![]() |
![]() |
Piętnaście lat Philip Gröning starał się o realizację swego medytacyjnego obrazu, osobistej podróży w głąb ciszy. Gdy zafascynowany klauzurowym zakonem kartuzów, mających swe schronienie w Alpach Francuskich, wpadł w 1984 roku na pomysł filmu ilustrującego ich pustelnicze życie, spotkał się z odmową ze strony przeora zgromadzenia. Nigdy do klasztoru La Grande Chartreuse nie wpuszczono kamery, a ostatnie fotografie wykonano ponad dwadzieścia lat wcześniej (przedstawiały one jedynie wnętrza budynków, mnisi nie zgodzili się na udział w sesji). Stan ten nie zmieniłby się zapewne do dziś, gdyby nie upór reżysera i jego przyjaźń z przełożonym kartuzów. Wreszcie Gröning mógł przekroczyć klasztorne bramy i przez ponad pół roku nie opuścił tych chłodnych murów, dzieląc tryb życia z zakonnikami. W czasie wolnym od modlitwy w swojej własnej celi montował to, co udało się mu zarejestrować okiem kamery. Warunków, które musiał spełnić, było kilka: żadnej dodatkowej ekipy filmowej, brak typowych dla dokumentów komentarzy w rodzaju narracji z offu, unikanie sztucznego oświetlenia i rezygnacja z jakiegokolwiek muzycznego tła. Do tego sporym ograniczeniem był zakaz rozmów z mnichami, których obowiązuje reguła milczenia (z nielicznymi wyjątkami).
![]() |
![]() |
Czy trwający niespełna trzy godziny film, w którym dialogi zajmują co najwyżej dwie minuty czasu projekcji, tak ubogi formalnie i podejmujący tak niszowy, w gruncie rzeczy niezrozumiały temat, może zaoferować coś godnego uwagi? Czy może okazać się czymś więcej, niż nużącym monotonnym filmidłem z kilkoma ładnymi obrazkami? Oczywiście, że może.
Trzeba bardzo wyraźnie zastrzec: to nie jest film o życiu zakonników, a przynajmniej nie bezpośrednio. Reżyser (a ze względu na specyfikę dzieła, także scenarzysta, montażysta i autor zdjęć) unika banalnych scen i ujęć rodem z programów religijnych. W zamian oferuje obraz codziennego, wypełnionego prozaicznymi zajęciami życia ludzi, którzy wybrali drogę samotności i milczenia. Mnisi, owszem, modlą się, ale też pracują według własnych zdolności i upodobań. Pielęgnują ogród, szyją habity, przyszywają guziki, przygotowują jedzenie, czasem zajmują się sztuką. Raz w tygodniu, w niedzielę, mogą wyjść poza mury klasztoru i porozmawiać ze sobą. W pozostałym czasie komunikują się, zapisując zdania na małych karteczkach. Samotność i rutyna wylewa się wręcz z ekranu, a w tej celuloidowej medytacji dwa tematy zdają się nieustannie powracać: cisza i czas.
![]() |
![]() |
Cisza istotnie jest wielka. Tak wielka, że szmer habitu, czy szum zapalonych świec jest dokładnie słyszalny, a z doniosłych śpiewów w czasie nocnych modlitw bije niesamowita moc. Jak już wspomniałem, jedyną okazją do rozmów ze współbraćmi jest dla kartuzów niedzielny spacer, poza tym mówić można tylko, kiedy jest to absolutnie niezbędne, np. w czasie pracy. Ścieżka dźwiękowa składa się więc w większości z prostych, zwyczajnych odgłosów: rozbrzmiewających echem kroków, szelestu przewracanych kart Pisma, szumu wiatru i alpejskich drzew, krojenia warzyw, czy… dźwięku elektrycznej maszynki do strzyżenia. Jakkolwiek to zabrzmi, „Wielka cisza” jest doskonale udźwiękowiona. Często łapałem się w trakcie seansu, że z wielkim zaciekawieniem wsłuchiwałem się w najprostsze dźwięki, których przecież pełno wokół mnie w każdej chwili. Naturalne też jest pytanie: czy dzisiejszy człowiek potrafiłby znieść choćby godzinę tak głębokiej ciszy?
„Wielka cisza” jest monotonna. Oto jak przedstawia się w tym filmie czas, a jest nim rutyna, cykliczność, powtarzalność. Każdy dzień mija na tych samych czynnościach, a każda jest zaplanowana z dokładnością co do godziny. W tym kontekście czas, z którym wszyscy się zmagamy, nabiera zupełnie innego znaczenia. Można powiedzieć, że na obraz Gröninga składa się kilkadziesiąt małych scen, które ułożone są naprzemiennie tak, aby wywołać wrażenie rytmiczności. Podkreślają to dodatkowo ujęcia ukazujące zmiany pór roku, które dzięki temu nie są jedynie ozdobnikami w rodzaju ładnych, kojących widoków. Takie pojęcie czasu to jeszcze jeden krok do duchowej pustelni.
![]() |
![]() |
Strona wizualna, choć ascetyczna, imponuje swoją malarskością. To, co zdawało się początkowo ograniczeniem (tylko naturalne oświetlenie, jedna kamera noszona przez jednego człowieka), stało się ostatecznie dodatkowym atutem. Piękne są kadry z wnętrz klasztoru, zwłaszcza subtelnie oświetlonych korytarzy. Zadziwiające, że fantastyczna gra światła i cienia towarzysząca tym ujęciom to tylko efekt naturalnego oświetlenia, słońca wpadającego przez okna. Współczesne betonowe molochy nigdy nie dorównają siedemnastowiecznej architekturze i to naprawdę widać. Zdjęcia są statyczne, długie, pieczołowicie skomponowane. Nawet pojawiające się tu i ówdzie ziarno i inne zanieczyszczenia na taśmie filmowej zdają się dodawać subtelnego uroku obrazom jakby nie z tego świata.
Problematyczne jest ocenianie takiego filmu i jakakolwiek jego rekomendacja. Nie chodzi o religię i sprawy wiary, bo decyzje podjęte przez ludzi, których życie widz obserwuje są nierzadko równie niepojęte dla agnostyka jak i zagorzałego chrześcijanina. Zdaję sobie jednak sprawę, iż jest to obraz, który działa bardzo indywidualnie i nawet najbardziej otwartego kinomana może znużyć, tak jak mnie nuży równie „rozwlekła” twórczość Juana Fernandeza na przykład.
Mimo tego, jeśli jest w Tobie, Drogi Czytelniku, choć odrobina otwartości i skłonności do rozmyślań wykraczających poza sprawy szarej codzienności, usiądź wygodnie w fotelu, zaparz sobie herbatę i daj szansę „Wielkiej ciszy” choćby po to, by zobaczyć ludzi, którzy z wiary w Boga robią coś, czego nie można ogarnąć tylko rozumem.













8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!