Rosja to prawdziwy Trójkąt Bermudzki. Co roku bez śladu ginie tu 40 tysięcy ludzi. Cały stadion… Słowa te rosyjski milicjant wypowiada do Luby, zrozpaczonej matki, której syn pewnego mroźnego dnia stał się jednym z rzeszy zaginionych, podobnie jak oni dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Kobieta, europejskiej sławy śpiewaczka operowa (zagrała ją Ksenia Rappoport, pamiętna z „Nieznajomej” Tornatore) szuka go wśród oślepiającej bieli, ścigana niechętnymi spojrzeniami mieszkańców prowincjonalnego Juriewa, miasta zagubionego gdzieś na krańcach śnieżnej pustki. Jest tu obca – sama dobrowolnie wyrzekła się tego miejsca, opuszczając je przed ponad dwudziestu laty. Przed ostatecznym wyjazdem za granicę chce pożegnać się ze swymi rosyjskimi korzeniami, pragnie też pokazać synowi, gdzie dorastała. Oboje, światowi, europejscy, dobrze ubrani i kulturalni przemierzają samochodem opustoszały kraj, mijając połacie bieli zmierzają ku swemu Przeznaczeniu. Żonglują nazwiskami – Czechow, książę Bagration…
![]() |
![]() |
Tej Wielkiej Rusi jednak już nie ma – jest tylko zdegenerowana Rosja przez lata trawiona żarłocznym rakiem komunizmu. Także lud już nie uzdrawia prostotą i wiarą w Boga – przypomina raczej wynaturzone chorobą narośla na ciele „mateczki Rossiji”. Nędza, brudne mieszkania, połamane sprzęty, zezwierzęceni pijacy, wszechobecny samogon, powszechne zobojętnienie. Nikt tu nie pomoże zrozpaczonej matce, a jej wysiłki szybko skojarzą się z bolesnym i równie bezcelowym uderzaniem głową o mur. To, co zaczęło się jak realistyczny, niepokojący thriller (kiedy Luba pyta mieszkańców o nazwę rzeki, oni przechodzą obojętnie, jakby nie dostrzegając bohaterki i jej syna, zupełnie tak, jakby ci byli martwi, jakby byli duchami błądzącymi w śnieżnej bieli), wkrótce zmieni się w odrealniony, metafizyczno-metaforyczny traktat, opowieść-parabolę. Samo zniknięcie Andrieja także zresztą może być symbolem, odwołującym się do tożsamościowego niebytu człowieka dorastającego bez swych korzeni…
Luba, miotająca się wśród śnieżnej pustki i równie surrealnej urzędniczej biurokracji, szybko zacznie przypominać Józefa K. w jego Kafkowskim labiryncie absurdu nieświadomej winy. Samo Juriewo stanie się zaś rosyjskim Piekłem, w którego kolejne kręgi poprowadzi śpiewaczkę jej przewodnik, milicjant „Szary”, groteskowo przekwalifikowany z więźnia w stróża prawa. Luba przejdzie transformację – porzuci swe „zachodnie” stroje i maniery, mimetycznie upodobni się do otoczenia, wyrzeknie się tego wszystkiego, co dla niej dotąd było drogie, całkowicie przewartościuje swoje życie. Zapłaci wysoką cenę za swój grzech zapomnienia i za swój powrót do Juriewa.
![]() |
![]() |
Juriewo okaże się miejscem, z którego nie da się uciec. Zazdrosna Rosja nie wybacza wykorzenionym odszczepieńcom – skoro już Luba zdecydowała się na odcięcie od korzeni, to lepiej dla niej było nie wracać, nie oglądać się wstecz, nie przywozić po europejsku zadowolonego z siebie syna w to zapomniane przez ludzi i Boga miejsce, nie okazywać wieśniakom swej wyższości, nie kpić z nich… Po prostu trzeba było wyjechać do Niemiec i bez żalu pozostawić swoje korzenie, swój kraj wewnętrznie przeżarty wieloletnią chorobą komunizmu, kraj, w którym gdy Boga nie ma, wszystko jest dozwolone…
Za niepotrzebny powrót czeka ją zaś piekło ekspiacji i wieczne więzienie w śnieżnej pustce po odkupieniu win.
Ta interpretacja bardziej przemawia do mnie niż zamierzenia samego reżysera, Kiryła Sieriebriennikowa, który widzi w Lubie symbol samej Rosji, tracącej i odnajdującej swą tożsamość. Bo też jaka jest ta ostatnia? Piekło umieralni dla gruźlików, ucieczka w alkohol, śpiew w cerkwi, którą zarządza groteskowy pop zajęty wyłącznie sprawami materialnymi, seks z milicjantem na brudnym barłogu, przemiana w Lusię Nieustraszoną, rosyjską kobietę, ponoć paserkę i złodziejkę… Wszechobecny mistycyzm jest tu mylący – Rosja dawno zapomniała o Bogu, to nie On mieszka w sercach ludu. Nie, stanowczo lepiej było odciąć się i nie wracać, pozostawić samemu sobie to miejsce zapomniane przez Stwórcę, ludzi i czas…
![]() |
![]() |
„Dzień w Juriewie” to film nieprzyjemny, momentami wręcz odpychający (sceny z gruźlikami), klimatem przypominający wstrząsający „Ładunek 200”, nieco jednak wobec niego wtórny. Film Bałabanowa jest zdecydowanie lepszy, spójniejszy, bardziej realistyczny i przemyślany, a jego wymowa o wiele mocniejsza. Dziełu Sieriebriennikowa bardziej wyszłoby na zdrowie pójście raczej w stronę thrillera niż symbolicznego moralitetu o dwuznacznej wymowie. Historia poszukującej matki broni się jednak klimatem, niesamowitą, gęstą atmosferą, w której zdarzyć może się wszystko, a każdy szczegół może tu mieć znaczenie. Śnieżne rosyjskie piekło bywa przerażające, ale momentami jest też tajemniczo urokliwe, choć zawsze podszyte niepokojem – tonący w bieli zrujnowany zamek, wyludniony dziedziniec opuszczonego domostwa, w którego oknach odbija się płonąca choinka, prywatny krzak gorejący Luby, jej cudowny operowy głos…











7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Autor tej recenzji ma bardzo wypaczona spojrzenie na Rosje, wylewa swoje rusofobiczne kompleksy wsane z mlekiem matki. To koszmar co robi pisowska propagadna z ludzmi. Radze spojrzec na wlasny kraj, dostarczajacy zebrakow do calej Europy… MiszaCytuj
A czy autor komentarza w ogóle widział film? A „Ładunek 200″? Bo wszystko, co jest w recenzji (czyli taki, a nie inny obraz Rosji, żebracy, patologia, brak perspektyw) ściśle z „Dnia w Juriewie” i powiązanego z nim „Ładunku” wynika – nie jest bynajmniej opinią osobistą, niepopartą treścią filmu. A tak na marginesie – śmieszy mnie takie ocenianie mojej osoby, te przypisywane mi rusofobiczne kompleksy (których bynajmniej nie żywię) i to w dodatku wyssane z mlekiem matki :) oraz traktowanie mnie jako ofiary pisowskiej propagandy – widocznie autor komentarza wie o mnie więcej niż ja sama :) Coż, bywa – chyba muszę przystopować z mową pozornie zależną, bo potem jest, jak jest… cziczioCytuj