![]() |
![]() |
![]() |
Stwierdzenie, że „wojna to piekło” wydaje się być truizmem, jednakże filmowcy bardzo wzięli je sobie do serca. Dlatego też produkcji łączących wątki typowo wojenne z tymi znanymi głównie z filmów grozy do tej pory powstało relatywnie niewiele. Wojna sama w sobie budzi strach, dlaczego więc dodatkowo mieszać w to upiory rodem z horrorów, tym bardziej, że wojenne szaleństwo jest o wiele bardziej realne niż żywe trupy czy wampiry. Granica między przerażeniem a śmiechem jest bardzo cienka i trzeba wykazać się niezwykłym wyczuciem aby jej nie przekroczyć. A wydaje mi się, że tym bardziej w takim filmie o przesadę i niezamierzoną parodię bardzo łatwo.
Choć jednak nawet w tym specyficznym rodzaju horroru można znaleźć dzieła zasługujące na uwagę. W roku 1983 Michael Mann wziął na tapetę niezłą powieść F.Paula Wilsona zatytułowaną „Twierdza„, efektem czego powstał jeszcze lepszy film. Nie tak dawno w kinach można było oglądać schizofreniczny obraz Davida Twohy’ego „Ciśnienie” do którego scenariusz napisał sam Darren Aronofsky. Znanym tytułem jest też powstały w 2001 roku „The Bunkier” w Polsce dość idiotycznie przetłumaczony jako „Bunkier SS„. „Deathwatch” Michaela J. Bassetta nieco przypomina właśnie ten ostatni obraz.
Film rozpoczyna się krótką acz efektowną sceną batalistyczną. Akcja rozgrywa się w 1917 roku gdzieś na Froncie Zachodnim. Żołnierze Kompanii Y przygotowują się do kolejnej potyczki. Gdy wybiegają z okopów z miejsca dostają się pod nieprzyjacielski ostrzał. Dookoła słychać terkot Maximów, niemieckich karabinów maszynowych, co chwilę gdzieś wybucha jakiś pocisk artyleryjski, raz po raz pada któryś z towarzyszy broni. Na domiar złego Niemcy wypuszczają gaz, który w tamtej wojnie budził chyba największy strach wśród walczących. Nie chodziło już nawet o śmierć, ale o męczarnie ją poprzedzające… Garstka ocalałych Brytyjczyków z Kompanii Y traci jakikolwiek kontakt z resztą wojsk i gubi się we mgle… Po jakimś czasie trafiają na niemieckie okopy oraz kilku wyczerpanych żołnierzy wroga, którzy najwyraźniej są czymś przerażeni. Anglicy decydują się zająć pozycję i poczekać na posiłki.
![]() |
![]() |
![]() |
Od początku widza uderza mroczny i przygnębiający klimat tej opowieści. Nieustannie padający deszcz, błoto w którym bohaterowie brodzą niemal po kolana. I trupy, wszędzie dookoła rozkładające się, cuchnące ciała, którym ta paskudna pogoda na pewno nie służy. Poza tym od początku wyczuć można dziwną nienaturalną aurę unoszącą się nad okopem. Kompas kręci się w kółko, nie można nawiązać łączności, a gdy to się już udaje, słychać tylko w kółko powtarzane „Wszyscy z Kompanii Y nie żyją”. Na dodatek z pod ziemi słychać dziwne odgłosy. Jednakże stwierdzenie jakoby to jakaś prehistoryczna bestia zbudziła się z wieczystego snu nie wydaje się zbyt na miejscu. Żołnierze zaczynają się zachowywać co najmniej dziwnie, a Zło, czymkolwiek ono jest, zdaje się czerpać siłę z lęku i wzajemnej agresji ludzi. „To przedsionek piekła” – takie zdanie naszło mnie podczas oglądania „Deathwatch”.
Jak się później okazało stwierdzenie to nie było zbyt odległe od prawdy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że te rzekomo ocalałe niedobitki Kompanii Y faktycznie znalazły się jakby w zawieszeniu pomiędzy światem rzeczywistym a „drugą stroną”. Kluczową postacią jest tu niemiecki jeniec, który koniec końców okazuje się być ostatecznym sędzią. Czyż nie przypomina on Chrystusa, kiedy wisi przywiązany z rozpostartymi ramionami, a Quinn ze swoją maczugą przywodzi na myśl rzymskiego żołnierza Longinusa, który włócznią przebił bok Zbawiciela, kiedy ten wisiał już na krzyżu? Czyż sterta zwłok zapadająca się pod ziemię nie kojarzy się z kłębowiskiem ciał spadających w otchłanie piekielne w „Sądzie Ostatecznym” Hansa Memlinga? Bohaterowie znaleźli się w swoistym czyśćcu i tak naprawdę tylko od nich zależy czy spotka ich wieczyste potępienie czy nie.
Trochę szkoda, że zestaw bohaterów jest tak bardzo konwencjonalny dla kina rozrywkowego. Mamy więc wśród nich niewinnego młodzieńca, dla którego wojna okazuje się przeżyciem więcej niż traumatycznym, nawiedzonego kaznodzieję, który na każdą okazję ma przygotowany odpowiedni cytat z Biblii, czy psychopatę nie rozstającego się z nabijaną gwoździami maczugą. Na szczęście zabrakło kawalarza sypiącego dowcipami na prawo i lewo. Taką rolę miał chyba w założeniu spełniać sympatyczny Szkot McNess, ale Michael Bassett – scenarzysta i reżyser w jednej osobie tworząc „Deathwatch” poskromił na szczęście swoje poczucie humoru. Humorystyczne akcenty zepsułyby efekt straszliwie.
![]() |
![]() |
![]() |
Aktorzy spisali się nieźle. Warto wspomnieć w tym miejscu zwłaszcza młodego Jamie Bella czyli pamiętnego Billy Elliota, który co najmniej przyzwoicie zagrał szeregowego Charlie Shakespeare’a, przestraszonego chłopca, który oszukując co do swojego wieku przy poborze, inaczej zapewne wyobrażał sobie frontową codzienność. Andy Serkis czyli „ten, który użyczył mimiki Gollumowi” także i tu robi użytek ze swojej twarzy, chyba aż za często groteskowo się wykrzywiając. Taką rolę jednak dostał – szeregowy Quinn to psychopata i sadysta dla którego wojna jest idealnym czasem na zaspokajanie swoich chorych potrzeb.
Moimi aktorskimi odkryciami okazali się jednak Laurence Fox i Torben Liebrecht. Ten pierwszy znany między innymi z Altmanowskiego „Gosford Park” kapitalnie wcielił się w dystyngowanego młodego kapitana stopniowo popadającego w obłęd. Już nie mogę się doczekać kolejnego filmu wojennego z Foxem w jednej z ról – „The Last Drop” z nim, Billy Zanem, Michaelem Madsenem i Seanem Pertwee zapowiada się jako smakowite kino klasy B. Z kolei Torben Liebrecht jako tajemniczy Niemiec jest wręcz doskonały – najpierw przerażony, potem niepokojący, a pod koniec wręcz mrożący widza swym wzrokiem. Napisałem wcześniej, że przypominał w pewnych momentach Chrystusa… Ale może nie, może to sam Szatan nawiedził to miejsce? Na to pytanie widz już musi sobie sam odpowiedzieć.
„Deathwatch” pomimo wszystkich swoich słabości (nie zawsze równe tempo, kilka pretensjonalnych scen) to znakomite kino grozy. Mroczne, trzymające w napięciu. Gdyby nie wcześniejszy „Bunkier SS” napisałbym, że oryginalne i jedyne w swoim rodzaju, ale do końca tak nie jest. Filmy te są dosyć podobne, choć film Roba Greena jest chyba mniej zrozumiały oraz ma nieco cięższy i bardziej klaustrofobiczny klimat. Za te mniej lub bardziej świadome zapożyczenia punkt w dół, co nie zmienia faktu, że „Deathwatch” zasłużył na mocną „ósemkę”.














8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!