Edward D. Wood Jr. to reżyser, który na trwałe zapisał się w historii kina. Jego dzieła po dziś dzień mają wielu fanów, którzy otaczają je niemal nabożną czcią. Trudno się temu dziwić, wszak pozycje te są wyjątkowe i niepowtarzalne. Jednym z pierwszych filmów Wooda, będącym niejako preludium do wspaniałej i obfitującej w wiele sukcesów kariery, było dzieło zatytułowane „Glen czy Glenda„.
„Glen czy Glenda” opowiada historię młodego, przystojnego człowieka, który posiada dobrą pracę, ładną narzeczoną i świetlaną przyszłość przed sobą. Glen skrywa jednak przed światem mroczną tajemnicę. Mianowicie uwielbia stroić się w damskie fatałaszki. Gdy nakłada różowe, koronkowe majteczki po prostu czuje, że żyje. A gdy tylko ma okazję nawiązać bliższy kontakt ze sweterkiem z angory, popada w stan graniczący niemal z ekstazą. Niektórzy sens swego istnienia widzą w pisaniu recenzji, inni w kuchni śródziemnomorskiej, jeszcze inni w pluciu i łapaniu. Dla Glena najważniejsze są damskie ubrania.
![]() |
![]() |
Sam Glen jest zresztą alter ego reżysera (odtwarzającego również tytułową rolę), który także miał słabość do pończoch i butów na wysokim obcasie. Tyle, że Wood nie krył się ze swoimi upodobaniami – wręcz przeciwnie, wszak każdy geniusz ma w sobie coś z ekscentryka. W sumie film „Glen czy Glenda” można wręcz nazwać manifestem nawołującym do tolerancji dla transwestytów.
Powstało dzieło ponadczasowe. Absolutnie nie dziwię się, że film Wooda w swoim czasie został zmieszany z błotem. Rozwiązania formalne, proponowane przez reżysera, były czymś zupełnie nowym i obcym dla przyzwyczajonych do gładkich fabuł ówczesnych widzów. Tymczasem mamy tu do czynienia z oryginalną, nielinearną narracją, której, że się brzydko wyrażę „składanie do kupy”, może przynieść wiele satysfakcji każdemu wielbicielowi takich dzieł, jak „Mulholland Drive” czy „Zaginiona Autostrada„.
Trudno nie zauważyć także eklektyzmu gatunkowego, w tamtych czasach wręcz niespotykanego. „Glen czy Glenda” łączy w sobie elementy dramatu społecznego, komedii, filmu dokumentalnego. Wszystko to spięte zostało klamrą horroru spersonifikowanego tutaj w osobie Beli Lugosiego, dla którego była to chyba rola życia. Gdzieś w tle przemykają także echa science-fiction, które dostrzec można, między innymi, w niezwykle subtelnych efektach specjalnych. W tej dziedzinie jednakże Wood osiągnie szczyt swych możliwości we wspaniałym „Planie 9 z Kosmosu„, nie wiedzieć czemu tak skrytykowanym przez mojego kolegę klubowego, Tylera Durdena, ignoranta jednego.
![]() |
![]() |
Swoboda z jaką Edward D. Wood Jr. przemieszcza się między tak, wydawałoby się, odległymi gatunkami musi budzić podziw. W zdumienie wprawia także mnogość ukrytych znaczeń i symboli. Cóż oznaczają ślimaki, zielone smoki czy szczenięce ogony? Ten film to gratka dla każdego kinomana lubującego się w odszukiwaniu nowych, nierzadko zaskakujących, interpretacji. Strona wizualna filmu również poraża. Niektóre sekwencje (jak choćby surrealistyczny sen Glena ocierający się chwilami o klimaty sado-maso), w swym mistycyzmie przypominają te, które można oglądać w filmach Davida Lyncha chociażby. Widać, że twórca „Twin Peaks” czerpał z najlepszych wzorców.
A poza tym to zwyczajnie kawał ludzkiego, życiowego, wzruszającego kina. Problem Glena dzieli przecież wielu mężczyzn na całym świecie, a reżyser filmem tym stara się choćby w jak najmniejszym stopniu sprawić, żebyśmy zrozumieli, że są to tacy sami ludzie jak my. Wiele do myślenia daje rozmowa dwóch robotników o tolerancji dla odmiennych upodobań. Dialog ten prowadzony jest z offu, na tle niezwykle klimatycznych zdjęć z huty czy innej fabryki. Tej nocy spać nie mogłem, rozmyślając i analizując jakże mądre słowa padające z ust mężczyzn. Także najsłynniejsza scena filmu, w której Barbara, narzeczona Glena, dowiadując się o jego upodobaniach, oddaje mu swój najlepszy sweter z angory, jest tak emocjonalnie intensywna, że trudno powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Edward D. Wood Jr. wykazał się wielkim „talentem” realizując tę sekwencję.
![]() |
![]() |
W ogóle wydaje mi się, że analogie między Woodem a Orsonem Wellesem są jak najbardziej wskazane. Podobnie jak „Obywatel Kane”, także i „Glen czy Glenda” wyprzedził swoje czasy. Takiego skoku jakościowego, jaki był efektem tych dwóch wybitnych dzieł, historia Dziesiątej Muzy chyba nie odnotowała ani wcześniej ani później. Trudno wywnioskować dlaczego „Obywatel Kane” we współczesnych rankingach zajmuje tak wysokie pozycje, a produkcja Wooda okryła się patyną zapomnienia, od którego stara się uratować film garstka pasjonatów i fanów. Pewne jest jedno – „Glen czy Glenda” to pozycja niebanalna, oryginalna, pod wieloma względami wyjątkowa. Żaden szanujący się kinoman po prostu nie może jej przegapić.











2/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!