UWAGA! Recenzja zdradza niektóre elementy fabuły.
Dziewiętnaście lat to kawał czasu. Przez ten okres zdążyło narodzić się całe pokolenie ludzi, którzy nigdy nie zetknęli się z fenomenem Indiany Jonesa. W popkulturze nastała epoka „Skarbów narodów”, „Mumii” i innych nędznych podrób opowieści o dzielnym archeologu. Sytuacja stała się irytująca. Najwyższy czas, żeby Indy zrobił z tym porządek. Zwłaszcza, że w równoległym świecie wyrósł mu nowy, potężny wróg. Po tym, jak doktor Jones sprzątnął nazistom sprzed nosa wszystkie ważniejsze artefakty, tajemniczych przedmiotów zachciało się nie mniej bezwzględnym Sowietom. Tym razem rolę hitchcockowskiego MacGuffina pełni Kryształowa Czaszka z Akator - tajemniczy przedmiot związany z cywilizacją Majów. Jego właściwości są na początku niesprecyzowane, ale można założyć się o walizkę zielonych, że chodzi o coś w rodzaju władzy nad światem. Inaczej Czaszką nie zainteresowaliby się Sowieci z demoniczną Iriną Spalko na czele (w tej roli - sugestywna Cate Blanchett), dumnie określającą się jako ulubienica Stalina. Nie ma się jednak czego obawiać. Indiana Jones nie pozwoli tak łatwo, aby potężny artefakt wpadł w komunistyczne łapska.
Początek filmu nie nastraja optymistycznie. Poziom niedorzeczności, jakie wyprawia Indy, przekracza granice absurdu(nawet biorąc pod uwagę, że wypracowana przed laty konwencja jest pod tym względem bardzo wyrozumiała). Za przykład niech wystarczy, że doktor Jones uwięziony w lodówce przeżywa wybuch bomby atomowej. Wszystkiemu z zaskoczeniem przypatrują się zaś pewne urocze świstaki. Równie duże zdziwienie maluje się na twarzach widzów. Na szczęście później jest już tylko lepiej.
Zaskakujące, jak bardzo starannie jak na tego typu film, próbowano oddać atmosferę amerykańskich lat pięćdziesiątych. Chodzi tu nie tylko o ówczesną muzykę i styl ubierania (nie sądzicie, że po ulicach chodziły wówczas bardzo ładne blondynki?), ale także o antykomunistyczną psychozę przyprawiającą USA o drgawki przerażenia. Nie to jest jednak istotne. Bardzo szybko opuszczamy rockandrollowe Stany Zjednoczone, a słynna z poprzednich części mapa przenosi nas na tereny południowoamerykańskich dżungli.
Indy kontra cała armia Sowietów? To mogłoby być trudne. Od czego mamy jednak starych przyjaciół? Naszemu archeologowi pomagają postacie, które zdążyliśmy poznać w poprzednich częściach. Ponowne spotkanie z Marion Ravenwood (dziewczyna Indiany z „Poszukiwaczy zaginionej Arki”) sprawia nawet, że w przypadku najnowszej części przygód dr Jonesa określenie „familijny” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Tym bardziej, że strofowany przez ojca w „Ostatniej krucjacie” Indy sam obdarza tu ojcowskimi uczuciami Mutta Williamsa. Mający bzika na punkcie układania fryzury potomek Marion to nie ostatni towarzysz niebezpiecznej podróży. Sympatyczną kompanię archeologa uzupełnia jeszcze wesołkowaty cwaniaczek - Mac McHale.
Obojętnie, ile osób towarzyszy Jonesowi, to on wciąż pozostaje główną postacią całej intrygi. Indiana znakomicie wytrzymał próbę czasu. Ma świadomość, że od jego ostatnich wyczynów upłynęło wiele lat i nie zamierza robić z siebie młodzieniaszka. Nie popada też jednak w specjalne kompleksy. Co najwyżej zrobił się odrobinę bardziej cyniczny.
Indy nie ma zresztą za wiele czasu na egzystencjalne przemyślenia. Wzorem poprzednich części cyklu w najnowszym filmie akcja także goni akcję. Kolejne niesamowite przygody Jonesa i spółki oglądane na kinowym ekranie robią spore wrażenie. Duże brawa dla Stevena Spielberga za to, że udało mu się w swoim filmie zatrzymać czas. Można zaryzykować stwierdzenie, że „Królestwo Kryształowej Czaszki” zrobione kilkanaście lat temu niewiele różniłoby się od wersji obecnej. To wciąż znakomicie poprowadzona opowieść przygodowa, w której równie ważny, co efekty specjalne, jest niepowtarzalny klimat. Fakt, że reżyser kurczowo trzymał się standardów wypracowanych przez samego siebie wiele lat temu, to być może największa zaleta całego przedsięwzięcia.
Może się wydawać, że realizując „Królestwo Kryształowej Czaszki” duet Spielberg- Lucas świetnie się bawił. Efekt ich pracy przypomina spełnienie marzeń przerośniętych dzieciaków. To znakomita przygoda będąca na bakier z logiką i doprawiona elementami świetnego humoru. Szkoda tylko, że film momentami robi wrażenie przekombinowanego. Pełni entuzjazmu twórcy chcieli chyba upchnąć do „Królestwa Kryształowej Czaszki” za dużo pomysłów naraz, co widać szczególnie na początku oraz przy nieco wydumanym zakończeniu. Na domiar złego w finale w usta dr Jonesa wkłada się komunały. Pamiętajcie, drogie dzieci, że największą wartością jest wiedza!
Na szczęście, sceny niezbyt udane korespondują w filmie z rewelacyjnymi. Wystarczy wspomnieć widowiskową sekwencję z wodospadami czy samochodowy pościg po dżungli. Oprócz tego znajdziemy tu także całą masę scen humorystycznych, by wspomnieć tylko bójkę w studenckim barze. Psucie zabawy i zdradzanie kolejnych świetnych momentów filmu nie ma zresztą większego sensu. „Królestwo Kryształowej Czaszki” po prostu trzeba zobaczyć!
Kapelusze z głów - oto… geniusz? Nie, po prostu stary, dobry Indiana Jones. Kolejna odsłona jego przygód nie jest skończonym arcydziełem. Ważne jednak, że stanowi naprawdę godną kontynuację poprzednich części (duży plus za częste i błyskotliwe nawiązania do innych filmów cyklu!). I to powinno starczyć za rekomendację dla wszystkich fanów serii.
Odpowiedź na pytanie, czy „Królestwo Kryształowej Czaszki” zapewni Indy’emu nowych wielbicieli, jest już bardziej złożona. Trudno wyrokować, czy film spodoba się małolatom niezaznajomionym z fenomenem Indy’ego, a wychowanym na kinie przygodowym zupełnie innego rodzaju. Czas pokaże. Ewentualny ogromny sukces frekwencyjny „Królestwa…” rodzi jedno niebezpieczeństwo. Chcąc podtrzymać zainteresowanie młodszej widowni Spielberg i Lucas mogą zdecydować się na kręcenie kolejnych filmów o Jonesie z Muttem Williamsem jako główną postacią.
Miejmy nadzieję, że w najbliższym czasie tak się jednak nie zdarzy (przemawiałaby za tym jedna z ostatnich scen filmu, w której główną rolę gra kapelusz Indiany). Mutt to bohater wdzięczny i dający się lubić, ale tylko i wyłącznie jako postać drugoplanowa. Gdyby zastąpił Indy’ego, mielibyśmy prawdopodobnie pierwszy film przygodowy, w którym przepełnieni nostalgią widzowie kibicowaliby czarnym charakterom. Co innego, jeśli doszłoby do realizacji piątej części przygód Indiany Jonesa z Harrisonem Fordem w roli głównej. „Królestwo Kryształowej Czaszki” dowodzi, że starość też radość, a dr Jones po dwudziestu latach nie stracił nic ze swego uroku (i wciąż boi się węży!). Spokojnie poradziłby sobie więc z kolejnym trudnym zadaniem. Niezależnie od tego, co postanowią później Spielberg z Lucasem, trzeba powiedzieć jedno: Indy - miło znów widzieć cię w akcji!
Autor : Piotr Czerkawski - Czerku
Skomentuj recenzję :
|