszym czasie. Po tej sugestii – konkrety: fabuła czwartego filmu serii zbudowana jest wokół tytułowej Kryształowej Czaszki. W całą aferę Indiana zostaje wplątany przez niejakiego Mutta Williamsa, będącego, jak się okazuje, synem pewnej dobrej znajomej archeologa, nieobcej również fanom serii. Profesor Jones początkowo zamierza jedynie pomóc w odnalezieniu starego przyjaciela zaginionego podczas poszukiwań rzeczonej Czaszki. Jednak – swoim zwyczajem – wkrótce wplątuje się w aferę, w którą zamieszani są komuniści oraz …kosmici. Tak jest, plotki od dawna krążące po Internecie okazały się prawdziwe – w czwartej części duet Spielberg-Lucas przywalił ostro, sięgając po istoty z innej planety. Czy to dobrze, czy źle, zależy przede wszystkim od podejścia do filmu, ale do tego tematu wrócę później.
Czwarta odsłona serii klasycznie rozpoczyna się od dynamicznego prologu, w którym poznajemy nowych bohaterów. Początek – co trzeba zaznaczyć – wywołuje dość mieszane reakcje. Udowadnia zasadność wszystkich przedpremierowych obaw, jednocześnie pokazując, że aż tak nie rzutują one na odbiór całości i przy odrobinie dobrej woli można się na filmie dobrze bawić. Zacznijmy więc od głównego bohatera, a konkretnie jego kondycji fizycznej. Na początku odczuwa się pewien dyskomfort patrząc na nieco ociężałe ruchy Harrisona Forda i widząc, jak jest okładany przez znacznie młodszych od siebie przeciwników. A jednak, o dziwo, szybko przestaje to być problemem – w toku akcji szybko zapominamy o wieku aktora. Wręcz potrafi on nawet zadziwić sprawnością i jedynie raz na jakiś czas niedyskretny kaskader zastępujący go w co bardziej forsownych ujęciach, czy też pewna niezgrabność ruchów, widoczna chwilami przy praniu przeciwników po mordzie, przypomina nam o tym, że bohater lata młodości ma już dawno za sobą. O ile jednak nie odczuwa się aż tak bardzo wieku aktora, tak już w wyraźny sposób zauważalna jest utrata lekkości, z jaką Ford wcielał się w postać Indiany Jonesa. Bezpowrotnie znikł jego firmowy łobuzerski uśmieszek, błysk w oku także już nie ten co dawniej, brak dawnej finezji i niewymuszonej fantazji – nierzadko rzuca się to bardziej w oczy, niż mniejsza sprawność fizyczna aktora, paradoksalnie więc, to właśnie po tych elementach najsilniej widać piętno odciśnięte na aktorze przez czas.
![]() |
![]() |
![]() |
W prologu mamy okazję poznać również głównego przeciwnika naszego bohatera, czyli Irinę Spalko, zagraną, jak zwykle brawurowo, przez Cate Blanchett. Z brawurą bywa jednak często taki problem, że łatwo przy niej o przeszarżowanie roli i zapewne niejeden powie, że tak było i tutaj. Wygląd, sposób bycia i silny rosyjski akcent u wielu widzów wywoływały negatywne reakcje. Mnie, szczerze mówiąc, postać ta nie tylko nie wadziła, lecz wręcz nawet przypadła do gustu. Jasne, że jest solidnie przerysowana, ale w znośnym komiksowym stylu od zawsze obecnym w filmach z serii.
Druga kontrowersyjna postać to Mutt Williams, w którego wcielił się postrach wszystkich zniesmaczonych „Transformersami”, czyli Shia LaBeouf. Powiem szczerze, że to właśnie on najbardziej odstręczał mnie od tego filmu. Jakkolwiek w epizodycznej roli we „Wszystkich twoich świętych” spisał się pierwszorzędnie, tak już jego późniejsze kreacje we wspomnianych wyżej filmach zapisały się raczej negatywnie w mojej pamięci. Jak się jednak okazuje, pod okiem sprawnego reżysera aktor ten potrafi rozwinąć skrzydła. I o ile widząc go pierwszy raz na ekranie, wjeżdżającego na peron na motorze, ubranego jak Marlon Brando w „Dzikim”, parsknąłem pod nosem, tak już podczas następującej po tym sceny w barze zrozumiałem, że będę zmuszony odszczekać swoje lekceważące słowa. LaBeouf z wdziękiem i lekką ironią wciela się w stereotypowego buntownika z lat 50. Młody aktor wyraźnie bawi się swoją postacią, z wyczuciem przerysowując jej zachowanie. Za to wielkie brawa i lekki wzrost poziomu zaufania do Shii, które zapewne zostanie ponownie nadwyrężone przy okazji „Transfomersów 2”.
Z ważnych dla fabuły postaci mamy tu jeszcze średnio udaną postać Maca (w tej roli Ray Winstone znany z „Sexy Beast”), idealnie wyważoną kreację Johna Hurta jako zbzikowanego profesora Oxleya oraz lekko pozbawioną wyrazu Karen Allen, powracającą do roli Marion Ravenwood. Czas, jaki upłynął od powstania „Poszukiwaczy zaginionej Arki”, nie był łaskawy dla aktorki. W jej roli brakuje dawnego błysku szelmostwa i chojractwa z pierwszego filmu. Teraz kreacja w dużej mierze ogranicza się do rozdziawiania buzi, co ma obrazować mieszankę rozbawienia z zaskoczeniem. Niewątpliwie długoletnia aktorska przerwa miała duży wpływ na poziom jej gry.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
No dobra, ja tu gadu-gadu o aktorach i bohaterach, a tymczasem jeszcze słowem nie wspomniałem o chyba najistotniejszej kwestii – czyli o tym, jak poziom filmu ma się do swoich zacnych poprzedników. O dziwo, całkiem nieźle. Choć niewątpliwie jest to najsłabsza część (co zapewne nikogo nie zdziwiło), mimo wszystko bez żenady DVD z tym filmem postawiłbym na jednej półce obok starej trylogii. Bo też dzieje się tu dużo, nawet bardzo dużo. Znacznie mniej tym razem mamy momentów do zaczerpnięcia tchu. Czegóż to bowiem tandem Spielberg-Lucas nie wymyślił w celu zaskoczenia widza… Mamy tu wykaraskanie się z wybuchu bomby atomowej dzięki lodówce, bujanie się na lianach niczym Tarzan, atak krwiożerczych mrówek, rajd przez dżunglę jeepami, połączony z przeskakiwaniem pomiędzy pojazdami, pojedynki na rapiery oraz smaganie młodego Mutta gałęziami po kroczu. Jak widać, zakres i poziom atrakcji bywa różny i nierzadko kontrowersyjny. A jednak nie da się ukryć, że emocje przed wybuchem bomby są pierwszorzędne – naprawdę z zaciekawieniem czeka się na to, jak bohater wybrnie z opałów. Fruwanie w lodówce bawi, a widok Indiany na przepięknym tle grzyba atomowego cieszy wizualnie. A że jest to niemiłosiernie głupie i w gruncie rzeczy odczuwa się wstyd, że łyknęło się takie coś bez cienia żenady, to inna sprawa.
Podobnie ma się sprawa z szybującym na lianach Shią. Racja, patrząc z perspektywy czasu, był to obciach do potęgi, a jednak jakoś nie wadzi wielce podczas seansu. Takie coś twórcy sobie wymyślili, i ja przyjąłem to (być może niejako na wyrost) jako nawiązanie do klasycznych filmów przygodowych, z których seria od zawsze czerpała garściami. A scena z mrówkami i pościg przez dżunglę jeepami, jakkolwiek nieco mechaniczne, bez polotu i emocji cechujących poprzednie filmy, jednak bawią i mimo wszystko wpisują się w dość luźne reguły kina przygodowego.
O wiele gorzej ma się sprawa z finałem, który wyraźnie odstaje od dotychczasowej typowej dla serii konwencji kina przygodowego przyprawionego elementami nadprzyrodzonymi. Już Daenikenowskie motywy przewijające się przez cały film nieco przeszkadzają, a co dopiero taka dosłowność, jak pokazanie kosmitów i odlot ich statku – w niejednym fanie serii na pewno wywołało to straszliwy niesmak. Ja osobiście od dawna przypuszczałem, że czymś takim zostanę potraktowany, miałem więc czas na przetrawienie tego i względnie bezbolesne przyjęcie do wiadomości takiego, a nie innego finału. Skądinąd jednak w pełni rozumiem osoby, które nie potrafią zaakceptować tego rozwiązania. Nie da się bowiem ukryć, że jest to zwrot akcji dość niefortunny, zważywszy na stylistykę części poprzednich.
A zatem, jaki „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” jest, każdy widzi. Przyglądając się bohaterom, aktorom i samej realizacji technicznej, wyraźnie dostrzegamy, że dzisiejszego Indianę od poprzednich dzieli cała epoka. Współczesne kino rozrywkowe rządzi się swoimi prawami, czas także robi swoje, aktorzy, którzy dawno temu osiągnęli wiek dojrzały, samych siebie nie przeskoczą (tym samym na zbytnie szaleństwa ekwilibrystyczne pozwolić sobie nie mogą), wizja kina przygodowego Stevena Spielberga i George’a Lucasa przez ten czas ewoluowała, a oczekiwania widzów również się zmieniły. Ten film po prostu nie mógł być taki jak jego poprzednicy. A jednak nie da się ukryć, że porządnie przedobrzono w wielu momentach. Realizm, który naginano (i przeginano) już we wcześniejszych częściach, tutaj w ogóle odesłano do lamusa. Jednak wciąż jest to solidne kino przygodowe i jako dostarczyciel porządnej rozrywki nadal spisuje się zawodowo. Stąd moja ocena pozostaje dosyć wysoka i nie wykluczam, że po powtórnych seansach w przyszłości może się zmienić na gorszą. Na razie jednak nie mogę udawać, że nie bawiłem się na filmie przednio. Może i było to bez emocji, jakie towarzyszyły seansom poprzednich części, ale o to niestety coraz ciężej we współczesnym kinie rozrywkowym. Dzisiaj w cenie jest zaproponowanie widzowi przyjemnie spędzonego przed ekranem czasu bez nudy i tandety. „Indiana Jones” właśnie to mi zaoferował i dlatego nie miałem serca go zjechać, chociaż dawał ku temu niejeden powód.















8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!