![]() |
![]() |
![]() |
Quentin Tarantino sześć lat kazał czekać widzom na swój nowy film. Oczekiwania względem niego były dość duże, zważając zwłaszcza na to, że „Jackie Brown” w zgodnej opinii większości widzów okazał się filmem, delikatnie mówiąc, nie do końca udanym. Tym razem reżyser postanowił dać upust swej miłości do azjatyckiego „kina kopanego”. W swój projekt udało mu się zaangażować Umę Thurman, z którą współpracował już przy najsłynniejszym swoim filmie, czyli „Pulp Fiction”. Nie była to jednak jedyna znana twarz w obsadzie, bowiem w składzie D.I.V.A.S. znalazło się wiele popularnych, choć w niektórych przypadkach już nieco przebrzmiałych nazwisk. Nie pierwszy to jednak raz, jak Tarantino przypomniał widzom o istnieniu pewnych aktorów. Dodatkowo niewątpliwie jego wielkim osobistym sukcesem było skaptowanie do filmu legendy azjatyckiego kina, czyli aktora Sonny’ego Chiby.
Film rozpoczyna się od głośnego, nierównego oddechu kobiety. Szybko się okazuje, że należy on do ciężko rannej niewiasty, leżącej w zakrwawionej sukni ślubnej na podłodze jakiegoś kościółka. Podchodzi do niej tajemniczy mężczyzna, którego nie dane nam jest ujrzeć i po krótkiej rozmowie, w której okaleczona kobieta wyznaje, że nosi pod sercem dziecko tegoż mężczyzny, on bezceremonialne „ładuje” jej kulkę prosto w głowę. Głośny wystrzał z pistoletu uderza w widza z mocą lewego sierpowego Tysona.
Tajemniczym mężczyzną jest niejaki Bill, zimnokrwisty morderca, który wraz ze swoim szwadronem zabójców o nazwie D.I.V.A.S. dokonał masakry na ślubie bohaterki. O tej wiemy na razie tylko tyle, że kiedyś należała do tegoż szwadronu i nosiła pseudonim Czarna Mamba. Bohaterka pomimo ciężkich ran i bezpośredniego postrzału w głowę cudem przeżywa zamach na swoje życie, ale w skutek poniesionych obrażeń zapada na ponad 4 lata w śpiączkę. Gdy budzi się z długiego snu i zdaje sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znalazła, jedyną myślą która pcha ją ku dalszym działaniom jest chęć dokonania zemsty za stratę córki oraz niedoszłego męża. Tak oto zaczyna się krwawe polowanie na wszystkich zamieszanych w tę masakrę.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
„Kill Bill” rozpoczyna się mocnym uderzeniem i już po chwili mamy okazję przekonać się o tym, że było to dopiero preludium tego, co przez następne 111 minut będzie nam dane obejrzeć. Nie da się ukryć, że film ten to jedna wielka jatka, wypełniona scenami przesyconymi przemocą, których uwieńczeniem jest scena wielkiej, krwawej rzezi. A jednak podane jest to z takim dystansem i umownością, że nie sposób traktować tego, co oglądamy na serio. Osoby wrażliwe mogą oczywiście poczuć się, przy co ostrzejszych scenach, dość niewyraźnie, ale za to w dostępnej na naszym kontynencie wersji, scena mogąca stanowić największe dla nich wyzwanie, została podana w czarno-białej formie łagodzącej nieco jej wydźwięk. Tarantino uczynił ze szlachtowania ludzi wesołą zabawę i o ile tylko przemoc w kinie nie wywołuje u nas mdłości, to będziemy bawić się na tym filmie znakomicie.
Reżyser sięga do grafomańskich i głupawych produkcji kopanych „made in Asia” robionych dla mało wybrednych odbiorców i ubierając je w formę pastiszu, przyprawiając szczyptą swego charakterystycznego stylu, dostarcza je widowni masowej i to niekoniecznie jedynie tej taplającej się w kubłach z popcornem. Co więcej widać, że sprawia mu to prawdziwą przyjemność i film ten jest wprost przepełniony jego fascynacją dla kina azjatyckiego i to nie tylko do produkcji „kopanych”. Pojawiają się w tym filmie również elementy „yakuza movie” oraz animowana sekwencja zrealizowana w stylu anime, nie wspominając już o charakterystycznej spokojnej, wyciszonej narracji, jaka pojawia się w niektórych scenach.
Tarantino nie byłby oczywiście sobą, gdyby nie przemycił do filmu soczystych dialogów, które dosłownie spija się z ust aktorów.Tym razem jednak, postawił bardziej na formę i zbyt wiele okazji na podziwianie jego talentów scenopisarskich nie będziemy mieli. Rekompensuje nam to jednak genialne wyczucie materii filmu. Idealne połączenie muzyki z obrazem, które trwale zapisuje się w pamięci i przywołuje z niej odpowiednie obrazy już przy samym odsłuchiwaniu muzyki. Najlepiej kojarzona z filmem, a przy tym najczęściej komentowana była oczywiście scena jatki w klubie.Tarantino popuścił w niej wszelkie hamulce, oferując widzom kilkanaście minut nakręconej z dużym przymrużeniem oka rzeźni. Mnie jednak, po wielokrotnym kontakcie z tym filmem, o wiele szybciej bije serce podczas sceny poprzedzającej wydarzenia w klubie. Moment, gdy bohaterka wlatuje samolotem do Tokio, poniżej obserwujemy jadącą jego ulicami O-Ren wraz ze swoją świtą, a w tle rozpoczyna się motyw odgrywany na trąbce, pozostaje moim zdecydowanie ulubionym fragmentem filmu. Nie muszę już chyba wspominać, że oglądany w kinie przy odpowiednim nagłośnieniu może przyprawić o śmierć z rozkoszy. Prawdziwa magia kina. Zresztą przysłowiowego gwoździa do trumny mogłaby wbić również następna scena, w której zaprezentowany zostaje nam „Crazy 88 s” wchodzących wraz z O-ren do klubu przy dźwiękach „Battle without honor or humanity”. Można uznać te scenę za dosyć sztampową, wręcz kiczowatą, ja jednak za każdym razem cieszę się przy niej jak dzieciak. Istna estetyczna perełka.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
A gdy już ostatni członek „Crazy 88 s” zostaje zarżnięty, przechodzimy do jakże odmiennej stylistycznie sceny pojedynku pomiędzy bohaterką a O-ren. Finałowe starcie pod otwartym niebem, w ośnieżonym japońskim ogrodzie jest po prostu czystą poezją. Nie obserwujemy wynaturzonych ruchów ciał, nie jesteśmy częstowani efektownymi pozycjami, jesteśmy świadkami skrzyżowania dwóch mieczy w starciu, które może się zakończyć po jednym przemyślanym cięciu ostrzem. Scena to pełna skupienia i wyciszenia, a jednak atmosfera jest aż gęsta od napięcia.
Kolejnym plusem filmu są barwne i wyraziste postacie, do czego zresztą Tarantino już zdążył nas przyzwyczaić w poprzednich filmach. Cieszy jednak, że wciąż niezmiennie potrafi sprawnie nakreślać rysy psychologiczne swoich bohaterów. Uma Thurman, chociaż gra postać twardej, uparcie podążającej ścieżką zemsty, kobiety, to nadaje swojej postaci cech budzących w widzu sympatię i czyniących z niego wiernego kibica jej działań. Bohaterka przez cały czas niezłomnie dąży do wykonania swego celu a na słabość pozwala sobie jedynie raz, tuż po przebudzeniu ze śpiączki, gdy zdaje sobie sprawę z poniesionej straty. To w gruncie rzeczy jedyna scena, w której uwalnia swoje uczucia i pokazuje się nam jako „płeć słabsza”. Dosyć szybko jednak udowadnia, że nie jest osobą, którą można bezkarnie doprowadzić do takiego stanu. Jej przeciwnicy stanowią niezwykle barwną galerię postaci. Począwszy od zboczonego, perwersyjnego pielęgniarza, przez zabójczo piękną Go Go Yubari a na ukrytym przez cały film w cieniu, tytułowym Billu, kończąc.
Nie sposób pisząc o filmie Tarantino nie wspomnieć o muzyce, którą ten zawsze dobiera niemniej starannie od aktorów. Tutaj również szczęśliwi wybrańcy nagradzani zostają „drugą młodością”. Obecnie mając już niezliczone kontakty z tym soundtrackiem z całą odpowiedzialnością twierdzę, że jest to mój faworyt spośród ścieżek do wszystkich Tarantinowskich filmów. Nie tylko idealnie uzupełnia się z obrazem, nasycając sceny ogromną dawką emocji, ale znakomicie słucha się jej oderwanej od filmu. Oczywiście niektórych kawałków już nigdy nie będę w stanie słuchać bez przywoływania w pamięci określonych scen.
Moja końcowa ocena dojrzewała z czasem. Podobnie jak z muzyką z niego pochodzącą, tak i z filmem musiałem się długo oswajać. Nie oznacza to, że nie podobał mi się już za pierwszym razem, ale żeby w pełni docenić to, co stworzył Tarantino potrzebowałem kilku seansów. Teraz wystarcza 5 minut z tym filmem, żebym po raz kolejny nie był w stanie oderwać się od ekranu. Wygląda na to, że to kolejny Tarantinowski produkt wielokrotnego użytku.

















9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!