Trudno zestawić przepiękną tu, magnetyczną niby zjawiskowe ucieleśnienie istoty kobiecości, subtelno-zmysłową Penélope Cruz z podstarzałym Benem Kingsleyem. Znając stylistykę Philipa Rotha, pojawia się obawa, że jako widzowie zostaniemy uraczeni widokiem śmiałych scen erotycznych, w których zwiędłe, zasuszone i obwisłe ciało mężczyzny stanowić będzie ponury kontrast z doskonałym w swej nagości ciałem kobiety. Nic jednak z tych rzeczy – w „Elegii” jest tylko jedna sekwencja łóżkowa z udziałem tej pary i to sfotografowana niezwykle delikatnie, subtelnie, bez epatowania dotykalną fizycznością, w sposób wymykający się przykrej dosłowności. Roth bez seksu, bez ironiczno-gorzkich opisów człowieka we władzy cielesności? To sygnał, że Isabel Coixet odczytała prozę kontrowersyjnego nowojorczyka po swojemu, gdzie indziej umieściła punkty ciężkości i wydobyła na plan pierwszy odmienne kwestie. Świadczy o tym już zmiana tytułu – w dostojnym słowie „Elegia” pobrzmiewa smutny ton nieuchronnej melancholii, jakże inny od dosłowności i brutalności „Konającego zwierzęcia”. Czy wobec tego jest to rasowy melodramat, piękny film o miłości? Wskazywałyby na to pozory – oto mężczyzna spotyka Kobietę. Początkowo, zafascynowany jej pięknem fizycznym, pragnie uczynić z Consueli swą kolejną zdobycz.
Wątek miłosny poprowadzono elegancko i niespiesznie – jednak relacja profesora i jego (byłej) studentki intryguje i wciąga. Pewnie dlatego, że aktorzy potrafili obdarzyć swe postacie iskrą życia, przydać im swoistej prawdy, dzięki której zapominamy, że to tylko scenariuszowo-literackie twory. Szczególnie Kingsley zapada w pamięć – w oczach starego mężczyzny czai się lęk, wyziera z nich udręka i samotność, kruchość i bezbronność w obliczu życiowych tragedii. Profesor dźwiga ciężar swych niespełnień z pomocą wiernej przyjaciółki - ironii. Kingsley wyposażył swego bohatera w urok i charyzmę, elegancję i klasę – można zrozumieć, czym zafascynował on młodszą o ponad 30 lat piękną kobietę. Z drugiej strony – trudno zapomnieć, że to jednak starzec czujący na swoich plecach coraz wyraźniejszy oddech śmierci. Odchodzi George O’Hearn, cynik i ironista, lecz jednocześnie lojalny i oddany przyjaciel, którego choroba w ostatnich dniach odziera z godności – w ciele dużego, bezwładnego, przerażonego dziecka nie sposób już odnaleźć trzeźwego, autoironicznego i błyskotliwie inteligentnego umysłu. Kepesh to widzi i go to przeraża… George jest ważną postacią – z jednej strony uosabia głos rozsądku (Co możesz jej zaofiarować? Prędzej czy później cię zostawi…), po trosze jest uzupełnieniem Davida, po trosze – jego przeciwieństwem. Łączy ich sposób postrzegania rzeczywistości i podobny, nieco drwiący, stosunek do samego siebie – dzieli zachowanie (Kepesh, kierując się swoiście pojmowaną uczciwością, porzucił żonę i syna – O’ Hearn od lat tkwi w tym samym związku, ale otwarcie zdradza Amy z coraz to młodszymi kobietami). George’a gra niebanalnie tu obsadzony Dennis Hopper, którego zwykliśmy oglądać raczej w rolach psychopatów i rozmaitych szaleńców niż nowojorskich intelektualistów. To rzuca jeszcze jedno interesujące światło na odbiegającą od stereotypów postać poety, ukazanego tu jako człowiek pełen słabości, momentami wręcz dość prymitywny, całkowite przeciwieństwo etyka i moralisty. Poeta gra tu w squasha i całuje się w kawiarni z dziewczętami, dając dobre rady w rodzaju przeleć ją, ale niech to będzie jednorazowa przygoda. George jest ważną postacią – także dlatego, że umiera, boleśnie potwierdzając przekonanie Kepesha, że w ich wieku człowiek przestaje wierzyć we własną nieśmiertelność. Także dlatego, że poprzez swe odejście pozwala Davidowi tym dotkliwiej odczuć jego samotność. Samotność będącą konsekwencją swoiście pojmowanej uczciwości – trybu życia nie pozwalającego na bliskość. Nawet w stosunku do własnego syna. Miłość, Śmierć, Samotność – Elegia… W ostatecznym podsumowaniu okaże się, że ciekawiej ukazano dwie ostatnie kwestie – niedosłownie, bardziej między wierszami, przez to subtelniej. W wątku miłosnym pojawia się w zakończeniu dość schematyczny zwrot fabularny. W pierwszej chwili można pomyśleć, że dyskredytuje on całą opowieść, zamykając ją w ciasnych ramach melodramatu. Jednak – tytuł „Elegia” zobowiązuje… Także i to rozwiązanie fabularne można odczytać jako element opowieści o Przemijaniu – śmierć Piękna, które – na chwilę – może ocalić tylko miłość. Na chwilę… (Ludzie, kupując obrazy, myślą, że stają się ich właścicielami. A przecież to obrazy kolekcjonują ludzi – człowiek umiera, a dzieło sztuki pozostaje…). Dla mnie „Elegia” to przede wszystkim opowieść o starości, nieuchronnym upływie czasu i jego konsekwencjach – śmierci i samotności. Film o Przemijaniu – życia, radości, złudzeń i spełnień, które stają się niespełnieniami. Film o śmierci Piękna, które żyje już tylko we wspomnieniach. O miłości, która – już – nie potrafi ocalić. Stary profesor dobrze zna tę prawdę i może dlatego jego oczy są takie smutne… Skomentuj recenzję : ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||