Człowiek i wojna to jedni z najstarszych krewnych. Mówiąc dosadnie, ludzie wyrzynali się wzajemnie od zarania dziejów. Spory o piękne kobiety, podział terytoriów czy też wartości majątkowe bardzo często rozstrzygano na polach bitewnych. W nowożytnej historii świata nie było stulecia, w którym nie wybuchałyby jakieś konflikty na mniejszą bądź większą skalę. Doszło nawet do tego, że od zakończenia II wojny światowej nie było do chwili obecnej ani jednego dnia, w którym w jakiejś części globu nie trwałby jakiś konflikt zbrojny. Naturalnym wydaje się więc to, że za kręcenie filmów wojennych chętnie zabierali się najwięksi wizjonerzy kina, tacy jak na przykład Coppola, Kubrick, Stone, Spielberg. Jedni próbowali zdiagnozować przyczyny wojen, drudzy pokazać je jako piekło na ziemi, a inni ograniczali się do samej esencji, czyli starć na polach bitew. Wojnę traktowano już na wesoło, na poważnie, ukazywano ją z każdej możliwej perspektywy, a nawet porwano się na horror zlokalizowany w okopach. Można chyba śmiało uznać, że nie da się już powiedzieć o niej niczego nowego, co najwyżej eksperymentować z formą, czego przykładem jest wspomniany wyżej horror.

Sam Mendes, reżyser z małym dorobkiem filmowym, który jednak mógłby zaimponować niejednemu starszemu od niego filmowcowi, zapragnął dołączyć do swoich doświadczonych kolegów i nakręcić film wojenny. Zebrał gromadkę najnowszych odkryć aktorskich, sięgnął po książkę opisującą konflikt już wprawdzie zakończony, ale z racji obecnych wydarzeń na świecie ciągle aktualny i podjął się próby stworzenia „Czasu Apokalipsy” XXI wieku.
Bohaterem filmu jest Swoff – młody, inteligentny facet, który w zasadzie przypadkiem zaciągnął się do marines, a tam został wybrany do elitarnej jednostki snajperów. Z pierwszym transportem żołnierzy wyrusza w okolice granicy irackiej. Okazuje się, że trafił tam tylko po to, żeby spędzić ponad pół roku na pustyni, patrolując jej pustkowia, robiąc niezliczone podkopy, grając pod prażącym słońcem w futbol z kolegami, masturbując się przy każdej nadarzającej się okazji i przede wszystkim nieustannie czekając na to, żeby w końcu coś się wydarzyło.
Film zaczyna się niemalże identycznie jak „Full Metal Jacket”: obserwujemy proces urabiania miękkiej masy ludzkiej, która musiała stwardnieć, żeby mieć szansę przeżycia w czasie ciężkich starć z bojówkami Saddama Husseina. Jak się okazało, rzeczywistość miała się okazać dla większości z nich inna, a Zatoka Perska wcale nie miała się stać dla Amerykanów nowym Wietnamem. Nie jest to jedyne nawiązanie do klasyków i z pewnością nie ostatnie odniesienie do filmu nieżyjącego już niestety mistrza kina, jakim niewątpliwie był Kubrick. Obrazy takie jak „Czas Apokalipsy”, „Łowca Jeleni” i „Full Metal Jacket” pojawiają się w rozmowach bohaterów, filmach oglądanych przez nich w kinie i na wideo oraz w codziennym wojskowym języku i zachowaniu. Reżyser chciał najwyraźniej pokazać, że w temacie tym nie zostało już nic nowego do pokazania. Można jedynie żonglować cytatami z dzieł mistrzów kinowego rzemiosła, przy zmieniającej się tylko scenerii wydarzeń. Niestety przez to trudno w pełni zachwycić się tym filmem, ponieważ otrzymujemy zwyczajną „powtórkę z rozrywki”, odgrzewany kotlet polany atrakcyjnym, świeżym sosem.

A jednak z kina wyszedłem usatysfakcjonowany. Reżyser już na wstępie pokazuje, że nie ma ambicji indoktrynowania widzów, więc skupia się na warstwie technicznej filmu, która – trzeba to przyznać – jest perfekcyjna. Najbardziej zachwycają zdjęcia, które są po prostu przepiękne. Roger Deakins wykonał kawał świetnej roboty. Potrafił zachwycić pustynią, zdawałoby się najnudniejszą naturalną scenografią, jaką można sobie wyobrazić. Większość kadrów to mistrzostwo w tym rzemiośle, a gdy dodamy do tego jeszcze płonące szyby naftowe pod koniec filmu, na ekranie zaczniemy obserwować czystą wizualną poezję, o której prędko nie zapomnimy. Już teraz spokojnie mogę powiedzieć, że mamy do czynienia z jednymi z najlepszych, jeżeli nie najlepszymi zdjęciami tego roku. Poprzeczka na najbliższe 12 miesięcy została zawieszona wysoko. Również autor muzyki spisał się na medal. Zarówno instrumentalne utwory, jak i piosenki zostały dobrane niezwykle trafnie. Na koniec zostawiłem jeden z najważniejszych elementów – aktorstwo. Trio męskie Gyllenhaal-Foxx-Sarsgaard stanęło na wysokości zadania. Każdy z tych trzech panów pokazał się od jak najlepszej strony i, co najważniejsze, żaden z nich nie pozostał w cieniu pozostałej dwójki.

Panowie Gyllenhaal i Sarsgaard od kilku lat walczą o zwrócenie na siebie uwagi i trzeba przyznać, że z filmu na film wychodzi im to coraz lepiej. Jamie Foxx już o uwagę walczyć nie musi – ubiegły rok zdecydowanie należał do niego. Ilu aktorów w jego wieku może się poszczycić dwiema nominacjami do Oskara (w tym jedną statuetką) w jednym roku? „Jarhead” udowadnia, że były to wyróżnienia jak najbardziej zasłużone. Jednak nie tylko pierwszym planem film ten stoi, warte wspomnienia są również drugoplanowe role Chrisa Coopera i Dennisa Haysberta.
Jak widać, warstwą techniczną tego filmu długo można się zachwycać. Nie można tego natomiast powiedzieć o samej fabule. Trochę tu o trudach szkolenia, mała dawka „fali wojskowej”, garść filozoficznych rozważań o życiu żołnierza i bardzo dużo o ich życiu codziennym w oczekiwaniu na akcję. I to właśnie ten ostatni element jest najciekawszy i zarazem najbardziej nietypowy dla tego typu filmów. „Jarhead” nie skupia się na ofensywnej części wojny. Pokazuje, że nierzadko największym problemem żołnierza nie jest to, jak przeżyć, ale – co zrobić z przytłaczającą ilością wolnego czasu, w miejscu w którym nie ma praktycznie niczego oprócz obozu wojskowego i Arabów na wielbłądach. Film pokazuje rosnącą frustrację żołnierzy, którzy po wszystkich trudach szkolenia i stacjonowania w takim miejscu nie mogą oddać do wroga nawet jednego strzału. Mendesowi udało się zmierzyć z próbą oddania nudy dnia codziennego bez zmęczenia przy tym widza. Duża w tym zasługa ciekawych bohaterów, potrafiących nas do siebie przywiązać. Pomimo że, jak na film wojenny, na ekranie niewiele się działo, to ani przez chwilę się nie nudziłem.

„Jarhead” to film mało oryginalny, ale niezwykle sprawnie nakręcony. Ogląda się go z prawdziwą przyjemnością, a niektóre sceny pozostają w pamięci długo po zakończeniu seansu. Czy warto obejrzeć go w kinie? Moim zdaniem tak. Nie należy natomiast oczekiwać , że z ekranu padną na temat wojny nowe słowa. Tych należy szukać w tytułach, które ten obraz zainspirowały. On sam tylko przenosi te nauki do czasów nam bliższych.





8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!