Wilczyca

Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden

Zdjęcia Ginger


W bogatym uniwersum literatury i kina grozy mieści się kilka ikon, postaci i potworów, które bez wahania rozpozna nawet człowiek programowo stroniący od tego gatunku. To wampiry, mumia, zombie, duchy, potwór Frankensteina, Dr Jekyll i pan Hyde oraz wilkołaki. Każdy potwór z powyższej wyliczanki doczekał się przynajmniej jednego naprawdę dobrego filmu ze swoim udziałem. Niektóre były jednak mniej rozpieszczane przez filmowców - jak chociażby wilkołaki. Krótki test na skojarzenia: jaki znacie dobry film z wilkołakami, do którego nie macie większych zastrzeżeń? „Wilk” z Nicholsonem? Ok., a coś innego?... „Underwold”? Ale ja pytam o takie, które oglądaliście na trzeźwo. „Nastoletni wilkołak”? Bądźmy poważni. „Van Helsing”? Jasne... Zapewne, gdyby poszukać w pamięci bądź na odpowiednich listach filmowych, coś by się jeszcze poza „Wilkiem” znalazło (niektórzy krzykną zapewne „Dog Soldiers”, ja im jednak nie przyklasnę - uważam go za średnie filmidło klasy B), nie zmienia to jednak faktu, że dobrych produkcji z wyrośniętymi kudłaczami jest tyle, co Belzebub napłakał. W ostatnich miesiącach zeszłego stulecia miał na szczęście premierę tytuł, który śmiało można dopisać do tej krótkiej listy.

Ginger i Brigitte to pierwszorzędne kandydatki do miana emo roku (chociaż mając na uwadze datę powstania filmu, to skłaniałbym się raczej ku introwertycznym Gotkom). Izolują się od rówieśników, gustują w czarnych ciuchach, spod okrycia których ledwie można dostrzec ich blade buzie (na które oczywiście opadają długie, ciemne włosy). W szkole uważane są za dziwaczki, co specjalnie nie dziwi mając na uwadze ich zamiłowanie do robienia sobie zdjęć, na których pozorują swoje krwawe zejścia z tego świata (najczęściej samobójcze). Pewnej nocy Ginger zostaje zaatakowana przez wilkołaka. Cudem udaje się jej to przeżyć, na skutek poniesionych ran zaczyna się z nią jednak dziać coś dziwnego. Staje się nadpobudliwa, uzewnętrznia się dzika (powiedziałbym wręcz pierwotna) strona jej osobowości, styl ubierania zmienia na bardziej krzykliwy a na dodatek... wyrasta jej ogon. Brigitte nie ma wątpliwości - jej siostra zamienia się powoli w wilkołaka i jeżeli szybko temu nie zaradzi, w niedalekiej przyszłości będzie musiała z Ginger umawiać się na spotkania na leśnej polanie.

„Zdjęcia Ginger” podąża śladami wyznaczonymi przez filmy takie jak: „Zagadka nieśmiertelności”, „Blisko ciemności”, „Straceni chłopcy”, Od zmierzchu do świtu” a z powodzeniem kontynuowanymi w zeszłorocznym „Pozwól mi wejść”. Wszystkie te filmy, chociaż nierzadko różniące się poziomem, klimatem a nawet klasyfikacją gatunkową,
łączy jedna rzecz. Obdarto w nich wampiry z ich klasycznego, romantycznego wizerunku. Pochmurne zamczyska zamieniono na apartamenty, bloki z wielkiej płyty bądź komuny mieszkające w starych ruderach bądź jaskiniach. A za teren polowań robiły tym razem speluny, dyskoteki i amerykańskie bezdroża. Reasumując, całą wiktoriańską otoczkę zamieniono na realia XX wieku, w którym nie ma już miejsca na zakrywanie twarzy peleryną, fruwanie pod postacią nietoperza, blade damy w długich sukniach i pokręconych sługusów. I chociaż nie wszystkie z wyżej wymienionych filmów były w pełni udanymi produkcjami, to niewątpliwie odświeżony wizerunek wampirzej hałastry był ich dużym plusem.

Reżyser „Zdjęć Ginger” postanowił wykorzystać ten sam patent w klasycznej w gruncie rzeczy historii o ugryzieniu przez wilkołaka i stopniowej metamorfozie w swego napastnika. O ile jednak sztampowy i schematyczny jest sam kręgosłup historii, tak w żadnym wypadku nie można tego powiedzieć o obudowujących go wnętrznościach i mięsie (których widoku notabene nie zabraknie w samym filmie). Można więc zapomnieć o wypatrywaniu na wieczornym niebie widoku księżyca w pełni, zapowiadającego rychła krwawą jatkę. Ba, przez większość filmu można w ogóle zapomnieć o widoku wilkołaka. Uświadczymy go na dobrą sprawę dopiero w długiej scenie finałowej, która jest zresztą najbardziej schematycznym i nieco nużącym elementem filmu.

Odhaczanie obowiązkowych elementów opowieści o wilkołaku nie interesowało Johna Fawcetta. Reżyser wolał skupić swoją uwagę na fizycznych i psychicznych świadectwach procesu transformacji młodej dziewczyny w drapieżnego potwora. Na jej relacjach z bliskimi, a zwłaszcza z młodszą, zapatrzoną w nią siostrą, zarysowując przy okazji całkiem zgrabny obraz szkolnych podziałów i odnajdywania drogi na wybicie się z tłumu szaraków. Ubrał to w całkiem niezłą formę techniczną, z ostrzejszymi gitarowymi utworami w tle (to już rzecz gustu, ale moim zdaniem nie ocierającymi się o tandetną efekciarskość jak to zazwyczaj bywa) i niezłymi zdjęciami. Zawiódł najbardziej na polu efektów specjalnych, szczególnie w kwestii wyglądu wilkołaka, ale na szczęście przez większość czasu, jak już wspomniałem, nie ma go na ekranie, więc i nie boli to specjalnie.

Kończąc, zastanawiam się, czy mogę polecić ten tytuł osobom alergicznie nastawionym na typowy bestiariusz kina grozy. Powiem tak - jeżeli podobały wam się wymienione wcześniej tytuły wampiryczne, dajcie szansę „Zdjęciom Ginger”, dużo czasu nie zmarnujecie (108 minut) a w zamian zetkniecie się z całkiem niegłupią historią o siostrzanej miłości i walce o dobre miejsce w szkolnej hierarchii - z wilkołakiem w tle.



Autor : Krzysztof Bogumilski – Tyler Durden

Skomentuj recenzję :

Zdjęcia Ginger

Ginger Snaps


Kraj : USA
Kanada
Rok produkcji : 2000
Czas trwania : 108 minut

Reżyseria : John Fawcett
Scenariusz : Karen Walton
Zdjęcia : Thom Best
Muzyka : Dani Filth
Mike Shields
Montaż :Brett Sullivan

Obsada :

Katharine Isabelle Ginger
Emily Perkins Brigitte
Kris Lemche Sam
Jesse Moss Jason
Danielle Hampton Trina
Peter Keleghan Pan Wayne
Mimi Rogers Pamela
Christopher Redman Ben
Ann Baggley Matka
Wendii Fulford Pani Sykes