![]() |
![]() |
![]() |
Ponoć każdy zasługuje na drugą szansę. Ok, może to i prawda, ale czy dotyczy to również ogromnych, zielonych brył mięsa o umiejętnościach retorycznych na poziomie jaskiniowca? Najwyraźniej tak. Kilka lat po premierze filmu Anga Lee, średnio przyjętego zarówno przez krytyków, jak i widzów (co ciekawe, to ci drudzy okazali się bardziej surowi w ocenach), postanowiono kontynuować hollywoodzką karierę wyrośniętego „ogra”. Podarowano mu możliwość rehabilitacji. Takiej wspaniałomyślności nie okazano ekipie odpowiedzialnej za poprzedni film, wywalając wszystkich na bruk. Nowy reżyser, nowi aktorzy, nowa ekipa realizatorska, ale czy nowa jakość?
Podczas napisów początkowych poznajemy skróconą wersję wydarzeń, które doprowadziły do przemiany Bruce’a Bannera w Hulka, a następnie zmusiły go do porzucenia ukochanej i ucieczki z kraju przed ścigającymi go wojskowymi. Skaczemy w czasie o pięć lat do przodu. Bruce (Edward Norton) już od dawna skutecznie umyka ścigającemu go wytrwale generałowi Thaddeusowi Rossowi (William Hurt). Obecnie mieszka w Brazylii, pracuje w rozlewni napojów, a wolny czas poświęca na próby pozbycia się swego zielonego alter ego. Na skutek drobnego wypadku generał trafia na jego trop i nasyła nań komando pod wodzą Emila Blonsky’ego (Tim Roth). Akcja kończy się niepowodzeniem, ale Bruce decyduje się na powrót do Stanów Zjednoczonych, dając swym prześladowcom nową okazję do schwytania go. W międzyczasie Emil w wyniku eksperymentu mającego zmienić go w superżołnierza, transformuje w Abomination – wielką górę mięśni przepełnioną gniewem i agresją. Na polu walki może mu dorównać tylko jedna osoba…
Reżyser Louis Leterrier najwyraźniej mocno zapatrzył się w serię o Bournie. I to nie tylko pod względem nagromadzenia scen akcji. Podobna jest także konstrukcja fabularna pierwszej połowy filmu, opierająca się na ciągłej ucieczce bohatera przed agentami rządowymi podążającymi jego śladem. Zabrakło jednak porównywalnej porcji emocji. Scena pościgu przez wąskie i przeludnione uliczki brazylijskiego miasta zrealizowana jest sprawnie, ale brak w niej specjalnego napięcia. W zasadzie największe wrażenie robią tu ujęcia panoramiczne, pokazujące niemiłosiernie stłoczone budynki mieszkalne.
![]() |
![]() |
![]() |
W filmie nie brak różnych dziur scenariuszowych, co z pewnością zapewni wyszukiwaczom takich potknięć niemałą uciechę. Nie jest to jednak film aspirujący do miana ambitnej rozrywki, jeżeli więc oczekujemy wyłącznie stuminutowej zabawy, na którą zwyczajnie przyjemnie się patrzy, z kina nie powinniśmy wyjść zawiedzeni. Reżyser uczciwie od samego początku pokazuje, że nie zamierzał zrobić nic więcej ponad składną opowiastkę komiksową, na którą bez większej żenady będzie można popatrzeć w wolnym czasie.
Grunt, że unika przy tym popadania w infantylizm i zbytni debilizm, co przy opowieści o dwóch naparzających się górach mięśni jest pewnym osiągnięciem. Ciężko powiedzieć, czy to film strawny dla zwykłego widza. Ale dla osoby z przyjemnością czytującej niegdyś obrazkowe opowieści o superbohaterach zdecydowanie tak. W filmie odpowiednio wyważono proporcje pomiędzy chęcią usatysfakcjonowania fanów komiksu wielokrotnie puszczając do nich oko, a zachowaniem względnej powagi i dostosowaniem się do wymagań dużego ekranu. Cieszy, że wraz z niedawnym „Iron Manem” film ten otwiera nowy rozdział w historii adaptacji komiksów. W obydwu produkcjach położono podwaliny do stworzenia małego uniwersum, w którym kolejne filmy o superbohaterach będą się wzajemnie przeplatały, tworząc sieci powiązań. Jest to zabieg zaczerpnięty z komiksowych pierwowzorów i dobrze, że Hollywood wreszcie załapało konwencję i reguły rządzące tym światem. W końcu zrozumiano, że adaptacje nie muszą na siłę walczyć o serca zwykłych widzów (a wręcz nie powinny tego robić) niezaznajomionych z papierowymi oryginałami, żeby zwracały się koszty produkcji. Sukces „Iron Mana” dobitnie o tym świadczy.
![]() |
![]() |
![]() |
„Incredible Hulk” nie osiągnie takiego sukcesu jak film Jona Favreau, bo jest zwyczajnie słabszy. Mniej w nim polotu i porównywalnej porcji zabawy. Brak charyzmatycznej postaci na miarę Roberta Downeya Juniora wprost stworzonego do roli Tony’ego Starka (który – notabene – na chwilę pojawia się w filmie). Edward Norton jest znakomitym aktorem – w to nie wątpi nikt. W blockbusterze czuje się jednak najwyraźniej nieswojo. Ze swojej roli wywiązuje się wprawdzie zadowalająco, ale bez specjalnych rewelacji. W kreacji Bannera zabrakło, niestety, aktorskiej charyzmy i iskrzenia talentu. Niewątpliwie jest lepiej niż za czasów Erica Bany, ale powodów do zachwytu nie ma. Nieco inaczej ma się sprawa z Timem Rothem, który pewne braki w roli nadrabia niewątpliwym ekranowym magnetyzmem. O reszcie znanych nazwisk nie warto nawet wspominać. William Hurt jest nieprzekonujący, a Liv Tyler rozlazła i przesłodzona jak zwykle.
Jednak bez wątpienia warto zobaczyć „Incredible Hulk” w kinie ze względu na sceny akcji. Poczynając od świetnie zrealizowanego starcia zielonego olbrzyma z armią na terenie uczelni, na finałowej bitwie dwóch brzydali skończywszy. W poprzednim filmie najbardziej brakowało przeciwnika z prawdziwego zdarzenia. Kogoś, z kim bohater mógłby na serio zmierzyć się w walce. I pod tym względem „Incredible Hulk” nie tylko przewyższa swego poprzednika, ale nawet „Iron Mana”, w którym wyraźnie nie ma porządnego końcowego starcia. Leterrier zaserwował nam finał pełen wybuchów, testosteronu i ogólnej mordoklepki – jednym słowem taki, który zadowoli chyba każdego miłośnika zielonego brutala. Starcie trwa dobre kilkanaście minut, nie nużąc nawet przez chwilę. Warto zauważyć, że wbrew obecnym tendencjom w tego typu kinie nie doświadczamy tutaj przesadnego łagodzenia scen przemocy. Podczas starć olbrzymów i wcześniejszych potyczek Hulka z wojskiem giną niewinne ofiary. Zielonoskóry osiłek, siejąc spustoszenie w oddziałach armii, niszczy pojazdy pełne Bogu ducha winnych żołnierzy. Wprawdzie, gdy ma możliwość dokonania wyboru i czas na ostudzenie emocji, nie zabija swych przeciwników, ale w szale bitewnym dosyć skutecznie uszczupla stan liczebny amerykańskiej armii. A to dosyć rzadki widok w filmach o superbohaterach.
Wszystkich rozleniwionych ciepłym letnim klimatem zachęcam do wizyty w chłodnej sali kinowej. Wasze komórki mózgowe wprawdzie specjalnie się nie napracują, ale za to gałki oczne nacieszą się pysznymi scenami akcji, a umysł rozerwie przy ogólnie lekkiej i przyjemnej historii. Jest to tytuł przede wszystkim dla osób lubiących konwencję kina superbohaterskiego. Osoby nie trawiące (tak jak ja) debilnych i tandetnych filmów spod znaku „Fantastic Four”, ale nie kręcące już nosem na „X-menów” bądź „Spidermana”, powinny ze spokojem wybrać się na nowego Hulka. Jak już wspomniałem, jest to film zdecydowanie słabszy od świetnego „Iron Mana”, ale to nie oznacza, że należy postawić na nim krechę.














7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Przeciętny film na podstawie przeciętnego komiksu o kolesiu co zmienia się w głupiego zielonego potwora w niezniszczalnych spodniach :). Jak dla mnie w komiksach z siłaczy lepiej prezentuje się Hercules (choć też nie grzeszy inteligencją dla tego czasami towarzyszy Amadeus Cho, Atena członkowie Avengers, Defenders, Champions, Heroes for Hire a później Mighty Avengers) czy Thor niż Hulk.
Cieszę się jednak że wreszcie przerabiają na film aktorski uniwersum Marvela na razie małe ale rośnie Iron Man 2, Thor, Kapitan Ameryka, Avengers w planach mają też Iron Mana 3, Ant-Mana, Dr Strange, Iron Fist, Black Phanter czyżby do Avengers 2 a może do filmowego Defenders. Mr. ??Cytuj