![]() |
![]() |
![]() |
Dawno, dawno temu – a właściwie to jakieś 8 lat temu – powstała pewna gra. Nie był to jeden z setek tysięcy tytułów rozbłyskujących chwilowo, po czym ginących w zalewie wielu innych przeciętniaków. To była gra, której sprzedaż liczona była w milionach egzemplarzy, gra oczekiwana na długo przed swoją premierą, gra pociągająca za sobą zwiększoną sprzedaż konsoli na którą została wydana, w końcu gra, która zrewolucjonizowała swój gatunek. Tą grą było „Final Fantasy 7„.Pozostawiając jednak na boku aspekt branżowo-finansowy, przede wszystkim była to jedna z najważniejszych w moim życiu gier. Po raz pierwszy zetknąłem się z tytułem, przy którym potrafiłem miesiącami siedzieć przed ekranem telewizora. Grę przeszedłem dwukrotnie, w sumie poświęcając jej około 200 godzin z mego życia i bynajmniej nie był to dla mnie czas stracony. Dzięki niej utwierdziłem się w przekonaniu, że nie mają racji osoby oskarżające gry komputerowe o miałkość treści, wtórność względem książek i filmów, powierzchowność poruszanych tematów i żerowanie na najniższych instynktach graczy. Firma Squaresoft na trzech płytach CD zmieściła historię, która swoim rozmachem i rozbudowaniem spokojnie mogłaby stawać w szranki z najlepszymi powieściami fantasy. Już początkowe przygody w mieście Midgar zajmowały więcej czasu niż przerażająca większość gier przygodowych, z którymi miałem do czynienia w tamtym okresie i wystarczyłyby do napisania na ich podstawie interesującej książki. Trzeba przy tym zaznaczyć, że stanowiły jedynie prolog do dalszych wydarzeń, a czas spędzony w Midgardzie był jedynie kroplą w morzu dalszych przygód. Dzięki „Final Fantasy 7″ zwróciłem także uwagę na gatunek gier zwany japanese RPG (jRPG) – wymagający od gracza dużo czasu i cierpliwości, ale w zamian oferujący tony radości i wzruszeń. „FF7″ był dla jRPG tytułem przełomowym, zmienił go i pchnął ku zmianom, jakich wymagał od gier XXI wiek. Był to niestety także pierwszy krok ku przekształceniom w kierunku, który stawiał walory estetyczne nad merytorycznymi. Zmiana miała nadejść dopiero później, ale dotknęła niestety także twórczość Squaresoftu.
![]() |
![]() |
![]() |
Zaślepienie możliwościami cyfrowymi w pewnym momencie ogłupiło zresztą nie tylko twórców gier, ale również filmowców, czego smutnym przykładem jest choćby pierwszy pełnometrażowy film, w którego tytule znalazła się nazwa wspominanej powyżej serii. „Final Fantasy: Spirit Within” był strasznym rozczarowaniem. Zarówno dla mnie jako widza, który otrzymał mierny produkt, z cyfrowymi ludzikami uderzająco podobnymi do znanych zachodnich aktorów, jak i dla drzemiącego we mnie miłośnika serii, który nie otrzymał nawet namiastki magii, z jaką miał do czynienia w przypadku oryginalnego „Final Fantasy”. Squaresoft, robiąc film dla wszystkich, stworzył tak naprawdę ładny wizualnie twór, odrzucający swoją beznadziejnością merytoryczną zarówno kinomaniaków, jak i miłośników serii. „FF: Spirits Within” nieomal nie doprowadził firmy do ruiny, powodując konieczność ratowania się nadwyrężającymi jej renomę tytułami komercyjnymi, dzięki którym mogła wyjść na prostą.
I oto kilka lat po ich nieomal samobójczym debiucie w salach kinowych japończycy postanowili raz jeszcze zaryzykować. Ponownie sięgnęli po najlepszy tytuł ze swojej stajni i znów stworzyli bajeczny wizualnie film, który mógł się dla nich okazać ich „złotym strzałem”. Czy tak będzie? Nie wiem. Jedno wiem na pewno: „kwadratowi” nauczyli się na swoich błędach. Zrozumieli, że próba przypodobania się masowemu widzowi na zdrowie im nie wychodzi, a może wręcz odbić się czkawką, odstraszając podstawową grupę docelową, czyli wiernych fanów serii. Sięgnęli więc po tytuł wciąż rozpalający wyobraźnię graczy, przypominający czasy świetności serii, zaczerpnęli z niego znane i lubiane postacie, postanawiając stworzyć grę kontynuująca wątek zakończony w chwili zakończenia zabawy z oryginałem, odpowiadając na pytanie, „co by było gdyby”. Podobny zabieg zastosowali już w przypadku bezpośredniej kontynuacji konsolowego „Final Fantasy X„. Był to swoisty test tego, co może wyjść z takiego eksperymentu. Ponieważ powstałe w ten sposób „Final Fantasy X-2” przyjęło się dosyć dobrze, można było ponownie próbować szczęścia w świecie filmu.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Tym sposobem najwyższa pora przejść do głównego bohatera tej recenzji, czyli filmu „Final Fantasy 7: Advent Children„. Filmu, o którym jak na razie nie napisałem zbyt wiele, ale to dlatego, że nie sposób nie odbierać go przez pryzmat gier z serii „Final Fantasy”. Ktoś może powiedzieć, że film jest osobną dziedziną sztuki i powinien się bronić sam, nie wymagając od widza kontaktu z zupełnie innymi nośnikami kultury. Zapewne nie można by temu komuś odmówić racji, ale z drugiej strony nie można wymagać ode mnie, żebym do tytułu, który wyrwał z mego życiorysu tyle godzin, podchodził zupełnie „na sucho”.
Seans „Advent Children” był dla mnie ogromną sentymentalną podróżą do czasów, kiedy gry komputerowe były głównym przedmiotem moich dysput z kolegami, zajmowały najwięcej mojej uwagi i skutecznie odciągały od nauki. Nie ma co się zresztą oszukiwać: właśnie na uczuciach i wspomnieniach fanów żerowało Squaresoft tworząc ten tytuł. To nie jest film dla widzów, którzy nigdy nie zetknęli się z tą grą – oni z seansu wyniosą co najwyżej pozytywne wrażenia estetyczne. Jedynie gracze odczują przyjemność z obserwowania świetnie im znanych lokacji, będą się cieszyli z pojawienia się na ekranie kolejnej postaci tak dobrze im znanej z gry, a ci najwierniejsi będą dodatkowo czerpali przyjemność z odkrywania co subtelniejszych odniesień do serii.
O samej fabule celowo piszę nie wiele, żeby nie odbierać nikomu przyjemności z możliwości ponownego zanurzenia się w świat Clouda, Tify, Barreta i całej reszty brygady. Zdradzę jedynie, że w filmie w mniej lub bardziej ważnych rolach powrócą wszyscy najważniejsi bohaterowie, a nawet niektórzy nieboszczykowie będą mieli swoje „trzy grosze” do powiedzenia. W końcu obejrzymy prawdziwy finał starcia, którego przebieg w grze mógł pozostawić w odbiorcach niedosyt. Tym razem bez dwóch zdań postawiona zostaje kropka nad „i”.
Nie sposób nie wspomnieć również o warstwie wizualnej i dźwiękowej filmu, która stoi na najwyższym poziomie. Wszystko jest przepięknie animowane, a tempo filmu znakomicie podkreślają świetne gitarowe kawałki z wyrazistymi riffami i zagrywkami. Co najważniejsze, można tu rozpoznać motywy znane z konsolowej serii, zaś pewien element muzyczny, o którym spokojnie można powiedzieć, że pojawiał się w grze najczęściej, w filmie został nawet sympatycznie wyróżniony. Optymalne połączenie potęgi wizualnej i dźwiękowej tego filmu daje w efekcie niezwykle dynamiczny obraz. Co i rusz łapałem się na tym, że maksymalnie skupiam zmysły wzroku i słuchu żeby nie uronić nawet najdrobniejszego niuansu. Biorąc pod uwagę dynamikę niektórych ujęć, było to niemałe wyzwanie.
![]() |
![]() |
![]() |
Skoro już jesteśmy przy dynamice, należy wspomnieć o naprawdę efektownych starciach z wykorzystaniem różnego asortymentu broni białej, z wszelakim rodzajem mieczy i ostrzy na czele. Obserwując wspaniałe pojedynki na miecze, miałem przed oczyma genialne intro do ósmej części serii, obrazujące walkę pomiędzy głównym bohaterem a jego największym wrogiem. Pamiętam, jakie wrażenie na mnie robiło połączenie szczytowej na tamte czasy grafiki komputerowej z dynamicznym, porywającym utworem klasycznym. Czołówkę tę oglądałem z upodobaniem niezliczoną ilość razy i nawet dzisiaj, po kilku latach, jakie minęły od mojego pierwszego kontaktu z „FF8″, lubię raz na jakiś czas włączyć sobie ten krótki pokaz geniuszu koderów ze Squaresoft. Oglądając „Advent Children”, nie miałem wątpliwości, że twórcy nawiązywali do tegoż intra, będącego jednym z ich największych dokonań na polu filmików AMV. Zresztą w filmie można się nawet dopatrzeć gunblade’a, charakterystycznego oręża w ósmej części „Final Fantasy”.
Bardzo żałuję, że od mojego ostatniego kontaktu z grą „Final Fantasy 7″ minęło już kilka lat. Nie wątpię, że z tego powodu nie udało mi się wychwycić w filmie wielu szczegółów, nie zrozumieć, bądź nie zauważyć pewnych nawiązań. Ale jestem pewien, że to jeszcze nic straconego i kolejne seanse pozwolą mi odkryć rzeczy, których początkowo nie dostrzegałem. Oglądając „Advent Children” przypomniałem sobie geniusz tej gry oraz słodką beztroskę czasów, kiedy w nią namiętnie grywałem. Choćby za to twórcom filmu należy się mój szacunek. Tym, którzy nie mieli styczności z grą, nie mogę jednak z czystym sumieniem zarekomendować tego tytułu. Odnajdą w nim być może wspaniałą warstwę techniczną o której nie sposób powiedzieć złego słowa, ale z samej historii wyniosą niewiele pozytywnych wrażeń. Niewykluczone, że fabuła wyda im się jeszcze bardziej bełkotliwa od tej z „Final Fantasy: Spirit Within”. Jeśli zaś chodzi o miłośników gry, wątpię, bym musiał ich przekonywać o tym, że z „Advent Children” po prostu trzeba się zapoznać. Zabawy z pewnością będą mieli nieporównywalnie więcej od osób nie znających gry.
A teraz, skoro napisałem już, co miałem do powiedzenia, wracam do mojej niedawno odkurzonej konsoli Playstation i kontynuuję moją kolejną przygodę z grą „Final Fantasy 7″. Pomimo kilku lat na karku i archaicznej obecnie grafiki, wciąż potrafi ona zaoferować graczom masę znakomitej zabawy. Cudownie jest odkryć, że pewne rzeczy nigdy się nie starzeją i wciąż mogą bawić równie dobrze jak kilka lat wcześniej.


















8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!