![]() |
![]() |
![]() |
Mały pokój w więzieniu położonym w stanie Illinois. Przy stole siedzą wyszkolony w swoim fachu złodziej oraz policjant. Rozmawiają o swoich profesjach, o tym, dlaczego zarabiają w taki sposób oraz do czego może ich to doprowadzić. Pada stwierdzenie, że jeżeli złodziej nie zrezygnuje ze swojego zajęcia, to możliwe, że następne spotkanie będzie dla niego ostatnim. Odpowiedź rzezimieszka jest krótka: zwraca uwagę na to, że być może będzie to ostatnie spotkanie, ale to nie on zakończy je sześć stóp pod ziemią. Brzmi znajomo? Powinno, gdyż scena ta była inspiracją i podstawą relacji ścigający–ścigany w filmie „Gorączka”, a jeden z jej bohaterów był konsultantem na planie. Jesteście ciekawi, który i jak się ta historia ostatecznie zakończyła? Wskazówki otrzymacie pod koniec filmu.
„Gorączka” powstawała prawie dwadzieścia lat. Początkowo Michael Mann, ze względu na mnogość wątków, rozważał możliwość nakręcenia serialu o roboczym tytule „L.A.Takedown”. Powstał nawet pilot. Jednak po licznych konsultacjach zdał sobie sprawę, że tkwi w tym temacie zbyt duży potencjał i byłoby wielką szkodą nie nakręcenie filmu fabularnego. Kiedy doszło do etapu zbierania obsady, pomyślał, że jest to niepowtarzalna szansa doprowadzenia do pierwszego kontaktu vis-a-vis dwóch ikon kina gangsterskiego: Roberta De Niro i Ala Pacino.
Obydwu wielkim aktorom pomysł przypadł do gustu i zgodnie podzielili się rolami, bo trzeba wiedzieć, że rozważano w tej kwestii różne warianty. Dodano galerię niemniej znakomitych nazwisk w rolach drugoplanowych (między innymi Val Kilmer, Tom Sizemore i Jon Voight) i już można było oczekiwać powstania kolejnego klasyka gatunku. Oczywiście historia kina zna wiele przypadków, gdy reżyserzy nie potrafili wykorzystać potencjału drzemiącego w ekipie, o jakiej marzy każdy działający w tej branży. „Gorączka” na szczęście na listę tych filmów się nie wpisała.
![]() |
![]() |
![]() |
Drobiazgowo przygotowany plan napadu na opancerzony wóz przewożący pieniądze wskutek nieodpowiedzialnego zachowania jednego z bandytów kończy się jatką w biały dzień. Szajka z miejsca kończy współpracę z psychopatycznym wspólnikiem, ale nie zmienia to faktu, że policja z Los Angeles zwraca na nich uwagę, a jeden z jej przedstawicieli stawia sobie za nadrzędny cel znalezienie winnych napadu. Porucznik Vincent Hanna (Al Pacino) trafia na trop Neila McCauleya (Robert De Niro) i jego ludzi akurat w momencie, gdy ci przygotowują się do skoku, który może ich ustawić na całe życie. Bandyci, pomimo ryzyka, decydują się zagrać w grę, która jest niewątpliwie warta świeczki…
Michael Mann, aktorzy oraz cała ekipa poświęcili wiele miesięcy na przygotowania do realizacji filmu. Aktorzy przeszli trening strzelecki, na którym ku swojemu zaskoczeniu nawet taki stary wyga kina gangsterskiego jak Al Pacino przekonał się o tym, jak niewiele wie o korzystaniu z broni palnej. Większość z nich po raz pierwszy miała okazję strzelać ostrą amunicją. Ekipa przygotowała na strzelnicy imitację ulicy, na której rozgrywa się strzelanina po napadzie na bank, żeby aktorzy mogli dobrze oswoić się z terenem i przećwiczyć tę sekwencję. I doprawdy efekt końcowy pozwala dostrzec trud wniesiony w przygotowanie tej sceny. Powstały ujęcia hipnotyzujące widza, nie pozwalające oderwać wzroku od ekranu, uzależniające na tyle, że następnego dnia ma się ochotę włączyć film raz jeszcze. Na efekt finalny składa się niejeden czynnik. Po pierwsze: przygotowanie aktorów – opanowanie najdrobniejszych elementów, z których skonstruowane są postacie. Podobno na obozach Marines rekrutom włącza się fragment, w którym Val Kilmer chowa się za samochodem, żeby zmienić magazynek, mówiąc, że jeżeli nie potrafią tego zrobić tak szybko jak on, to nie mają przyszłości w armii. Perfekcyjna jest również strona techniczna. Odgłosy wystrzałów w filmach Michaela Manna są prawdziwą poezją dla miłośników tego typu kina. Już przy średnio zaawansowanym sprzęcie dźwiękowym sceny strzelanin wgniatają w fotel. O doskonale dobranej muzyce, zdjęciach i przemyślanym montażu nawet nie będę się rozpisywał. Reżyser przyzwyczaił nas do tego, że te elementy są w jego filmach zawsze najwyższej jakości.
![]() |
![]() |
![]() |
Jednak nie sama akcja stanowi o wartości tego filmu. Sceny te są jedynie wisienką na szczycie przepysznego tortu. To przede wszystkim film o ludziach, ich wyborach życiowych, pełnym poświęcenia sposobie, w jaki zarabiają pieniądze, oraz tego konsekwencjach. Obserwujemy rozgrywkę pomiędzy dwoma doświadczonymi graczami, przepełnionymi wzajemnym szacunkiem i fascynacją, w ostateczności nie wahającymi się jednak zabić przeciwnika. Wynik kalkulacji „on albo ja” jest dla nich sprawą oczywistą. Wzajemna fascynacja jest niebezpodstawna, albowiem są to postacie niezwykle podobne.
Policjant, po latach tropienia różnych szumowin, nauczył się myśleć i działać podobnie jak ci, których ściga całe życie. Tutaj nie ma miejsca na półśrodki. Albo poświęcasz się pracy w pełni, albo bandyta jest zawsze o kilka kroków przed tobą. Między stronami konfliktu jest bardzo cienka granica. Po jej przekroczeniu zostaje się wyjętym spod prawa socjopatą. Ciężko powiedzieć, kto z aktorskiego pojedynku wyszedł zwycięsko, gdyż obydwaj aktorzy dają prawdziwy popis kunsztu. O ile jednak Pacino szarżuje, ocierając się chwilami o autoparodię – choć ostatecznie zrezygnowano z pokazania tego wątku, to na etapie powstawania scenariusza jego postać „nakręcała” się kokainą, co wyjaśnia nadpobudliwość i wybuchy agresji – tak De Niro kreuje postać stonowaną. Jego bohater jest prawdziwym profesjonalistą, nie pozwalającym sobie na najmniejszy błąd. Kalkuluje ze spokojem każdy ruch, nie zabija niepotrzebnie. Jednak gdy chodzi o własne bezpieczeństwo, nie pozostawia cienia wątpliwości, że bez mrugnięcia okiem pociągnie za spust. Pomimo niemoralnej postawy jego bohater nie tylko fascynuje widza, ale wręcz imponuje zimną kalkulacją i opanowaniem. Mann i De Niro nadali tej postaci tyle życia, że widz w finałowym pojedynku kibicuje bandycie, chociaż wie, że prawo jest po stronie tego drugiego.
Wielka w tym zasługa scenariusza, który nie przeskakuje od jednej sceny akcji do kolejnej. Reżyser cierpliwie przedstawia bohaterów, opisuje losy ich rodzin i bliskich, nie szczędząc czasu na rozbudowanie wzajemnych relacji. Tym samym otoczenie bohaterów tętni życiem, wzmaga to wrażenie realizmu, a co za tym idzie, coraz mocniej angażuje widza w losy bohaterów.
„Gorączka” jest filmem, o którym nie zapomina się zaraz po seansie. Pewne sceny tkwią w nas, przypominając o adrenalinie pompowanej w nas podczas ich oglądania. Są niesamowicie uzależniające, ma się ochotę do nich ciągle wracać. Jednocześnie istnieje obawa, że przyjemność ta dawkowana zbyt często straci na swoich walorach. Nie jest to jednak film, który w pełni zachwyca już przy pierwszym kontakcie. Do tego trzeba czasu, przetrawienia tego, co się widziało, i kolejnego seansu. Ale czyż nie to cechuje większość z prawdziwych filmowych arcydzieł?














10/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!