W bogatym uniwersum literatury i kina grozy mieści się kilka ikon, postaci i potworów, które bez wahania rozpozna nawet człowiek programowo stroniący od tego gatunku. To wampiry, mumia, zombie, duchy, potwór Frankensteina, Dr Jekyll i pan Hyde oraz wilkołaki. Każdy potwór z powyższej wyliczanki doczekał się przynajmniej jednego naprawdę dobrego filmu ze swoim udziałem. Niektóre były jednak mniej rozpieszczane przez filmowców - jak chociażby wilkołaki. Krótki test na skojarzenia: jaki znacie dobry film z wilkołakami, do którego nie macie większych zastrzeżeń? „Wilk” z Nicholsonem? Ok., a coś innego?... „Underwold”? Ale ja pytam o takie, które oglądaliście na trzeźwo. „Nastoletni wilkołak”? Bądźmy poważni. „Van Helsing”? Jasne... Zapewne, gdyby poszukać w pamięci bądź na odpowiednich listach filmowych, coś by się jeszcze poza „Wilkiem” znalazło (niektórzy krzykną zapewne „Dog Soldiers”, ja im jednak nie przyklasnę - uważam go za średnie filmidło klasy B), nie zmienia to jednak faktu, że dobrych produkcji z wyrośniętymi kudłaczami jest tyle, co Belzebub napłakał. W ostatnich miesiącach zeszłego stulecia miał na szczęście premierę tytuł, który śmiało można dopisać do tej krótkiej listy.
Ginger i Brigitte to pierwszorzędne kandydatki do miana emo roku (chociaż mając na uwadze datę powstania filmu, to skłaniałbym się raczej ku introwertycznym Gotkom). Izolują się od rówieśników, gustują w czarnych ciuchach, spod okrycia których ledwie można dostrzec ich blade buzie (na które oczywiście opadają długie, ciemne włosy). W szkole uważane są za dziwaczki, co specjalnie nie dziwi mając na uwadze ich zamiłowanie do robienia sobie zdjęć, na których pozorują swoje krwawe zejścia z tego świata (najczęściej samobójcze). Pewnej nocy Ginger zostaje zaatakowana przez wilkołaka. Cudem udaje się jej to przeżyć, na skutek poniesionych ran zaczyna się z nią jednak dziać coś dziwnego. Staje się nadpobudliwa, uzewnętrznia się dzika (powiedziałbym wręcz pierwotna) strona jej osobowości, styl ubierania zmienia na bardziej krzykliwy a na dodatek... wyrasta jej ogon. Brigitte nie ma wątpliwości - jej siostra zamienia się powoli w wilkołaka i jeżeli szybko temu nie zaradzi, w niedalekiej przyszłości będzie musiała z Ginger umawiać się na spotkania na leśnej polanie.
„Zdjęcia Ginger” podąża śladami wyznaczonymi przez filmy takie jak: „Zagadka nieśmiertelności”, „Blisko ciemności”, „Straceni chłopcy”, Od zmierzchu do świtu” a z powodzeniem kontynuowanymi w zeszłorocznym „Pozwól mi wejść”.
Wszystkie te filmy, chociaż nierzadko różniące się poziomem, klimatem a nawet klasyfikacją gatunkową,
łączy jedna rzecz. Obdarto w nich wampiry z ich klasycznego, romantycznego wizerunku. Pochmurne zamczyska zamieniono na apartamenty, bloki z wielkiej płyty bądź komuny mieszkające w starych ruderach bądź jaskiniach. A za teren polowań robiły tym razem speluny, dyskoteki i amerykańskie bezdroża. Reasumując, całą wiktoriańską otoczkę zamieniono na realia XX wieku, w którym nie ma już miejsca na zakrywanie twarzy peleryną, fruwanie pod postacią nietoperza, blade damy w długich sukniach i pokręconych sługusów. I chociaż nie wszystkie z wyżej wymienionych filmów były w pełni udanymi produkcjami, to niewątpliwie odświeżony wizerunek wampirzej hałastry był ich dużym plusem.
Reżyser „Zdjęć Ginger” postanowił wykorzystać ten sam patent w klasycznej w gruncie rzeczy historii o ugryzieniu przez wilkołaka i stopniowej metamorfozie w swego napastnika. O ile jednak sztampowy i schematyczny jest sam kręgosłup historii, tak w żadnym wypadku nie można tego powiedzieć o obudowujących go wnętrznościach i mięsie (których widoku notabene nie zabraknie w samym filmie). Można więc zapomnieć o wypatrywaniu na wieczornym niebie widoku księżyca w pełni, zapowiadającego rychła krwawą jatkę. Ba, przez większość filmu można w ogóle zapomnieć o widoku wilkołaka. Uświadczymy go na dobrą sprawę dopiero w długiej scenie finałowej, która jest zresztą najbardziej schematycznym i nieco nużącym elementem filmu.
Odhaczanie obowiązkowych elementów opowieści o wilkołaku nie interesowało Johna Fawcetta. Reżyser wolał skupić swoją uwagę na fizycznych i psychicznych świadectwach procesu transformacji młodej dziewczyny w drapieżnego potwora. Na jej relacjach z bliskimi, a zwłaszcza z młodszą, zapatrzoną w nią siostrą, zarysowując przy okazji całkiem zgrabny obraz szkolnych podziałów i odnajdywania drogi na wybicie się z tłumu szaraków. Ubrał to w całkiem niezłą formę techniczną, z ostrzejszymi gitarowymi utworami w tle (to już rzecz gustu, ale moim zdaniem nie ocierającymi się o tandetną efekciarskość jak to zazwyczaj bywa) i niezłymi zdjęciami. Zawiódł najbardziej na polu efektów specjalnych, szczególnie w kwestii wyglądu wilkołaka, ale na szczęście przez większość czasu, jak już wspomniałem, nie ma go na ekranie, więc i nie boli to specjalnie.
Kończąc, zastanawiam się, czy mogę polecić ten tytuł osobom alergicznie nastawionym na typowy bestiariusz kina grozy. Powiem tak - jeżeli podobały wam się wymienione wcześniej tytuły wampiryczne, dajcie szansę „Zdjęciom Ginger”, dużo czasu nie zmarnujecie (108 minut) a w zamian zetkniecie się z całkiem niegłupią historią o siostrzanej miłości i walce o dobre miejsce w szkolnej hierarchii - z wilkołakiem w tle.
Autor : Krzysztof Bogumilski – Tyler Durden
Skomentuj recenzję :
|