![]() |
![]() |
![]() |
Kilkanaście lat temu czterej młodzi skandynawscy reżyserzy, sącząc piwo w kopenhaskim pubie doszli do wniosku, że współczesne kino zaślepione możliwościami technicznymi i rozpasaniem estetycznym stoczyło się na same dno. W niecałe 25 minut napisali manifest zatytułowany „Dogma 95”, o którym świat usłyszał szerzej trzy lata później, gdy filmy dwóch z nich uzyskały rozgłos na festiwalu w Cannes. Treść manifestu była dosyć radykalna – nakazywała całkowite zrezygnowanie ze sztucznego oświetlenia, muzyki dodawanej na etapie montażu, korzystania z rekwizytów oraz powierzchownej akcji (morderstwo nie wchodziło zatem w rachubę). Dopuszczalne było jedynie kręcenie z ręki, a o stosowaniu wszelkich efektów optycznych i jakichkolwiek filtrów należało kompletnie zapomnieć.
Z perspektywy współczesnego widza – nie wspominając o zachwyconych technicznymi nowinkami filmowcach – było to czystym szaleństwem, porównywalnym ze strzeleniem sobie w krocze. Trudno dziś ocenić, ile w tym było powagi, ile żartu, a ile chęci uzyskania rozgłosu. Niezaprzeczalnym faktem jest, że o twórcach „Dogmy” usłyszał świat, ale mało kto zdecydował się pójść w ich ślady. Z czasem nawet sami autorzy manifestu we własnych filmach poczęli łamać kolejne ze spisanych przez siebie reguł, czego ukoronowanie stanowi „Moja droga Wendy”, do której scenariusz napisał Lars von Trier, wyreżyserował zaś Thomas Vinterberg (czyli dwaj uczestnicy pamiętnego spotkania w piwiarni). Dziełko to drastycznie łamie większość z wypunktowanych w manifeście reguł, myślę więc, że tym samym możemy oficjalnie uznać „Dogmę 95” za sezonową ciekawostkę, o której za kilka lat będą pamiętać wyłącznie filmowi pasjonaci.
Bohater filmu, osiemnastoletni Dick żyje w małym górniczym miasteczku. Po śmierci ojca czuje się wyobcowany, nie może się odnaleźć wśród mieszkańców żyjących głównie z pracy w kopalni. Sprzedając w miejscowym sklepie poznaje Steviego, młodzieńca zafascynowanego bronią palną. Nie zważając na to, że sam jest pacyfistą, zakłada z nowym znajomym „klub Dandysów”, opierający się na specyficznym kulcie rewolwerów. Panowie traktują swoje pistolety jak partnerki, nosząc je nieustannie przy sobie, surowo jednak pilnując tego, żeby korzystać z nich jedynie na strzelnicy. Szybko zauważają, że dodaje im to znacznej pewności siebie i powiększa ich prestiż. Postanawiają więc, że zaproszą do klubu innych miejscowych outsiderów.
![]() |
![]() |
![]() |
„Moja droga Wendy” początkowo miała być jedną z części trylogii „USA” („Dogville”, „Manderlay”, „Wasington”). Po napisaniu scenariusza Lars von Trier doszedł jednak do wniosku, że poruszył w nim temat, w którym znacznie lepiej odnalazłby się Vinterberg i to właśnie jego poprosił o wyreżyserowanie filmu. Przyjaciel przerobił nieco scenariusz, odmłodził o kilka lat głównych bohaterów i dodał co nieco od siebie, po czym śmiało przystąpił do realizacji. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że obydwaj twórcy dokonali słusznych wyborów, dzięki czemu powstał niebanalny, zapadający w pamięć tytuł.Film ten podchodzi do tematu broni w dość interesujący sposób. Amerykanie doszukują się tu kolejnego przejawu niechęci do ich kraju ze strony von Triera. Obydwaj twórcy jednak stanowczo zaprzeczają, jakoby ich zamiarem było skrytykowanie amerykańskiego kultu broni palnej. Zamiast tego twierdzą, że chcieli nakręcić film o wydźwięku uniwersalnym, ukazującym generalne tendencje ludzkości do fetyszyzowania broni w ogóle. Przedmioty strzelające stają się dla bohaterów filmu wręcz żywymi istotami, którym nadają imiona, w mniej lub bardziej świadomy sposób obdarzają osobowością, czczą je i uwielbiają, wymyślając związane z nimi różne obrzędy i zachowania. Broń staje się czymś na tyle bliskim, że chorują na samą myśl o tym, że ktoś inny mógłby ją posiąść. Dodaje im pewności siebie, a jednocześnie jest przyczyną samooszukiwania. Pacyfistyczny miłośnik broni jest wszakże czymś co najmniej egzotycznym, a jak szybko się okazuje, również mało realnym. W końcu człowiek – jeżeli już czymś się interesuje – prędzej, czy później posiadaną wiedzę zacznie wykorzystywać w praktyce. W tym przypadku wystarczy już byle pretekst, żeby doszło do tragedii.„Moja droga Wendy” z pewnością nie jest tytułem, który zachwyci miłośników taniego efekciarstwa wiążącego się tak często w kinie z bronią palną. Jednakże reżyser pozwolił sobie na kilka szaleństw, które zadziwiają swoją efektownością, szczególnie, jeżeli pamiętamy, kto odpowiada za film. Pojawiają się tu oczywiście echa „Dogmy”, nie jest to z pewnością kolejny wypieszczony pod względem technicznym produkcyjniak, jakich wiele gości obecnie na ekranach naszych kin. Jednak nie są to również stricte dogmowi „Idioci”. Vinterberg śmiało korzysta z montażu, zdjęcia są przyjemne dla oka, a piosenki lecące w tle wpadają w ucho i spokojnie można je później nucić przy goleniu. Tak więc osoby, które krzywią się na samą myśl o niektórych filmach von Triera, po „Moją drogą Wendy” mogą sięgać śmiało. To film, który ogląda się nie tylko bezboleśnie, ale wręcz z przyjemnością.
Twórcy „Dogmy 95” narobili już wokół siebie szumu, nakręcili kilka filmów strawnych jedynie dla co odporniejszych widzów i wreszcie dotarli do takiego momentu kariery, kiedy można już pozwolić sobie na porzucenie wszelkich niepotrzebnych ograniczeń i tworzenie takich dzieł, w których dba się wyłącznie o proporcjonalne zachowanie równowagi pomiędzy formą a treścią, bez żadnej przesady w jedną, ani w drugą stronę. Jeżeli efektem będą filmy takie, jak „Moja droga Wendy”, pozostaje nam tylko cieszyć się i zacierać ręce z myślą o kolejnych projektach skandynawskich eksperymentatorów.











8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!