![]() |
![]() |
![]() |
Nie ukrywam, że bardzo lubię filmy o kosmicznych organizmach opanowujących ludzkie ciała, pasożytujących na nich i używających ich jako narzędzi w realizowaniu niecnych planów mających na celu podbicie Ziemi. „Body Snatchers” Ferrary to jeden z najlepszych filmów s-f powstałych w latach dziewięćdziesiątych, a „Invasion of the Body Snatchers” Philipa Kaufmana z 1978 roku uważam w ogóle za jedno z najwybitniejszych dzieł gatunku. Zaczęło się jednak w 1956 roku, kiedy powieść Jacka Finney’a będąca podstawą całej historii, została zekranizowana po raz pierwszy przez Dona Siegela.
Doktor Miles Bennell wraca z urlopu do swojego rodzinnego miasteczka Santa Mira. W gabinecie czekają na niego zgłoszenia od jego stałych pacjentów pragnących umówić się na wizytę. Gdy jednak Miles kontaktuje się z nimi, ci twierdzą, że nic się nie stało, bagatelizując swe poprzednie zachowania. Przypadki podobnych zachowań nasilają się, a na dodatek jedna z pacjentek zaczyna twierdzić, że jej wuj tak naprawdę nie jest jej wujem, pomimo, że wygląda i zachowuje się tak samo jak wcześniej.. Wszystko to powoduje, że niepokój Milesa wzrasta z każdą godziną. Nie bezpodstawnie, jak się poźniej okazuje.
Ok, uprzedzam z góry. Efektownych strzelanin, porywających pościgów czy głośnych eksplozji tutaj nie mamy. Także krwi i flaków widz tu nie uświadczy. To bardzo oszczędne, jeśli chodzi o efekty specjalne, kino. Jego siła tkwi w czymś zupełnie innym – w konsekwentnej i umiejętnie budowanej atmosferze napięcia. Niebezpieczeństwo, którego doświadczają główni bohaterowie, tym bardziej oddziałuje na emocje, gdyż dochodzi ze strony żony, kolegi, sąsiada czy sprzedawcy gazet z kiosku naprzeciwko. Właściwie nie wiadomo skąd może nadejść zagrożenie, gdyż nie dość, że zainfekowani wyglądają, to i zachowują się tak samo jak przed atakiem z kosmosu. Jedyna różnica polega na tym, że nie okazują uczuć ani emocji. A to, na dobrą sprawę, trudno zauważyć na pierwszy rzut oka. Na każdy następny jest już za późno.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
W filmie Siegela, jak i w wielu innych dziełach s-f z lat pięćdziesiątych nietrudno zauważyć aluzje do ówczesnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza psychozy dotyczącej wszędobylskich sowieckich szpiegów. Sam reżyser odżegnywał się od takich porównań, twierdząc, że nie miał zamiaru tworzyć jakichś alegorii, tylko rasową opowieść s-f o inwazji z kosmosu. Można jednak dostrzec, że jakoś te ogólnonarodowe napięcia wpłynęły na Siegela. Trudno odróżnić kto jest przyjacielem, a kto wrogiem, co powoduje, że Miles popada w coraz większą paranoję. Z rozważnego, inteligentnego mężczyzny z początku filmu przeistacza się w rozkrzyczanego szaleńca, który koniec końców zostaje uznany za obłąkanego (przejmująca sekwencja na autostradzie). Od razu uspokajam – to żaden spoiler, gdyż film rozpoczyna się sceną w szpitalu, mającą miejsce już po wydarzeniach z Santa Mira. Cała reszta to opowiadanie, którym Bennell chce udowodnić, że jest zdrowy psychicznie.
Pomimo, że filmografia Dona Siegela obfituje w całe mnóstwo znakomitych pozycji, uważam „Inwazję Porywaczy Ciał” za jedno z jego szczytowych osiągnięć, które stawiam w jednym rzędzie z „Brudnym Harrym„, „Ucieczką z Alcatraz” i „Zabójcami„. Warto wspomnieć, że małą rólkę dostał tu nie kto inny, jak Sam Peckinpah. Pewne źródła twierdzą, że miał on swój udział także w powstawaniu scenariusza, choć napisy początkowe na to nie wskazują. Muszę też wspomnieć o odtwórcy głównej roli, Kevinie McCarthym. Dlaczego? Ano dlatego, że to chyba na dzień dzisiejszy najstarszy aktor, który wciąż gra! Nawet Ernest Borgnine, uważany przecież za nestora w Hollywood, jest trzy lata młodszy. McCarthy debiutował w 1944 roku, a w 2006 swą premierę będą miały dwie produkcje z jego udziałem.
A sama „Inwazja porywaczy ciał”, pomimo, że od strony technicznej pozostaje w tyle za dzisiejszymi produkcjami, wciąż potrafi trzymać w napięciu, w wielu przypadkach mocniej niż współczesne horrory s-f. Zresztą o to w kinie tamtych lat przecież chodziło. Wtedy ważniejsza była treść, nie forma. Faktem jest, że wprawny widz wyłapie tu pewne nieścisłości scenariuszowe, ale to drobne mankamenty, które w żadnym wypadku nie mogą przesłonić pozytywnej oceny całości. Dla miłośników klasyki gatunku to pozycja obowiązkowa. A ja z niecierpliwością oczekuję kolejnej wersji historii o pasożytach z kosmosu, tym razem w reżyserii Oliviera Hirschbiegela, z Nicole Kidman w roli głównej. Jestem dziwnie spokojny, że to także będzie kapitalna pozycja.












8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!