Dead or Alive (Dead or Alive: Hanzaisha) – Absurdalni i ślamazarni

Kategoria: Recenzje
Dead or Alive
Dead or Alive
Dead or Alive

Dzień 22 lipca 2005 roku mocno zapisał się w mojej pamięci. To właśnie wtedy miałem okazję obejrzeć dwa filmy, które skopały mój tyłek z siłą Chucka Norrisa. Jeden – wyniszczając mnie emocjonalnie, drugi – nadwyrężając mocno zdrowie psychicznie. Ten pierwszy to „Tarnation”, zwycięzca cieszyńskiego(po raz ostatni) festiwalu Era Nowe Horyzonty, ten drugi to puszczony tam w ramach cyklu „Nocne Szaleństwo” film Takashiego Miike „Dead or Alive”. To właśnie jemu chciałbym poświecić niniejszą recenzję.W tokijskiej dzielnicy Shinjuku, gdzie od dawna toczy się wojna pomiędzy dwoma gangami, zapowiada się w końcu okres spokoju. Japońska yakuza i chińska triada, walczące o strefy wpływów, szykują się do ogłoszenia rozejmu. Niespodziewanie pojawiają się jednak kolejni uczestnicy rozgrywki – chińscy emigranci pod wodzą Ryuichiego. Zamierzają oni zagarnąć lokalne zyski dla siebie. Nowy gang w krótkim czasie zyskuje szacunek ulicy, skutecznie siejąc śmierć w szeregach wroga. Nie może to ujść uwadze skorumpowanego policjanta Jojimy, który rozpoczyna śledztwo, prowadzące w finale do ostatecznego pojedynku pomiędzy nim a Ryu. Zanim jednak do tego dojdzie, padnie wiele trupów…

Takashi Miike to prawdziwy przodownik pracy. Od chwili reżyserskiego debiutu, który miał miejsce w latach dziewięćdziesiątych, nakręcił już ponad 70 filmów. „Dead or Alive” jest pierwszym spośród nich, jaki dany mi było obejrzeć. Okazał się na tyle interesujący, że przez kilka następnych dni wieczorne seanse rezerwowałem dla kolejnych szalonych produkcji japońskiego reżysera. Daleko mi do określania siebie mianem znawcy twórczości Takashiego – do dzisiaj obejrzałem „zaledwie” około dziesięciu z nakręconych przez niego filmów – ale mimo to ośmielę się twierdzić, że „Dead or Alive” jest w tej bogatej filmografii jednym z tytułów najbardziej zapadających w pamięć.

O tym, że nie będzie to historia, jakich wiele, świadczy już pierwsze kilka minut. Film rozpoczyna jeden z najmocniejszych i najbardziej intensywnych prologów, jakie dane mi było obejrzeć w kinie. Na ekranie w ciągu kilku minut dochodzi do paru morderstw, gwałtu homoseksualnego, zażycia gigantycznej ścieżki kokainy, strzelaniny i napadu. Wszystko to pokazane w teledyskowej formie, z mocną, energetyczną, gitarową muzyką w tle. Po takiej jeździe bez trzymanki zaserwowanej jako przystawka do dania głównego, adrenalina buzuje widzowi we krwi, niemalże wylewając się uszami. Całe szczęście, że nie utrzymano w tej stylistyce całego filmu, czego zacząłem się obawiać po kilku minutach prologu. Na dłuższą metę byłoby to cholernie męczące i przyprawiające o ból głowy. Miike wykazał się wyczuciem (a raczej rozsądkiem), rezygnując z owej formy w dalszej części filmu.

Dead or Alive
Dead or Alive
Dead or Alive
Dead or Alive

Po intensywnym prologu tempo narracji wyraźnie zwalnia. Kiedy reżyser zabiera się już za poprowadzenie fabuły filmu (wspomniane wyżej pierwsze minuty to właściwie ciąg luźno powiązanych ze sobą scenek, które nabierają większego sensu przy drugim seansie, gdy już znamy bohaterów), widzowie, rozochoceni obiecującym początkiem, mogą poczuć się nie tylko zawiedzeni, ale wręcz znudzeni. Chociaż w filmie pozornie dzieje się bardzo dużo, to jednak wiele w nim przestojów akcji, które niejednego doprowadzą do drzemki. Do tego reżyser mnoży liczne wątki i wprowadza kolejnych bohaterów, co może nieco skołować nieuważnych (szczególnie tych, którzy mają problemy z rozróżnianiem azjatyckich facjat).

Miike przy okazji porusza problemy dręczące znacząca mniejszość narodową w jego kraju, czyli imigrantów z Chin. Jak sami bohaterowie filmu mówią, żyjąc w obcym państwie zagubili własną tożsamość. Nie czują się związani duchowo z kulturą i społeczeństwem Japonii, ale i rodzime Chiny nie wzbudzają w nich większych emocji. Są zawieszeni gdzieś pomiędzy i postanawiają zacząć działać ponadnarodowo, pracując na własny rachunek. Uczciwie trzeba przyznać, że warstwa fabularna nie oferuje niczego specjalnie odkrywczego. To wszystko już mieliśmy w niezliczonych konfiguracjach w znacznie atrakcyjniejszych formach. Miike przy okazji jednak ukazuje cały wachlarz azjatyckich dziwactw, które nieodpornego widza zachodniego mogą przyprawić o mdłości. Oprócz dużej dawki brutalności, która w azjatyckich produkcjach już chyba nikogo nie dziwi, mamy dodatkowo takie „atrakcje” jak zoofilia, utopienie kobiety w jej własnych odchodach oraz kilka innych „smaczków”, których przywoływał nie będę, żeby nie siać zgorszenia.

O sile tego filmu stanowią trzy sekwencje, w których reżyser pofolgował sobie na całego i nieźle zaszalał. Pierwszą z nich jest przytoczony już prolog, który z upodobaniem puszczałem później wszystkim znajomym. Druga ma miejsce mniej więcej w połowie filmu, kiedy to dochodzi do krwawej rozprawy z gangsterami podczas prywatnej imprezy w klubie. Miike czerpie wzorce od najlepszych w tej dynamicznej, brutalnej i zapadającej w pamięć scenie rzezi dokonanej za pomocą broni palnej. Krew, kawałki ciała i pióra wielkiego ptaka (nawet nie pytajcie, o co chodzi – to trzeba zobaczyć) fruwają w powietrzu niczym w filmach Johna Woo. Jednak największa jazda rozpoczyna się dopiero w finale. Ponieważ nie mogę odmówić sobie przyjemności przytoczenia tej sekwencji, osoby nie znające filmu proszę o przejście do następnego akapitu. Otóż, jak Miike postanowił zakończyć film, który – jakby nie było – jest dosyć typowym (o ile można tak powiedzieć o jakimkolwiek filmie tego pana) dziełkiem z gatunku „yakuza movie”? Oczywiście, że sceną pojedynku pomiędzy nie do końca prawym policjantem a ponurym bandytą, zakończoną nie mniej nie więcej (tutaj werble) tylko… nuklearną apokalipsą. O tym, że zanim do niej doszło, mieliśmy okazję obserwować bohaterów własnoręcznie odrywających swoje kończyny, wyciągających zza łopatki wielką bazookę i wydobywających z ciała kule energii, już nie muszę chyba wspominać, prawda? Tak, niewątpliwie stężenie absurdu, przemocy i humoru na centymetr taśmy filmowej w tej scenie osiągnęło rekordową ilość. Finał doprowadził widownię do aplauzu, powodując brawa nie mniejsze niż za czasów największych sukcesów Adama Małysza. Takich chwil przeżytych na sali kinowej się nie zapomina.

Czy mogę więc z czystym sumieniem polecić „DoA” każdemu? Obawiam się, że nie. Osoby nie przepadające za azjatyckimi produkcjami, raczej się do nich nie przekonają, a wręcz jeszcze bardziej utwierdzą w swej niechęci. Jeżeli jednak przymkniemy oczy na pewne nie do końca potrzebne elementy i przebrniemy przez historię, która nie każdego (a raczej mało kogo) zdoła przyciągnąć do ekranu, zostaniemy nagrodzeni czymś, co trwale zapisze się w naszej psychice. Jak już znajdziemy swoją szczękę pod fotelem, zapewne zechcemy obejrzeć finał tego filmu jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Dead or Alive
Oryginalny tytuł: Dead or Alive: Hanzaisha
Kraj: Japonia
Rok:
Czas trwania: 105 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
detektyw Jojima
Ryuuichi
Aoki
Chen
Pani Jojima
Inoue
Yan
Satake
Ocena:  7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!