![]() |
![]() |
![]() |
Takashi Miike po raz kolejny zadrwił sobie z oczekiwań widowni oraz ze wszystkich reguł, jakimi rządzą się kontynuacje. Już w poprzednim filmie drastycznie odszedł od stylistyki znanej z pierwszej części, ale przy tym, co zaprezentował w finałowej odsłonie trylogii „Dead or Alive”, dwójka okazuje się być dziełem cholernie wtórnym. Otóż tym razem reżyser nie tylko obchodzi szerokim łukiem klimaty „yakuza movie” znane z pierwszej części filmu, unikając przy okazji sentymentalizmu i tematyki obyczajowej z drugiej części – on wskakuje na zupełnie inną półkę gatunkową. Sięga po coś, czego najmniej mogliby się spodziewać miłośnicy poprzednich dwóch filmów. Mianowicie zabiera się za… postapokaliptyczne science-fiction.Akcja przenosi się do futurystycznej Jokohamy roku 2346. Rządzący tam dyktator dąży do unicestwienia rasy ludzkiej przez wprowadzenie zakazu posiadania potomstwa, co kontrolowane jest za pomocą przymusowych terapii farmakologicznych stosowanych wobec wszystkich kobiet. Na straży prawa stoi Oficer Honda, któremu w nagrodę za ofiarna służbę systemowi pozwolono posiadać syna. Na obrzeżach miasta formuje się partyzantka dążąca do obalenia psychopatycznego dyktatora, do której dołącza tajemniczy Ryo obdarzony nadludzkim refleksem i sprawnością. Gdy przypadkiem wpada w ich ręce syn Hondy, zdobywają ważny argument przetargowy, za pomocą którego mogą odzyskać więzionych przyjaciół. Ale czy aby na pewno?
Trójka pod pewnymi względami nawiązuje do pierwszej części trylogii. Akcja ponownie ma miejsce w Jokohamie, chociaż mało co wskazuje, że jest to miejsce znane z pierwszej części. W główne role Hondy i Ryo raz jeszcze wcielają się Riki Takeuchi i Sho Aikawa. Do korzeni wracają również relacje pomiędzy ich bohaterami. Możemy zapomnieć o wspólnych beztroskich zabawach i polowaniu na przestępców rodem z drugiej części. Tym razem obaj protagoniści ponownie stają po przeciwnych stronach barykady i zakończyć się to może jedynie finałowym pojedynkiem, który jak zwykle u Miike kończy się tak nieprzewidywalnie jak to tylko możliwe.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Film rozpoczyna się obiecująco. Reżyser zdaje się czuć w tym gatunku jak ryba w wodzie. Absurd umownej scenografii – a w zasadzie jej braku – robionej jak najtańszym kosztem, niczym nie zmącona powaga na twarzach aktorów, istna szopka w scenach pojedynków i ogólna koślawość wykonania wzbudzają uśmiech na twarzy widza, niepozbawiony jednak sympatii dla całego przedsięwzięcia. Nie wiem, czy był to zamierzony przez reżysera zabieg, czy też ogólnie cała ekipa wykazała się aż tak skrajnym zawodowym dyletanctwem, ale przy próbie racjonalnej oceny filmu musiałbym nie pozostawić na nim suchej nitki. A jednak nie mam serca, żeby to zrobić, bo z dziełka tego wprost emanuje prawdziwa radość tworzenia towarzysząca ekipie. A przynajmniej przez pierwsze 20 minut. Później zaczyna się bowiem tragedia, zgrzytanie zębami i wyrywanie włosów z głowy. Pojawia się coś niedopuszczalnego w filmach Miike – nuda. Przez kolejne kilkadziesiąt minut mamy do czynienia ze średnio interesującym dramatem osadzonym w świecie przyszłości. Reżyser brnie w swoją historię, a widz zaczyna coraz mocniej walczyć ze znużeniem. Czasem ktoś tam strzeli, ktoś inny zginie, bohaterowie wykonają kilka koślawych choreografii kung-fu, a widz i tak zaczyna rozważać sięgnięcie po zestaw reanimacyjny (czyli kawę).
Reżyser próbuje delikatnie filozofować, a co gorsze, przejąć nas losami bohaterów, ale niestety aktorzy, jakimi dysponuje, nie nadają się do tego celu. Jako uczestnicy radosnej zabawy w kino sprawdzają się idealnie, wtapiając w barwny świat kreowany przez Miike w trylogii, jako aktorzy z prawdziwego zdarzenia wywołać mogą, co najwyżej, uczucie zażenowania u widza. Niestety, wbrew początkowemu mylnemu wrażeniu, jest to film najmniej oryginalny z całej trylogii. Pomysły nie oferują już takiego powiewu świeżości jak w poprzednich częściach. Widzom niezaznajomionym z twórczością Takashiego Miike zapewne i tak ten tytuł zapadnie w pamięć, ale miłośnicy japońskiego reżysera mogą poczuć się nieco zawiedzeni.
Nawet finał próbujący – jak w pierwszej części – pozostawić widza zaskoczonego i wstrząśniętego absurdalnością wydarzeń, okazuje się nieco rozczarowujący. Aczkolwiek fani filmu „Tetsuo – człowiek z żelaza” niewątpliwie powinni poczuć się połechtani. Nie jest to zresztą jedyne nawiązanie do klasyki gatunku. Uważni widzowie dostrzegą również chociażby terminologię zaczerpniętą z „Łowcy androidów”. Do tego miłośnicy poprzednich dwóch części „Dead or Alive” otrzymają od reżysera w prezencie krótką jazdę wspominkowo -sentymentalną i, niestety, jest to jeden z najfajniejszych elementów tego filmu. Cała reszta, chociaż początkowo obiecująca, okazuje się jednak dość przeciętna.
Ale w sumie – czy dobry, czy zły, niewielka to różnica dla komercyjnego sukcesu tego filmu. I tak sięgną po niego jedynie widzowie znający poprzednie dwie części, czyli głównie osoby potrafiące w imię dobrej zabawy wybaczyć wiele reżyserskich niedociągnięć. Tak więc pewnie i tym razem znajdą się ludzie, którym ten film przypadnie do gustu. Ja osobiście wolę raz jeszcze obejrzeć ulubione sceny z poprzednich dwóch części.












5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!