![]() |
![]() |
![]() |
W dzisiejszych czasach o interesujące, niegłupie i przemyślane filmy science-fiction równie trudno jak o zabawne komedie na poziomie. Na szczęście ostatnio zaczęło się to zmieniać i w obydwu gatunkach filmowych pojawiło się kilka tytułów zdecydowanie podnoszących na duchu wymagających widzów. Wprawdzie wciąż dominują debilne wodotryski pikseli w stylu Transformers, odgrzewane kotlety szargające dobre imię klasycznych serii jak „Terminator: Zbawienie”, bądź poprawne rzemiosła (choć niewątpliwie wybijające się poziomem na tle wcześniej wspomnianych) w stylu nowego „Star Treka”, na które przynajmniej przyjemnie jest popatrzeć.
W ostatnich miesiącach miało jednak premierę (lub niebawem będzie miało) kilka tytułów pozostawiających nadzieję, że gatunek filmowej fantastyki naukowej nie zszedł zupełnie na psy. Po pierwsze – „Strażnicy”, którzy pokazali, jak wykorzystując temat kina superbohaterskiego przemycić dorosłe treści, bawiąc się przy tym historią i ikonami popkultury. Po drugie, „Moon” (który, mam nadzieję, będzie nam dane zobaczyć w oficjalnej kinowej dystrybucji) sprawiający wrażenie klimatycznej opowieści z inteligenckim zacięciem. Do tego dwa bezkompromisowe obrazy postapokaliptyczne, jeden nadchodzący, „Droga” (na podstawie powieści Cormaca McCarthy’ego, czyli autora literackiego oryginału „To nie jest kraj dla starych ludzi”), drugi już goszczący w kinach, czyli „Miasto ślepców” (które nie wszystkim przypadło do gustu). I w końcu bohater recenzji, czyli „Dystrykt 9” – pojawił się niemalże znikąd i już pierwszym zwiastunem narobił sporo szumu, rozbudzając wśród miłośników gatunku nadzieje na powrót rasowego kino sci-fi.
Nadzieje te zdecydowanie spełnił, o czym byłem przekonany już po pierwszych minutach filmu, kiedy to miałem ochotę wybiec z kina na ulicę i ściągnąć na seans napotkanych przechodniów. Początek okazał się zresztą tylko preludium do kilkudziesięciu minut kapitalnego, bezpretensjonalnego (no dobra, nie do końca, ale o tym później), fenomenalnego technicznie kina rozrywkowego pełną gębą. Znamienne w kontekście powyższego wstępu, że przed wykorzystaniem ostatniego przymiotnika chwilę się zawahałem. Kino rozrywkowe, do tego z kosmitami (i, co gorsza , z pojawiającymi się zmechanizowanymi zbrojami), automatycznie rodzi bowiem zniechęcające skojarzenia z najnowszymi tworami Michaela Baya. Z drugiej strony spotkałem się z niechętnymi wobec filmu opiniami bazującymi na zwiastunie, które obawiały się przeintelektualizowanej, łzawej historii o dręczonych przez ludzi kosmitach. Nic z tych rzeczy, powyższe niepokoje są nieuzasadnione. „Dystrykt 9” zgrabnie balansuje pomiędzy poważną tematyką a stricte rozrywkowym charakterem całości, skłaniając się bardziej ku temu drugiemu, ale sięgając po formę w żadnej mierze niekojarzoną z dzisiejszymi przedstawicielami takiego kina.
![]() |
![]() |
![]() |
Przede wszystkim mamy tu dużą (acz nie przesadzoną i niczym nie epatującą) dawkę przemocy, plamy i rozbryzgi krwi często towarzyszą nam na ekranie, ba, kilkakrotnie widać rozrywanych na strzępy ludzi, zapewniam jednak, że nie jest to ani tak przerysowane jak w ostatnim Rambo, ani dosadne jak w „Bękartach wojny” od kilku dni goszczących na ekranach kin. Kamera nie ucieka wstydliwie przed pokazywaniem scen śmierci w całej swej krwistej okazałości, ale bynajmniej nie przygląda się im ze specjalnym zamiłowaniem i nie skupia nań zbyt długo swej uwagi. Podobnie wygląda sprawa z językiem, który nie jest sztucznie łagodzony, ale nie ma też mowy o nagromadzeniu „łaciny” spod znaku współczesnych filmów gangsterskich. Reasumując, reżyser założył sobie, że film skierowany będzie do dorosłego widza, a więc nie trudził się złagodzeniem przedstawionego świata, zyskując tym samym na realizmie.
W parze z nim idzie strona techniczna, od scenografii z wszechobecnym brudem i syfem slumsów, w których żyją kosmici i odhumanizowanym laboratorium, gdzie dochodzi do okrutnych eksperymentów, po sam wygląd kosmitów powodujący opad szczęki. Niesamowite, jak realistyczny efekt udało się uzyskać za 30 milionów dolarów, zwłaszcza w kontekście świecących jak bożonarodzeniowe choinki Transfomersów wykreowanych za sześciokrotność tej sumy. Przypominam, że mówimy o przerośniętych krewetkach (twór w pełni komputerowy), które z miejsca akceptujemy jako faktycznie istniejące istoty (no dobra, to już zależy od widza, niektórzy w życiu nie zaakceptują przerośniętych owadów o antropomorficznych cechach, nieważne jak fenomenalnie byłyby one wykonane), z którymi ludzkość ma kontakt. Doprawdy, niesamowite efekty, jedne z najlepszych, jakie widziałem od bardzo dawna (raz jeszcze podkreślam, że film kosztował 30 milionów, czyli zwyczajową gażę niejednej amerykańskiej gwiazdy ekranu).
![]() |
![]() |
![]() |
A co z historią? Hmm, no właśnie, to jest w zasadzie najsłabszy element filmu, a przynajmniej jego końcowe 30 minut, będące pewnym rozczarowaniem po fantastycznej pierwszej połowie. Fabuła wyjściowa jest prosta, ale w tej prostocie tkwi siła. Przed dwudziestu laty pojawił się nad afrykańskim miastem kosmiczny statek. Na jego pokładzie znaleziono ogromną ilość skrajnie niedożywionych kosmitów. Wydzielono im kawałek ziemi, który szybko przerodził się w kolejne slumsy, odgrodzone, żeby chronić bogatą ludność przed niebezpiecznym „marginesem społecznym”. Po dwudziestu latach cały ten galaktyczny motłoch postanawia się przenieść o dwieście kilometrów od miasta w celu odseparowania ich od niechętnych im ziemian. Przebieg całej akcji nadzoruje Wikus (kapitalny debiut kinowy Sharlto Copleya, który dotąd miał okazję wystąpić jedynie w krótkometrażówce Blomkampa, poprzedniczce „Dystryktu 9”). Podczas przygotowań do procesu eksmisji zostaje on oblany cieczą wytworzoną przez nieziemskich emigrantów – w efekcie stopniowo zamienia się w jednego z nich. Dalszego przebiegu fabuły zdradzał nie będę, wprawdzie pod koniec staje się ona mocno przewidywalna i oparta na kliszach filmowych, ale przez pierwszą połowę filmu oferuje garść niebanalnych pomysłów.
Największym minusem filmu jest właśnie brak mocnego uderzenia na koniec, czegoś, co mogłoby współgrać z fantastyczną pierwszą połową wprowadzającą w świat relacji ludzko-pozaziemskich. Im bliżej zakończenia, tym mocniej zaczynają się nawarstwiać nieprawdopodobności i umowności scenariuszowe (a do tego lekkie infantylizmy), które przy braku dobrej woli są w stanie zaważyć na naszej końcowej ocenie. Czepialstwo u widza może być efektem ubocznym pewnych nie do końca przemyślanych decyzji Blomkampa. Od samego początku daje się odczuć, że to miał być przede wszystkim film rozrywkowy, a chęć opowiedzenia czegoś mądrego pojawiła się jedynie przy okazji jako smaczek dla bardziej wnikliwych widzów. Jednak połączenie motywu obcych z realistyczną formą pozwoliło wierzyć, że mamy do czynienia z czymś „głębszym” i gdy okazało się, że tak naprawdę to „tylko” kolejne kino rozrywkowe, rozbudzone oczekiwania widowni musiały się skończyć jękiem zawodu. Fakt ten nie powinien jednak rzutować znacząco na odbiór samego filmu, który do końca nie schodzi poniżej pewnego (wysokiego) poziomu i gdyby „pozorowana głębia” miała czynić go złym, to ja życzyłbym sobie kilka takich dennych sci-fi rocznie. Wierzę, że to tytuł, który przy kolejnych seansach, gdy już pozbędziemy się nadmiaru wybujałych oczekiwań, będzie tylko zyskiwał. Kończąc, jeszcze raz podkreślę – oto rasowe rozrywkowe kino sci-fi. Tylko tyle i aż tyle.














8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Gratuluję udanej recenzji :) Ostatni akapit niejako koresponduje z moją oceną filmu, ale trochę niesłusznie wskazuje źródła niskiej oceny w oczekiwaniu czegoś głębszego. Przynajmniej nie o to chodzi w moim przypadku.
W mojej ocenie District 9, nawet oceniany jako kino czysto rozrywkowe, wypada co najwyżej poprawnie z jakimś plusem za kilka w miarę oryginalnych elementów. Motyw przemiany fizycznej bohatera, sposób zachowania się obcych i cała końcowa akcja były po prostu tak komediowe, że nie nie mogłem się ani zaangażować, ani poczuć napięcia, ani ogarnąć tego dysonansu między tym, co próbuje ten film udawać na początku, a tym co serwowane nam jest już po jakiś 30 minutach. Jako kino rozrywkowe nie zrobił mi dobrze, że tak powiem ;)
Sam zresztą początek, choć w filmie najlepszy i ogólnie niezły, też jakiś zachwytów we mnie nie wzbudził.
Może faktycznie moja ocena jest dość mocna, ale poza ciekawym klimatem, fajnym pomysłem na tło głównego wątku i naprawdę porządnymi efektami całą reszta dla mnie jest na bardzo przeciętnym poziomie – bez względu na to na jakiej płaszczyźnie będziemy postrzegać film (głębsze s-f, rozrywkowe s-f, zobrazowanie sytuacji społecznej w Afryce itp.).
btw. Fajnie, że zwróciłeś uwagę na budżet filmu. District 9 pokazuje, że nie trzeba 300mln usd, żeby stworzyć film wypełniony efektami. Bardzo naturalnie to wszystko wyglądało. Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj
Gratuluję piractwa! Film trafi do polskich kin w połowie października, ale „recenzenci” ofilmie postanowili obejrzeć „Dystrykt” na jakiejś nędznej kinówce. BeoCytuj
@LESZCZU:
>Motyw przemiany fizycznej bohatera, sposób zachowania się obcych i >cała końcowa akcja były po prostu tak komediowe,
Ok, rozumiem, że ktoś może mieć zarzuty do przemiany na polu emocjonalnym u bohatera, ale od strony „fizycznej” było to zaprezentowane moim zdaniem bez zgrzytów. Zachowanie obcych i wiążące się z tym akcenty komediowe (przede wszystkim kocie żarcie!) mnie osobiście ujęły. A co do końcowej akcji… no racja, o czym zresztą pisałem, przy czym wydaje mi się, że przy drugim seansie już specjalnie wadzić mi to nie będzie. O wiele bardziej już przeszkadzają niektóre umowności scenariuszowe, zbiegi okoliczności etc., ale to w zasadzie też można rozpatrywać w ramach rozrywkowej konwencji, więc jakoś nad wyraz bardzo mi one nie wadzą. Jakbym miał traktować „District 9″ jako dzieło na miarę „Blade Runnera”, jak robią to niektórzy zbyt napaleni widzowie, to owszem, byłyby to rzeczy dyskwalifikujące ten tytuł w moich oczach. Na szczęście przez myśl mi nie przeszło takie porównanie ;)
>Sam zresztą początek, choć w filmie najlepszy i ogólnie niezły, >też jakiś zachwytów we mnie nie wzbudził.
No widzisz, a ja już byłem w zasadzie kupiony z chwilą jak zostało powiedziane, że wszystkich zadziwiło, że nie wylądowali nad Manhattanem czy tam innym amerykańskim miastem tylko nad Johannesburgiem. Cały prolog wprowadzający w historię przekonał mnie, że obejrzę zaraz niebanalny film. I tak w zasadzie było, przy czym później niebanalność ustąpiła jakości wykonania.
@BEO:
>Gratuluję piractwa! Film trafi do polskich kin w połowie >października, ale “recenzenci” ofilmie postanowili obejrzeć >“Dystrykt” na jakiejś nędznej kinówce.
Gratuluję niedoinformowania, w zeszłą środę były pokazy przedpremierowe w całej Polsce :P Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
@Tyler
„Ok, rozumiem, że ktoś może mieć zarzuty do przemiany na polu emocjonalnym u bohatera, ale od strony “fizycznej” było to zaprezentowane moim zdaniem bez zgrzytów.” – no a mnie właśnie to drażniło bardziej nawet niż emocjonalna. Taka „Mucha” na wesoło. A zgrzyty są, cały motyw z przemianą (i to jak wybiórczą) po zmianie DNA jest taki, no słaby – horrorki klasy C się przypominają.
Ale takie mrugnięcia okiem, jak tekst o miejscu pojawienia się UFO są spoko. Ogólnie rozumiem, czemu wystawiłeś tak wysoką ocenę. Po prostu – Tobie się podobało, mi nie, podyskutować można. Nie mogę tylko pojąć bezkrytycznego podejścia do filmu na niektórych forach i nadawanie mu statusu na jaki nie zasługuje. Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj
No wiesz, to w sumie wynika z tego co pisałem na wstępie. Część widowni jest już od dłuższego czasu rozczarowana tym co mają do zaoferowania zarówno współczesne filmy sci-fi jak i kino rozrywkowe jako takie i z ogromnym entuzjazmem przyjmuje wszystko co się wybija ponad dzisiejsze debilne fabuły skrajane pod gusta nastoletniego widza, które są wyprane z jakichkolwiek dosadniejszych elementów coby film nie dostał kategorii uniemożliwiającej dotarcie do tegoż widza. A że tym samym ubóstwiają często tytuły, które jeszcze przed dwudziestu laty byłyby jednymi z wielu im podobnych filmów klasy B to już inna sprawa. Wiesz jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba ;) Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
Cholera, ktoś używa mojej ksywki, i czyni to w haniebny sposób :D.
Tyler – fajna recka :) BeowulfCytuj
Film fajny, chwilami smieszny, pare razy sie wzruszylam. Wniosek??nigdy, ale to przenigdy nie dotykaj przedmiotow zawierajacych substancje, ktorych nie znasz i ktore nie sa dzielem ludzkim. No i oczywiscie jesli dezydujesz sie dotknac uwazaj, zeby sobie tym nie prysnac w twarz, bo skonczysz jako krewetka :P:)))) bbbloodymary24Cytuj
Nie nastawiałbym się raczej bardzo pozytywnie na Moon. Dla mnie to największe rozczarowanie lata było. Płytkie i z kulejącą narracją. Był pomysł, ale został zaprzepaszczony. Trochę jak w Equillibrium.
Ale obejrzeć można. Pokazywać go będą m.in. na najbliższym WFF: http://filmaster.pl/forum/hyde-park/25-wff-na-co-warto/ michukCytuj
Pisząc recenzje przypuszczałem, że w komentarzu odniesiesz się do tego fragmentu. W zasadzie to ze zbytnim napalaniem się na „Moon” hamuję się głównie przez twoją przeczytaną na facebooku opinię, no ale znowu jakoś specjalnie mnie też ona nie studzi, bo większość recenzji jest raczej pozytywna więc pozostaje nadzieja, że się po prostu nie poznałeś na tym filmie ;)
A Equilbrium lubię, nie jest to specjalnie oryginalny ani przesadnie głęboki film ale lubię do niego raz na jakieś 2-3 lata wrócić. Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
No, kto by pomyślał! Nawet „TP” chwali:
http://tygodnik.onet.pl/popkulturalni.blog.onet.pl,393079578,blog.html
Nie przesadzałbym jednak z tym moralizatorstwem, o którym piszą w podlinkowanym tekście. Właśnie na warstwie fabularnej najbardziej się zawiodłem – myślałem że w istocie prócz świetnego akcyjniaka, D9 będzie też miało coś ciekawego do powiedzenia. Niestety, tak nie jest, ale jako że dobrego, dynamicznego s-f nie mam okazji oglądać zbyt często, pewnie sprawię sobie na DVD. Mocna rzecz. mattCytuj
Rzeczywiście autor wpisu/recenzji mocno odpływa. Zapewne miał dotąd niewielką styczność z SF (głównie literackim, oczywiście) o prawdziwie socjologicznym zacięciu. Ja też początkowo spodziewałem się, że warstwa fabularno-akcyjna będzie tu tylko pretekstem do „poważnych tematów”, a okazało się, że jest dokładnie odwrotnie: „nowy apartheid” to tylko tło, choć nie da się ukryć, że bardzo fajnie nakreślone. Ogólnie D9 pełen jest mniejszych i większych bzdurek, nieścisłości, nielogiczności i czysto filmowych zbiegów okoliczności, ale rekompensuje to po prostu fajnie zrealizowana akcja. D9 zdecydowanie nie należy porównywać do dzieł pokroju „Blade Runnera”, ale rozrywkowych głupotek w stylu kolejnych „Alienów”, na rzecz których przemawia przede wszystkim klimat. Z jednej strony trochę szkoda, że „odrodzenia SF” dokonał film mało ambitny, bo to oznacza, że na science fiction dla myślących wciąż raczej nie mamy co liczyć, ale lepszy taki „powrót do dawnego kina klasy B” niż nic :) Rafał Lisowski – NegrinCytuj