![]() |
![]() |
![]() |
Gdybym usłyszał o planach przeniesienia uniwersum G.I.JOE na duży ekran w wieku lat dziesięciu, najprawdopodobniej byłbym zachwycony. Słysząc o tym, gdy miałem lat dwadzieścia parę, nie wiedziałem, co jest bardziej adekwatne: śmiech, zażenowanie czy obojętność. Ten projekt wzbudzał we mnie jedynie nadzieję, że okaże się produkcją tak złą, że aż dobrą. Wiadomo: procenty na stole, znajomi u boku i oczekiwanie na kolejne patriotyczno-pompatyczne sceny chwalące dzielnych amerykańskich wojaków o śmiesznych ksywach, przerywane idiotycznymi scenami akcji. Jakże wielkie było więc moje zaskoczenie, gdy okazało się, że choć film nie spełnia takich kryteriów, to wciąż daje się bezboleśnie, a nawet z pewną dawką przyjemności oglądać.
Ale tutaj uwaga: bynajmniej nie oznacza to, że jest on tytułem godnym polecenia. Pozytywny odbiór zależy od nastawienia odbiorcy. Przede wszystkim wypada zaznaczyć, że to nie jest produkcja skierowana do dwudziestoparolatków, a przynajmniej nie do tych wybredniejszych. To film, w którym zakochalibyście się, mając lat dziesięć, kompletnie nie rozumiejąc braku zachwytu u starszych braci, którzy zabrali was do kina. Co więcej, przypuszczam, że większe wrażenie zrobiłby na dziesięciolatkach z ubiegłego stulecia niż na współczesnej dzieciarni, śliniącej się na widok kolejnych odsłon serii o wielkich robosamochodach. Oczywiście nie oznacza to, że „G.I.JOE: Czas Kobry” jest kinem akcji w starym stylu spod znaku zeszłorocznej „Uprowadzonej”. Co to, to nie. Wyraźnie widać, że to produkcja postmatrixowska. Mamy bullet-time, błyszczące, hi-techowe uniformy i lśniące napisy informacyjne (trochę a la serial „J.A.G.”), wyjaśniające oczywistości takie jak aktualne miejsce i czas – zupełnie jakby inne fryzury bohaterów nie wystarczyły, by widz domyślił się, że patrzy na retrospekcję. Do tego całość jest mocno plastikowa i o jakichkolwiek oznakach realizmu nie może być mowy. Nie ma za to skrajnego zidiocenia w scenariuszu, nie ma eksplozji nieczytelnych efektów, które zamiast cieszyć nasze gałki oczne mrygają milionem pikseli w ultraszybkim tempie, w końcu – nie ma kloacznego humoru dla ograniczonych nastolatków.
Ten film to dosłownie druga strona monety, po obróceniu której zobaczymy tytuły z serii „Transformers”. Nie bez powodu drugi raz do nich nawiązuję. Oba tytuły mają podobną genezę: długoletnią historię na rynku figurek, komiksów i seriali animowanych, która zaowocowała przeniesieniem marki na duży ekran. Różnica tkwi w tym, że filmując „G.I.JOE”, nie zapomniano o napisaniu spójnego i w miarę logicznego scenariusza. Żadne to fajerwerki oryginalności, błyskotliwości i talentu – po prostu trzymająca się kupy historia, dająca pretekst do paru strzelanin, garści wybuchów i pomachania dwiema katanami. Po tym tytule nie można się spodziewać niczego więcej, ale jak pokazują filmy Baya, nawet takie oczekiwania mogą się okazać wygórowane. Dla jasności podkreślę, że fabuła jest schematyczna i w znacznej mierze przewidywalna do bólu, a do tego miejscami niedorzeczna, ale jeżeli ktoś, sięgając po ten film, oczekiwał czegoś więcej niż pretekstowej fabułki pozwalającej „ożywić” plastikowe zabawki, ten chyba nie do końca wiedział, za jaką produkcję się zabiera, a na dodatek wykazuje się słabym zrozumieniem prawideł rządzących tym biznesem.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Z „G.I.JOE” wiąże się dokładnie ten sam problem, co z takimi (oczywiście nieporównywalnie bardziej udanymi) adaptacjami jak „Spider-Man”, „X-Men”, „Batman” czy „Iron Man”. Filmowcy mogą dwoić się i troić, usiłując urealnić ten do bólu komiksowy świat, zrezygnować ze spandeksowych kostiumów i odcedzić liczne idiotyzmy tkwiące w oryginałach, ale nie odetną się zupełnie od komiksowej spuścizny, bo wtedy adaptowanie tych serii w ogóle straciłoby sens. Inna sprawa, że w przypadku „G.I.JOE” to, co komiksowe – powiedzmy, że pod tym pojęciem ukrywa się cała komiksowo-animowano-figurkowa spuścizna marki – najbardziej bawi (w szyderczy sposób) i wadzi. Bo z jednej strony mamy mocno niepoważne i umowne starcia twardzieli w ultranowoczesnych zbrojach, mieszczące się jednak w ramach luźnej konwencji kina akcji z przymrużeniem oka, natomiast z drugiej – wywołujących uśmiech politowania plastikowych klaunów udających wojowników ninja bądź szalonych doktorów z bionicznymi częściami ciała rodem z tandetnych opowieści sci-fi.
Próba budowania wokół postaci jakiejkolwiek historii to największe źródło szyderczego śmiechu, bo z kiczowatych historyjek dołączanych do figurek dla dziesięciolatków zwyczajnie nie dało się wycisnąć sensownych fabuł. Tutaj jednakże powracamy do wcześniejszej uwagi: to film dla gimnazjalistów, którzy nie zwrócą uwagi na poziom skomplikowania postaci. Wystarczy im informacja, że Storm-Shadow ćwiczył w młodości ze Snake-Eyes, a Duke był zaręczony z Baroness – i to wystarczy jako materiał wyjściowy do kilku efektownych strzelanin pomiędzy nimi i pościgu po ulicach Paryża.
Bardzo łatwo byłoby wyśmiać ten film i liczne razy już zebrał, ale ma to tyle sensu, co wyszydzanie produkcji Disneya za to, że nie są psychologicznie pogłębionymi dramatami. „G.I.JOE” to film skierowany do młodej widowni, ale w przeciwieństwie do produkcji Michaela Baya przynajmniej sili się na zbudowanie wokół plastikowych postaci trzymającej się kupy historii i korzysta z mocy przerobowych komputerów do wytwarzania czytelnych dla widza obrazów, a nie chaotycznych eksplozji pikseli. Jestem przekonany, że gdybym miał te kilkanaście lat mniej na karku, uwielbiałbym ten film i dlatego nie będę się nad nim znęcał. Kończąc, wspomnę jeszcze, że zainspirowany seansem odkurzyłem stare numery komiksu wydawanego u nas w latach 90. Pomimo lekkiego przypływu nostalgii wywołanego filmem, nie zdołałem przebrnąć przez więcej niż trzy strony jakiegokolwiek numeru. Doprawdy, twórcom należy się uznanie, że z tak lichego materiału wyjściowego zdołali wycisnąć cokolwiek znośnego.












5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Film dość przeciętny ale i tak dużo lepszy od Transformers 1 i 2.
Channing Tatum to dość słaby aktor a najlepszą rolę jak na razie miał we Wrogach Publicznych Michaela Manna. Mr. ??Cytuj
Moja Ocena G.I.Joe: The Rise of Cobra to coś między 5/10 i 4/10. Mr. ??Cytuj