![]() |
![]() |
![]() |
Scenarzysta filmowy biorąc się za jakiś projekt, musi sobie odpowiedzieć na jedno niezwykle istotne pytanie – o czym tak właściwie ma być jego film. Na bazie pierwotnej idei powstaje potem cała reszta, rozpisane zostają akty, dialogi, następnie aktorzy i ekipa realizatorska odtwarzają to na planie filmowym, żeby w efekcie finalnym widzowie mogli się wygodnie rozsiąść w fotelach kinowych i raczyć się tym, co powstało z pomysłu który zrodził się znaczne wcześniej w głowie jakiegoś scenarzysty. Scenariusz może być lepszy lub gorszy, dialogi mogą być mało wciągające, to jednak nieważne,przykład wielu znanych filmów pokazuje, że można te niedociągnięcia zamaskować odpowiednimi trikami, takimi jak efekty specjalne, znane nazwiska w obsadzie, czy też chwytliwy temat. Ale jeżeli już wyjściowy temat nadaje się do spłukania w toalecie, to filmowi nic nie pomoże, nawet gdyby zagrała w nim sama Doda Elektroda, epatując na ekranie swym obfitym biustem.
Twórcom „Jak to się robi z dziewczynami” najwyraźniej nikt nie powiedział, że tak to działa. Scenariusz tego filmu sprawia wrażenie napisanego na kolanie, najprawdopodobniej na kacu po ostrej libacji alkoholowej, jedynej rzeczy jaka wynikła z „burzy mózgów” przed powstawaniem tekstu. Jaki scenariusz takie i aktorstwo, które jest zaledwie nieco lepsze od „perełek”, którymi raczył nas w swoim filmach Ed Wood. No ale może lepiej nie będę wyprzedzał faktów i powrócę do wspomnianego na wstępie pytania. O czym tak właściwie jest ten film? Teoretycznie, jak mówi sam tytuł, o relacjach damsko-męskich, ale w praktyce jest to „dzieło” o wszystkim czyli w zasadzie o niczym.
Film opowiada o dwójce przyjaciół, których najmocniejszą cechą z pewnością nie jest inteligencja. Bohaterowie nie mogą się również wykazać żadnymi imponującymi ambicjami życiowymi. Ich nadrzędnym celem jest podrywanie dziewczyn i zaciąganie ich do łóżek. To znaczy taki byłby ich nadrzędny cel, gdyby mieli odpowiednie warunki fizyczne i wykazywali się nieco większym obyciem towarzyskim. Niestety panowie niespecjalnie sobie radzą z płcią przeciwną i wszelkie próby podrywu nie kończą się dla nich najlepiej. Postanawiają więc zorganizować casting do zmyślonego filmu z Pawłem Delągiem, licząc na zaliczenie przy okazji kilku mało rozgarniętych niewiast, skuszonych wizją zostania gwiazdą ekranu. Efekt tego jest taki, że jeden z panów zakochuje się w pannie prowadzącej dosyć rozwiązły tryb życia, a drugi odkrywa, że ma problemy z potencją.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Jest to jedynie wstęp do tej nieskładnej i bełkotliwej historii. Na początku widzowi wydaje się, że otrzymał coś w rodzaju polskiego „Audition” i pomysł z dziewczynami poznanymi dzięki fikcyjnemu castingowi zostanie pomysłowo rozwinięty. Niestety twórcy nie próbują nawet wykorzystać potencjału tej historii. Całość sprawia wrażenie filmu ze skeczami, w którym od jednego żartu szybko przechodzi się do następnego. Tylko, że w tym przypadku twórcy po prostu przechodzą od jednej kliszy filmowej do następnej. Może i miałoby to jakiś sens, gdyby robione było na zasadzie słowiańskiej parodii ogranych motywów filmowych. Tragedia zaczyna się jednak w momencie, gdy widz zdaje sobie sprawę z tego, że twórcy najzwyczajniej zrzynają z innych filmów, żeby jakoś dobrnąć do końca historii byle jak zalepiając liczne dziury w scenariuszu. Tak więc mamy tu problemy z alfonsem domagającym się zapłaty za usługi swoich „dziewczyn”, motyw psychopatycznej morderczyni wyskakującej w najmniej spodziewanym momencie, temat walki z systemem zobrazowany monologiem niemalże żywcem wziętym z „Podziemnego kręgu” i tak dalej. Wszystko to nijak nie trzyma się kupy. Twórcy zwyczajnie nie wiedzieli o czym chcą opowiedzieć w swoim filmie i chyba liczyli na to, że, za przeproszeniem, kilka gołych cycków, fajna muzyczka w tle, luźny klimat i teledyskowy montaż wystarczą, by zaabsorbowanej popcornem widowni wcisnąć najgorsze filmowe ścierwo. Na szczęście dzisiejszy widz nie jest aż tak głupi, jak myśleli twórcy i nie łyknie aż tak bezczelnego filmowego szwindlu. „Jak to się robi z dziewczynami” pomimo prób promocji w różnych środkach medialnych nie wzbudził większego zainteresowania i nawet nie zbliżył się do sukcesów jakie odniósł Lubaszenko filmami o swojskich gangsterach.
Również aktorsko film ten nie oferuje niczego specjalnego. W głównych rolach występują dwaj młodzi, mało znani aktorzy, których poziom gry aktorskiej jest nieco poniżej średniej, jaką wykazują się gwiazdy polskich seriali. Na drugim planie przewija się kilka znanych twarzy takich jak Małgorzata Foremniak w roli miłośniczki ostrej miłości, Andrzej Grabowski tradycyjnie w roli prostaka uznającego wyższość siły fizycznej nad intelektualną, no i Arkadiusz Jakubik również w dość typowej dla siebie roli – no ale czego można oczekiwać z taką fryzurą…
Na tym wprawdzie malowniczym, ale niestety mało ciekawym tle wybija się nieco Maciej Kozłowski, który chociaż niewiele ma tutaj do zagrania, to jednak stworzył najciekawszą kreację. Nie musi on błaznować na ekranie, dwoić się i troić, żeby przyciągać uwagę widza. Szkoda, że o całej reszcie występujących w tym filmie aktorów nie można tego powiedzieć.
„Jak to się robi z dziewczynami” miał być jednym z dowodów na to, że młodym twórcom daje się w naszym kraju szansę. Szkoda tylko, że nikt nie wpadł na to, żeby nieco ostrożniej wybierać osoby, którym tę szansę się oferuje. Oglądając ten film zatęskniłem za „Przedwiośniem”, „Ogniem i mieczem” a nawet za „Panną Nikt”. Wolę już superprodukcje naszych baronów filmowych, niż takie współczesne „dzieła filmowe”. Przy tym obrazie „Nigdy w życiu” to prawdziwy majstersztyk i jeżeli miałbym polecać krajową komedię romantyczną, to zdecydowanie wskazałbym na film pana Zatorskiego. Dla własnego zdrowia psychicznego po raz kolejny sięgnę jednak raczej po „Love Actually”, a o tych krajowych koszmarkach filmowych postaram się jak najszybciej zapomnieć.












2/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!