Hana-Bi (Hana-Bi) – Podróż do głębi siebie

Kategoria: Recenzje

Momentami przeraźliwie brutalny, ale jednocześnie niezwykle piękny. Chwilami zabawny, lecz w swej zdecydowanej większości bardzo smutny. Nie dający spokoju, przejmujący, na długo wbijający się w pamięć. „Hana-Bi” śnił mi się dzisiaj…

Takeshi Kitano to człowiek – orkiestra. Między innymi prowadzi program w japońskiej telewizji, maluje obrazy i pisze felietony. Ale najbardziej znany, przynajmniej poza swoją ojczyzną, jest z dokonań filmowych jako aktor i zwłaszcza jako znakomity reżyser, obecnie chyba jeden z twórców najbardziej cenionych przez znawców kina, nie tylko azjatyckiego. Za jego największe osiągnięcie uważa się właśnie „Hana-Bi”, który to tytuł przetłumaczyć można jako „Fajerwerki”.

Hana-Bi Hana-Bi

Życie policjanta Nishi’ego stopniowo obraca się w ruinę. Najpierw traci córkę, później dowiaduje się o nieuleczalnej chorobie żony. Gdy odwiedza ją w szpitalu, podczas akcji ciężko ranny zostaje jego partner Horibe, który ląduje na wózku inwalidzkim. Bohater dręczony wyrzutami sumienia zaciąga pożyczkę u yakuzy, żeby wspomóc przyjaciela. Aby ją później spłacić, planuje napad na bank.

Jak w każdym filmie Kitano, także i w „Hana-Bi” zauważyć można niebywałą wrażliwość reżysera, zarówno w warstwie formalnej jak i treściowej. Wizualne piękno widz dostrzega tak w przyrodzie, w kwiatach, których ujęć bardzo wiele przewija się przez cały czas trwania filmu, jak i w scenach przemocy, które choć chwilami są ponadprzeciętnie brutalne, to jednak wykonane zostały z niezwykłym smakiem i precyzją. Muzyka którą skomponował Joe Hisaishi (do „Zatoichiego” stały współpracownik Takeshi Kitano), choć momentami ociera się o kicz, w jakiś dziwny sposób ujmuje i chwyta za serce. Co więcej, świetnie podkreśla bardzo nostalgiczny nastrój „Hana-Bi”.

Hana-Bi Hana-Bi

No i sama historia, w gruncie rzeczy bardzo prosta, choć Kitano trochę ją udziwnia, zaburzając chwilami chronologię wydarzeń i stosując swego rodzaju „skróty myślowe”, co powoduje, że od czasu do czasu widz musi wytężyć nieco szare komórki i domyślać się, czemu na ekranie dzieje się akurat to, co się dzieje. Akcja toczy się dosyć sennie, ale w żadnym wypadku nie jest to zarzut. Wręcz przeciwnie, taka a nie inna konstrukcja scenariusza pozwala niemal napawać się estetyką poszczególnych ujęć, a także kontemplować historię.

Bohaterowie to ludzie znajdujący się na rozstajach dróg, przegrani, okrutnie skrzywdzeni przez życie. Nishi mówi bardzo mało. W pierwszej połowie filmu niemal w ogóle się nie odzywa. Jest przytłoczony przez los, który nie szczędził mu bolesnych ciosów. Jego charakterystyczna twarz przypomina nieco smutnego błazna, klauna, któremu łzy rozmazały makijaż. Bohater szuka odkupienia, choć od początku wiadomo, że nie zazna spokoju. Wyrusza więc w ostatnią podróż wraz ze swoją umierającą żoną – podróż mającą być rozliczeniem z własnym życiem, ucieczką przed nim, a jednocześnie ostatnią iskrą, błyskiem szczęścia. Jak tytułowe fajerwerki. Czułość jaką Nishi obdarza żonę, kontrastuje z brutalnością graniczącą niemal z sadyzmem, kiedy rozprawia się z gangsterami z yakuzy. Nishi sprawia wrażenie człowieka, który nie ma już nic do stracenia. A ta podróż, w którą wyrusza wraz z kobietą swego życia, w rzeczywistości jest niczym innym jak przygotowaniem na śmierć.

Hana-Bi Hana-Bi

Z kolei od Horibe odeszły żona i córka. Przykuty do wózka inwalidzkiego eks-policjant nieskutecznie próbuje odebrać sobie życie. Odratowany, szuka ukojenia w sztuce. Jego obrazy przedstawiają zwierzęta z kwiatami w miejscach głów. W innych przewija się motyw śniegu – symbolu śmierci. Choć mienią się kolorami, przepełnia je smutek. Tak jak samego Horibe, na zawsze unieruchomionego na wózku, opuszczonego i zapomnianego przez najbliższych. Także i on, pomimo realizowania swojej pasji bliższy jest raczej kolejnej próby samobójczej, niż wyjściu z kryzysu z pomocą sztuki. Wystarczy spojrzeć w oczy Horibe – smutne, już nawet nie zdesperowane, a pogodzone z losem, jakby ich właściciel był przygotowany na ostateczny, tym razem stuprocentowo pewny cios, jaki sobie zada. Ten bardzo przygnębiający klimat od czasu do czasu starają się rozluźnić wstawki komediowe, których jest jednak (na szczęście) bardzo mało i nie psują one odbioru filmu. Warto zwrócić uwagę na sekwencję napadu na bank w wykonaniu Nishiego. Akcja przeprowadzona sprawnie, szybko i… dosyć nietypowo. To jednak tylko jeden z nielicznych momentów kiedy na twarz widza wraca uśmiech i na dwie sekundy można zapomnieć o jakże smutnej reszcie.

I takie właśnie są „Fajerwerki”, przesiąknięte wręcz nihilistycznym nastrojem, choć gdzieniegdzie Kitano powtykał fragmenty świadczące o tym, że nie bez powodu uważany jest przez swoich rodaków za jednego z najlepszych komików. Kitano na potrzeby jednego ze swoich następnych filmów uknuł określenie „beauty of sadness”, które równie mocno jak w przypadku „Lalek” sprawdza się w odniesieniu do „Hana-Bi”. Choć to ciężki film, który niektórym może wydać się zbyt brutalny, niezrozumiały z powodu odmienności kulturowej czy zwyczajnie nudny, naprawdę warto go obejrzeć, nie dać się wspomnianym wcześniej „skrótom myślowym”, gdyż pod spodem kryją się naprawdę niezwykłe emocje.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Hana-Bi
Oryginalny tytuł: Hana-Bi
Kraj: Japonia
Rok:
Czas trwania: 103 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:

Obsada:
Yoshitaka Nishi
Miyuki
Horibe
Nakamura
Tesuka
Zabójca
Przestępca
Kudo
Lekarz
Tanaka
Ocena:  9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!