![]() |
![]() |
![]() |
Gdy na plakacie widzę sformułowanie: „Guillermo del Toro przedstawia”, włącza mi się w głowie lampka ostrzegawcza. Ta sama lampka uaktywnia się przy podmianie nazwiska na Quentina Tarantino. Z tego typu hasłami wiążą się bowiem dwa podstawowe problemy. Po pierwsze, trzeba wszystkim na okrągło tłumaczyć, że to wcale nie jest film wyreżyserowany przez jednego z tych panów. Po drugie, tytuły nim obdarowane są zazwyczaj w najlepszym razie przeciętniakami, którym daleko do poziomu prezentowanego przez owych reżyserów. W przypadku „Nie bój się ciemności” napis ten był o tyle na miejscu, że przypisano go filmowi, do którego scenariusz napisał nie kto inny, jak właśnie del Toro.
Kilkuletnia Sally przylatuje do Rhode Island, żeby zamieszkać w starej rezydencji remontowanej przez jej ojca (Guy Pearce) i jego dziewczynę (Katie Holmes). Przyszła macocha dwoi się i troi, żeby zyskać sympatię małej dziewczynki, ta jednak konsekwentnie traktuje ją z dystansem. Życie uczuciowe ojca przestanie się jednak liczyć, kiedy dziewczynka odkryje pod budynkiem piwnicę, w której zamknięto coś przed laty. „Cosiem” okazują się małe, wredne stworzenia, których smakołykiem jest nic innego, jak dziecięce zęby, a czas przed posiłkiem umilają sobie dręczeniem małej Sally, której oczywiście początkowo nikt nie wierzy. Rzecz jasna, do chwili, gdy już jest za późno, żeby coś z tym zrobić…
A przynajmniej usiłuje nam to wmówić scenarzysta, który prześciga się w sięganiu po kolejne klisze. Jest więc pan złota rączka, pracujący na terenie nawiedzonego domu od chwili, jak wypadł mu pierwszy mleczak. Zna on oczywiście mroczną przeszłość budynku, ale ani myśli o tym pisnąć, wszakże po co w ogóle próbować powstrzymywać głupich mieszczuchów przed wypuszczeniem na wolność zła wcielonego. W scenariuszu stoi jak byk, że ma do tego dojść, kim więc on jest, żeby to zmieniać? Jest również i mała dziewczynka, która widzi zjawiska nadprzyrodzone, ale nikt jej nie wierzy, a gdy zjawiska zaczynają dokonywać złośliwych rzeczy przyrodzonych, winą zostaje obarczona właśnie ona. Jest w końcu i młoda bohaterka zaczynająca mieć wątpliwości pogłębione przez wizytę w miejscowej bibliotece, gdzie znajduje sensacyjne materiały o życiu i śmierci artysty, którym fascynuje się od dawna (!). Najwyraźniej na Wikipedii nie było informacji o czyhających w jego piwnicy stworach zajadających się mleczakami.
![]() |
![]() |
![]() |
A zatem oryginalny to ten film z całą pewnością nie jest. Może więc straszny? A gdzie tam. Demoniczne stworzenia, które teoretycznie powinny straszyć, szybko tracą grozę, która ustępuje pod wpływem ich uroku. Bo jak tu się bać czegoś, co jest wielkości smerfa, ma maniery gremlina, a wygląd szczura skrzyżowanego z Quasimodo. A do tego wydaje z siebie złowieszczy śmiech niczym postać z bajek Hanny-Barbera. Czysty mrok, groza i w ogóle strach się bać.
Lepiej jest od strony technicznej. Design domu, zdjęcia, muzyka, budowanie nastroju, tutaj wszystko działa jak należy. A raczej zrobione jest jak należy, podręcznikowo wręcz i ma szansę nastraszyć osoby nadwrażliwe na śladowe nawet ilości grozy. Tu występują one wprawdzie nie śladowo, klimat tak charakterystyczny dla kina del Toro bywa odczuwalny, ale Troy Nixey za szybko przeszedł od nauk pod okiem mistrza do praktyki. Jego filmowi brak duszy, brak serca, brak finezji, brak tego CZEGOŚ.
Być może problemem jest sama tematyka. Wszakże ile można oglądać historii o nawiedzonych domach, zwłaszcza tak nieoryginalnych (historii, nie domów). W drugiej połowie filmu zacząłem się już nieco niecierpliwić i nerwowo spoglądać na zegarek. W finale, gdy w końcu zaczęło się dziać coś zajmującego uwagę, trochę mi przeszło. Ale zainteresowania losem bohaterów nie zaobserwowałem do samego końca.
I takiż to też film. Wszystko zrobione od linijki, reżyser najwyraźniej odrobił lekcje, obejrzał kilkadziesiąt horrorów, wymyślił klimatyczną lokalizację i drastycznie zreinterpretował mit o zębowej wróżce, zadbał o zbudowanie nastroju grozy, ale wszystko to na nic, skończyło się na sztafażu pozbawionym oryginalnego scenariusza i iskry talentu u reżysera. A del Toro to niech się już lepiej weźmie w końcu za wyreżyserowanie czegoś, bo od kilku lat jego nazwisko przypinane jest do dwudziestu projektów rocznie, ale w najlepszym razie kończy jako producent tychże. Rozumiem, że było to wynikiem problemów z realizacją filmu o pewnym małym osobniku, ale teraz, gdy nie może już dłużej używać tego jako wymówki, mógłby w końcu poświęcić uwagę nowemu, w pełni autorskiemu projektowi. Sprawnych wyrobników bez serca i własnego sznytu niech już lepiej pozostawi samym sobie.











5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Del Toro najwyraźniej wyczerpał swój talent na „El laberinto del Fauno” :(
Tak się złożyło również, że film obejrzałem dzień po serialu fantasy „The 10th kingdom”. Tam też była scena ze stworzeniami mówiącymi „set us free”, tylko że miały piszczące głosiki a były to takie wróżki ze skrzydełkami wielkości laleczek, nie wiem jak się to fachowo nazywa… JesuCytuj