King Kong (King Kong) – Piękna i bestia

Kategoria: Recenzje
King Kong
King Kong
King Kong
King Kong

Wielkie stworzenia pustoszące ogromne metropolie przyciągały uwagę widzów niemalże od powstania kinematografu. Nieważne czy były to różne japońskie Godzille i Mechagodzille, T-Rexy w „Zaginionym świecie” oraz wielkie małpy wspinające się na szczyt Empire State Building w poprzednich „King Kongach”, nie wspominając już o ciasteczkowej istocie w „Shreku 2” czy też piankowym marynarzyku w „Pogromcach duchów” – wszystkie one znajdowały widownię oglądającą ich wyczyny z przejęciem. Jednak wraz z nadchodzącym końcem ubiegłego stulecia zainteresowanie „monster movies” drastycznie spadło. Co prawda kolejne filmy o „Godzilli” wciąż znajdowały rzesze fanów, głównie w rodzimej Japonii, ale przecież nie od dziś wiadomo, że to dziwaczny naród podniecający się najbardziej przedziwnymi rzeczami. O ile Spielbergowski „Jurassic Park” odniósł na zachodzie ogromny sukces, tak już jego sequel o wiele przecież bliższy klasycznym „monster movies” został chłodno przyjęty, a o trzeciej części lepiej już nawet nie wspominać. Również próba przeniesienia fenomenu Godzilli na rynek amerykański zakończyła się fiaskiem i jakikolwiek sequel tego filmu nie wchodził w rachubę.

W tak niesprzyjającym okresie pewnemu entuzjaście z Nowej Zelandii zachciało się nakręcić remake klasycznego „King Konga”. Miał on do tej pory na koncie jedynie tandetne horrory gore uchodzące wprawdzie w pewnych kręgach za kultowe, ale mało interesujące finansowo dla żądnych zysków producentów z Hollywood oraz film o młodych niewiastach połączonych związkiem, który zdecydowanie nie spodobałby się posłowi Giertychowi. Sytuacji reżysera nie polepszał fakt, że jego ostatnie dzieło opowiadające na wesoło o duchach okazało się produkcją średnio udaną. Właściwie jedynie ogromna pasja tego twórcy do tworzenia filmów mogła działać na jego korzyść. Jak już jednak wspominałem, nie był to dobry czas na kolejną produkcję o wielkim zwierzaku pustoszącym miasto, więc młody reżyser został odesłany z kwitkiem. Byłby to może koniec tej historii, jednak dosyć niespodziewanie nasz bohater miał przyjemność stworzyć wielkie widowisko, oparte na pewnej dość znanej książce, które przy okazji zebrało pokaźny zestaw Oskarów oraz osiągnęło imponujące zyski finansowe. Po tym sukcesie producenci byli gotowi finansować temu twórcy każdy projekt, nawet gdyby zamarzyło mu się zrobienie nowej wersji „Wodnego świata”. Peter Jackson, bo o nim oczywiście mowa, postanowił kuć żelazo póki gorące i wykorzystując zdobyty właśnie kredyt zaufania oraz sztab ludzi wykwalifikowanych w tworzeniu efektów specjalnych, zrealizować swoje stare marzenie. Tak doszło do powstania bohatera tej recenzji, czyli filmu „King Kong”.

O czym jest „King Kong” wie chyba każdy. Co prawda osoby mające kontakt jedynie z wersją z roku 1976, mogą być nieco zaskoczone widząc na Wyspie Czaszki dinozaury. Kto jednak miał okazję obejrzeć klasyczną wersję z roku 1933, poczuje się jak w domu. Film Petera Jacksona jest w zasadniczych punktach scenariusza wierną kopią tamtego dzieła.

King Kong
King Kong
King Kong
King Kong

Historia opowiada o ekipie filmowców płynących na tajemniczą Wyspę Czaszki, której nie sposób znaleźć na żadnej z oficjalnych map geograficznych. Ekipie marzą się malownicze plenery, ale szybko okazuje się, że na wyspie znajdą coś, co daleko wykroczy poza ich najśmielsze wyobrażenia o tym miejscu. Niezwykła wyspa zamieszkiwana jest przez prehistoryczne dinozaury oraz nad wyraz pokaźnych rozmiarów małpę mającą najwyraźniej słabość do ładnych blondynek. Bardziej materialistyczni członkowie załogi od razu dostrzegają w tej sytuacji szansę na znaczny zarobek. Małpa przy niemałych problemach zostaje schwytana i przetransportowana do Nowego Jorku, w którym ma zabawiać tamtejszą gawiedź spragnioną mocnych wrażeń.

Film Jacksona dzieli się zasadniczo na dwie części: pierwszą, która pokazuje przygotowania do wyprawy, podróż i relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami oraz drugą, która rozpoczyna się wraz z dopłynięciem przez bohaterów na wyspę. Jackson nie próbuje wzorem podobnych filmów przeskoczyć jak najszybciej od części wprowadzającej do głównej atrakcji filmu. Reżyser nie spieszy się także, żeby zaprezentować nam, co stworzył wraz ze specjalistami od efektów komputerowych, spokojnie zapoznaje nas z bohaterami, buduje w widzu przywiązanie do nich i co najważniejsze, robi to w niezwykle sprawny sposób. Nie odczuwamy znużenia oczekując ze zniecierpliwieniem na pierwsze pojawienie się na ekranie tytułowej małpy. Historia pasażerów i marynarzy ze statku S.S.Venture jest na tyle interesująca, że spokojnie tylko na niej mógłby zostać oparty cały scenariusz tego filmu.

Należy również wspomnieć słowo o naprawdę dobrym aktorstwie. Naomi Watts oprócz tego, że potrafi wydobyć ze swojego gardła naprawdę imponującą ilość decybeli, tworzy interesującą, wiarygodną emocjonalnie kreację udowadniając, że nie bez kozery była niedawno nominowana do Oskara. Także Adrien Brody jest dowodem na to, że Akademii zdarza się podejmować trafne decyzje. Choć na pozór zupełnie nie posiada warunków pretendujących go do objęcia roli bohatera kina przygodowego, to jednak widać, że czuje się w takiej roli zadziwiająco dobrze i z całą pewnością można uznać to za trafny wybór reżysera. Warto także wspomnieć o Andym Serkisie, który oprócz tego, że wcielił się w rolę małpy, stworzył również barwną postać marynarza, specjalizującego się w gotowaniu potraw dość dyskusyjnych pod względem atrakcyjności wizualnej. Aktor po raz kolejny pokazuje, że jego specjalnością jest tworzenie intrygujących postaci drugoplanowych.

King Kong
King Kong
King Kong

Nie da się jednak ukryć, że to nie historia marynarzy miała przyciągnąć widzów do kin i to nie o nich pragnął przez tyle lat opowiedzieć reżyser. Głównym celem było odświeżenie wizerunku King Konga i moment jego prezentacji musiał niechybnie nadejść. Wraz z dopłynięciem bohaterów do wyspy akcja rusza z kopyta, twórcy serwują widzowi serię podnoszących poziom adrenaliny scen, które prowadzą do pierwszego spotkania postaci z wielka małpą oraz resztą prehistorycznego inwentarza. Nie ukrywam, że w dzieciństwie dinozaury były mi bardzo bliskie, początki mojego zainteresowania nimi były niejako związane z filmem Spielberga, choć to nie dzięki niemu odkryłem te fascynujące zwierzęta. Teraz mając kolejną okazję oglądać na ekranie najprzeróżniejsze gatunki tych gadów, w tym trio T-Rexów, poczułem się niczym dziecko w wesołym miasteczku. Wygląd dinozaurów nie próbuje konkurować z tymi stworzonymi przez ekipę Spielberga. Twórcy podążyli w nieco innym kierunku zakładając, że skoro dinozaury przeżyły na wyspie kolejne kilka milionów lat, nie mogła ich ominąć ewolucja. I to widać po ich wyglądzie nieco odbiegającym od tego znanego nam do tej pory. Spece od f/x popuścili wodze fantazji, racząc nas całą serią scen, w których na pierwszy plan wysunięto gady, ludzkich bohaterów traktując niczym mrówki pałętające się im pod nogami. Największe wrażenie robi chyba scena w kanionie, kojarząca się nieco z Królem Lwem, oraz pojedynek, w którym Kong niczym zapaśnik wolnej amerykanki okłada się z trzema T-Rexami w obronie swojej „wybranki”. Niemniej powalającą sceną, choć już bez udziału dinozaurów, jest finałowy szturm eskadry dwupłatowców nad szczytem Empire State Building. Patrząc na takie ujęcia, człowiek zaczyna tęsknić za porządnym filmem opowiadającym o podniebnych pojedynkach. Choćby dla tej kilkuminutowej sceny finałowej, warto obejrzeć „King Konga” w kinie.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że reżyser zachwycony tematyką i możliwościami komputerów trochę za bardzo się w tym wszystkim zatracił, nie potrafiąc w odpowiednim momencie powiedzieć sobie: stop! Powoduje to w widzu uczucie przesytu. Jackson przesadził z długością swego filmu, za dużo chciał w nim opowiedzieć i zbyt wiele pokazać. Jednak nie potrafię tego uznać za dużą wadę filmu, który jest wręcz przepełniony pasją reżysera i można to odczuć na każdym kroku. Ten obraz nie powstał z wyrachowania, ale jako spełnienie marzeń z dzieciństwa i już to warte jest docenienia. Na przekór początkowym niepowodzeniom i ostrzeżeniom sceptyków Jackson uparł się, by zrobić film, o którym marzył od dziecka. Może temat nie jest już tak nośny jak kilka dekad temu, może i nie przyciągnie takiej widowni jak „Władca pierścieni”, ale za to wielu widzom przypomni dlaczego wciąż warto chodzić do kina.

„King Kong” pokazuje, że trylogia na podstawie powieści Tolkiena nie była szczytem osiągnięć Jacksona. Reżyser najwyraźniej nie zamierza osiąść na laurach i wciąż jeszcze potrafi wbijać widzów w fotele kinowe. Pomimo, że to niewątpliwie odgrzewany kotlet, to podany jest z na tyle smakowitymi dodatkami i oblany tak znakomitym sosem, że z pewnością mogę go polecić każdemu, kto ma ochotę na niezobowiązującą rozrywkę w kinie. Dobra zabawa gwarantowana, ale ostrzegam, by z racji długości seansu wybierać kina z wygodnymi fotelami.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: King Kong
Oryginalny tytuł: King Kong
Kraj: USA
Nowa Zelandia
Rok:
Czas trwania: 187 minut
Reżyseria:
Scenariusz:


Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Ann Darrow
Carl Denham
Jack Driscoll
Kong/Lumpy
Captain Englehorn
Preston
Hayes
Jimmy
Choy
Bruce Baxter
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!