![]() |
![]() |
![]() |
Muszę uczciwie przyznać, że Tarantino tym filmem wystawił na ciężką próbę moją głęboką wiarę w niego. Podzielenie historii na dwa segmenty, ustalenie daty ich premier z kilkumiesięczną przerwą, zakończenie pierwszej części ocierające się o motywy stosowane w telenowelach brazylijskich – to wszystko śmierdziało mi skokiem na portfele fanów. Obawiałem się, że sprytny twórca postanowił zarobić dwukrotnie na tej samej historii. Na szczęście wszystkie moje wątpliwości rozwiały się wraz z premierą drugiej części filmu.
Fabuła jest oczywiście bezpośrednią kontynuacją tego, co oglądaliśmy w „Kill Bill vol.1”. Wciąż więc obserwujemy krwawą drogę głównej bohaterki ku wendecie za śmierć bliskich, prowadzącą przez wiele państw i tabuny zaszlachtowanych ludzi. Jednak już po pierwszym rozdziale tego filmu widzimy, że tym razem wesoło-pastiszowa konwencja została porzucona, a historia nie opiera się już w znacznej części na wesołej masakrze. Okazało się, że oba filmy dzieli coś więcej niż jedynie numerek w tytule. Tym razem mamy znacznie więcej „Tarantino w Tarantino”. Krwawa rzeźnia została porzucona na rzecz znakomitych dialogów, zaś zabawa konwencją na oddanie hołdu różnym filmowym fascynacjom reżysera, od spaghetti westernów poczynając, na klasycznych już horrorach kończąc. Szczątkowa dotychczas fabuła została znacznie rozwinięta, a relacje ścigająca-ścigany znacznie „pogłębione”. Osoby spodziewające się więcej tego, co widzieliśmy już w pierwszej części czy też efekciarsko rozbuchanego finału z wnętrznościami spływającymi po ekranie, mogły się poczuć zawiedzione. Ja jednak poczułem się jak w domu, otrzymując po tylu latach przerwy takiego Tarantino, jakiego najbardziej lubię.
Postać głównej bohaterki tym razem znacznie ewoluuje. Podczas gdy w pierwszej części była niczym robot, który z chirurgiczną precyzją wyżyna zastępy wrogów i nie pozwala sobie nawet na chwilę słabości, tak teraz została przedstawiona od delikatnej, kobiecej strony jej natury, pragnącej miłości oraz szczęścia dla swojego dziecka.Bohaterka przestaje być bezlitosną heroiną. Zaczyna się jawić jako lękająca się o swoje dziecko kobieta, u której rozbudziły się uśpione dotąd instynkty macierzyńskie, a o które nikt – łącznie z nią samą – by jej nie podejrzewał. Sceny przedstawiające ją od tej strony, chociaż spowalniają tempo filmu i klimatycznie przeskakują na drugi biegun w stosunku do tych z pierwszej części, nadają filmowi jakże innego, ale za to niemniej interesującego wydźwięku.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Drugą osobą, która w naszych oczach zaczyna się jawić w nowy sposób jest tytułowy Bill, którego wreszcie możemy ujrzeć w pełnej krasie. Stanowiący dotychczas mroczne fatum, nieuchwytny cel do którego dąży bohaterka, nabrał cech ludzkich, stając się istotą z krwi i kości, ze swoimi wadami i zaletami. Tarantino zakpił sobie z widowni, przedstawiając go jako sympatycznego, pełnego nieodpartego uroku uwodziciela, obdarzonego subtelnym humorem staruszka, którego nigdy nie podejrzewalibyśmy o przewodzenie szwadronem płatnych zabójców i zabicie swojej ukochanej w dniu jej ślubu. Zresztą nawet ten ostatni fakt okazał się być nieścisłością, gdyż do feralnego wydarzenia doszło tak naprawdę podczas próby tegoż ślubu. Tarantino większość z tego co dotychczas dowiedzieliśmy się o bohaterach i ich losach, przedstawił w zupełnie innym świetle. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że spokojnie można obejrzeć jedynie drugą część „Kill Billa”, żeby zrozumieć większość wątków.
Oczywiście nie oznacza to, że pastiszowa konwencja i mrugnięcia okiem posyłane widzowi zostały całkowicie porzucone. Tym razem po prostu nawiązuje się do nieco innego typu filmów, co niejako rzutuje na kształt całego filmu. Klimatowi pierwszej części najbliższy jest rozdział opowiadający o morderczym treningu bohaterki pod okiem mistrza Pai Mei. Jest to czysta esencja filmów „kung fu”. Kto jednak nie obejrzał w dzieciństwie choćby z odrobiną przyjemności ani jednego filmu z tego gatunku, może uważać ten rozdział za zbyteczny bądź nazbyt rozciągnięty w czasie. Reżyser na każdym kroku udowadnia, że kształt całej historii jest doskonale obmyślany, każdy rozdział wynika z poprzedniego i wpływa na całą historię. Tutaj muszę wspomnieć o scenie zakopania głównej bohaterki żywcem w grobie, która jest jednym z najmocniejszych elementów tego filmu. Co ja mówię, to jedna z najmocniejszych scen jakie dane mi było obejrzeć w roku 2004. Sekwencja, gdy widz obserwuje rozwój wydarzeń z perspektywy bohaterki, gdy trumna, początkowo przepuszczająca przez szczeliny promienie światła, zostaje stopniowo przysypywana ziemią, obraz coraz bardziej ciemnieje, każdy odgłos ziemi uderzającej w wieko trumny przeszywa nas niczym wiertło dentystyczne, a oddech bohaterki staje się coraz bardziej nerwowy i przerywany, należy do szczytowego osiągnięcia twórczości Tarantino. To niewątpliwie jedno z najmocniejszych doznań, jakie miałem okazję doświadczyć na sali kinowej, późniejsze seanse domowe nie oddają nawet po części tego efektu.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Największym prztyczkiem w nos, posłanym widzom przez reżysera, jest finał, zgoła inny od tego, czego mogliśmy się spodziewać rozpoczynając znajomość z pierwszą częścią tego obrazu. Zważając jednak na wiek Carradine’a i charakter relacji jego bohatera z Beatrix, jest to zdecydowanie jedno z najlepszych możliwych rozwiązań dla tej historii. Finał po dosyć długim wprowadzeniu jest zaskakująco krótki, ale za to nie wyzbyty wartości estetycznych za sprawą znakomitego „baletu” na krzesłach.
Również muzyka nie ustrzegła się stylistycznego zwrotu, i chociaż nie tak doskonała jak ta z pierwszej części, to wciąż idealnie uzupełnia się z obrazem. Niemniej miło słucha się jej oderwanej od filmu, a nawiązania do spaghetti westernów, z utworem autorstwa Ennio Morricone na czele, stanowią jej najmocniejszy element. Moim osobistym faworytem jest jednak latynoski kawałek, który możemy usłyszeć oglądając napisy końcowe.
Elementem, który uległ zdecydowanej poprawie w stosunku do pierwszej części, jest aktorstwo. Dotyczy to chociażby postaci granej przez Umę Thurman, która udowadnia, że nadaje się do czegoś więcej niż jedynie łobuzerskich uśmieszków poprzedzających szlachtowanie wroga. Dochodzi do tego mistrz drugiego planu, czyli współpracujący z Tarantino już przy „Wściekłych psach” Michael Madsen, który jest jednym z najbardziej niedocenianych aktorów jacy mieli okazję pojawić się u Tarantino. Ale obydwoje są jedynie dodatkiem do fantastycznego w tym filmie Davida Carradine’a, który za rolę Billa zasłużył na docenienie przez akademię. Jednak nie pokusiła się ona nawet o przyznanie mu nominacji do Oskara, choć ta należała się mu jak psu buda.
Przy pierwszym kontakcie z filmami opowiadającymi o wendecie niedoszłej panny młodej, to druga część opowieści była moim zdecydowanym faworytem. Jednak po wielu seansach i licznych przemyśleniach dochodzę do wniosku, że choć skrajnie różne, to stoją one dumnie na tej samej wysoko zawieszonej półce. Półce – co trzeba dodać – oferującej wyśmienitą zabawę zarówno dla reżysera jak i dla widza oglądającego jego produkcje. Miłośnikom Tarantino zdecydowanie polecam. Choć myślę, że takowi już dawno się z tymi filmami zapoznali i opinię na ich temat sobie wyrobili. Jak dla mnie są to kolejne jego dzieła, które mogę oglądać wielokrotnie, bez uczucia znużenia.

















9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!