„Hounddog” wywołał spore kontrowersje jeszcze przed swoją amerykańską premierą. Protestowały organizacje religijne, dziennikarze, kipiąc świętym oburzeniem, rzucili się na panią reżyser i autorkę scenariusza, Deborah Kampmeier, dostało się także Joy Fanning, matce dziecięcej gwiazdy, Dakoty, grającej tu główną rolę. Przyczyną medialnej wrzawy była zawarta w scenariuszu scena gwałtu na dwunastolatce oraz pogłoski, że małoletnia aktorka wystąpi nago. Wśród całej tej awantury jakby zapomniano o najważniejszym – całości historii, wymowie i przesłaniu filmu, a ono bynajmniej nie jest kontrowersyjne i obrazoburcze, wpisuje się raczej w konwencję kina familijnego o odkrywaniu własnej tożsamości i inicjacyjną opowieść o szukaniu własnej życiowej drogi.

Akcja „Hounddoga” rozgrywa się na zapadłym amerykańskim Południu, czyli w Alabamie roku 1961. To czas triumfów Presleya, króla rock’n’rolla, którego zna wówczas każde dziecko i który wzbudza gorące emocje, od bezkrytycznego uwielbienia po oburzenie dewotek i kaznodziejów. Mała, wrażliwa Lewellen jest dziewczynką pozostawioną w zasadzie samej sobie. Mieszka w rozpadającej się ruderze, ciągle nosi swą jedyną, podniszczoną sukienkę. Zupełnie nie dba o nią nadużywający alkoholu ojciec, dla którego ważniejsze są kobiety. Lewellen ma wprawdzie jeszcze babcię, ale ta jest konserwatywna i surowa. Ogarnięta typową dla Południa żarliwą pasją religijną wszędzie dopatruje się grzechu. Nie potrafi dać dziecku tego, co najważniejsze, czyli życzliwego zainteresowania, ciepła i miłości, umie tylko karcić, ze zgorszeniem patrzy na fascynację dziewczynki Presleyem.
Elvis jest bowiem dla małej Lewellen wszystkim – to właśnie na niego, niedostępnego i z daleka uwielbianego dziecko przelewa całe swe uczucie, rozwijając przy okazji muzyczne pasje. Dwunastolatka świetnie naśladuje rock’n’rollowego boga, umie odtworzyć jego prowokujący taniec, porusza biodrami i śpiewa. „Hounddog” to jej ukochana piosenka, popisowy numer, którym potrafi poprawić humor każdemu – zarówno nieszczęśliwemu ojcu, który po porażeniu przez piorun staje się dużym, nieporadnym dzieckiem, jak i tajemniczej Ellen, przyjaciółce ojca, gdy jest on jeszcze silny i sprawny. Występy Lewellen nie podobają się tylko babci, która ponuro przepowiada dziewczynce, że te wygibasy wpędzą ją jeszcze w tarapaty. Starsza pani opętana jest bowiem nie tylko manią religijną, oprócz tego panicznie boi się grzechu cielesnego, nieczystości i pragnie przed nim uchronić wnuczkę, w której jeszcze nieśmiało, ale już wyraźnie zaczyna rodzić się kobiecość. Na nieszczęście przemianę tę dostrzega nie tylko babcia…

„Hounddog” łączy motywy zaczerpnięte z Southern Gothic z opowieścią familijną. W filmie pobrzmiewają echa prozy Flannery O’Connor i „Harfy traw” Trumana Capote, można też odnaleźć wyraźne inspiracje „Zabić drozda” Harper Lee. Kadry tego filmu są jakby wyblakłe, utrzymane w rozjaśnionym słońcem żółciach i zieleniach, spalone żarem Południa, które zostaje tu sportretowane jako miejsce jednocześnie malownicze, urokliwe i straszna, zacofana przestrzeń podziałów zarówno rasowych, jak i klasowych. Małe dziewczynki z rodzin white trashes nie mogą bawić się z tymi, które mają starannie ufryzowane grzywki i mieszkają w białych rezydencjach (choć – jak w filmie – czasami się bawią). Murzyni tworzą swą własną społeczność, spotykając się wieczorami we własnym gronie przy dźwiękach nastrojowego bluesa. Każdej postaci towarzyszy tu zresztą odpowiednio dobrany, charakteryzujący ją rodzaj muzyki – w przypadku Lewellen jest to oczywiście Presley, w zasadzie drugi bohater filmu. Jego odkurzone przeboje tworzą niepowtarzalny, nostalgiczny klimat, kreując świat początku lat 60., którego już dawno nie ma. Babci towarzyszą chóry gospel, kolejna muzyczna wizytówka Południa. Charles, murzyński przyjaciel dziewczynki, jedyny człowiek, który ją rozumie – to oczywiście blues (piękna, hipnotyzująca scena, w której Jill Scott, występująca tu jako legenda tego gatunku, Big Mama Thornton, po swojemu śpiewa tytułowy przebój, który wylansował Presley).
Z wątkiem Charlesa kojarzą się jeszcze inne filmowe konotacje – przypomina się „Black Snake Moan”. Po pierwsze dlatego, że w obu filmach niebagatelnym motywem jest blues jako muzyka zrodzona z cierpienia, po drugie ze względu na to, że Murzyn z „Hounddoga” jest kimś w rodzaju znachora, znawcą węży, także i tu symbolizujących osaczenie, koszmary i uwikłania. Do Deborah Kampmeier można mieć pretensje, że powiela pewne klisze, że pewne rozwiązania są przekombinowane i zbyt melodramatyczne (jak np. wątek Ellen, choć, jeśli się mu baczniej przyjrzeć, idealnie wpisuje się on w rodzinne tajemnice i obsesje modelowo obecne w nurcie gotyku Południa).

Na pewno jednak nie można jej oskarżyć, że zaangażowała Fanning, by ją na ekranie wykorzystać, a tym samym zapewnić reklamę swemu filmowi po raz pierwszy pokazanemu w Sundance w 2007 roku. Opowiadana przez panią reżyser historia wydaje się bardzo osobista, a ona sama używa nader subtelnych środków wyrazu, by zarysować na ekranie emocje i odtworzyć wewnętrzny świat małej, zaniedbanej dziewczynki. Niestety, sławetna scena gwałtu jakby „spaliła” film, w pewnym sensie blokując jego rozpowszechnianie i otaczając „Hounddoga” aurą niesmaku i skandalu. Można przypuszczać, że ci, którzy krzyczeli najgłośniej, filmu nie widzieli – w żadnej ze scen Dakota nie występuje nago, a w newralgicznej sekwencji nie ma dosłowności. Widać tylko twarz dziewczynki, na której maluje się ból i przerażenie.
To chyba najlepsza rola tej małej aktorki, która nie jest już dzieckiem z „Wojny światów” i „Sama”. Fanning niejako dorasta tu na naszych oczach, staje się dojrzała, dźwigając na wątłych barkach bagaż doświadczeń, które mogłyby załamać niejedną kobietę. Idealnie umie oddać zarówno dziecięcą radość Lewellen, cieszącą się, że Presley przyjeżdża do miasteczka, jak i niepokojącą zmysłowość już nie dziecka, a jeszcze nie kobiety, wyrażaną śpiewem i tańcem, w którym zabawa łączy się z nieświadomą prowokacją. Także smutek i załamanie pozbawionego złudzeń małego człowieka, któremu odebrano niewinność. Malownicze, pięknie fotografowane Południe, ciekawa historia gorzkiej inicjacji w dorosłe życie, świetna rola Dakoty, doskonała muzyka – wszystkie te powody sprawiają, że na „Hounddoga” warto zwrócić uwagę, a po seansie w głowie długo jeszcze rozbrzmiewa „You ain’t nothin’ but a hound dog…”






4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!