Chinatown – Wszystkie drogi prowadzą do Chinatown

Kategoria: Recenzje
Chinatown
Chinatown
Chinatown

Istnieją filmy, które są tylko tym, co widać na pierwszy rzut oka – zgrabną historią, emocjonalnym wzruszeniem, ciekawą zagadką, którą widz rozwiązuje wraz z postępem akcji – ale niczym poza tym, nie oferują nic więcej ponad rozrywkę (czasem inteligentną, czasem mniej, to już różnie bywa). Są też filmy, które „pod płaszczykiem” intrygującej fabuły ukrywają drugie dno, można je odczytywać i interpretować na rozmaitych płaszczyznach i poziomach znaczeń, za każdym razem odczytując coś więcej, coś nowego. Takim filmem jest właśnie Chinatown Romana Polańskiego. Na pierwszy rzut oka to przykład klasycznego „kina gatunków”. Na początku lat siedemdziesiątych żywa była moda na powrót do klimatów retro, akcję filmów z lubością umieszczano w latach 20 – tych, 30 – tych („Żądło” ’73, „Wielki Gatsby” ’74), sięgano również po charakterystyczne dla owych czasów formuły, takie, jak „film noir” właśnie.

Historia „Chinatown” zaczyna się od scenariusza, który Robert Towne napisał dla Jacka Nicholsona, „charakterystycznego Irlandczyka, który zrobi wkrótce karierę”, jak pisze o nim w swej autobiografii Robert Evans – twórca potęgi Paramountu, kolejny człowiek, który sprawił, że film Polańskiego w ogóle ujrzał światło dzienne. To właśnie on zadzwonił do przebywającego wówczas w Europie reżysera i zaproponował mu realizację filmu. Polański, który bardzo potrzebował wówczas jakiegoś spektakularnego sukcesu, zgodził się, choć – co znamienne – scenariusz nie bardzo mu się spodobał i zapowiedział, iż przerobi go po swojemu. Wydaje się, że gdyby reżyser kręcący „Chinatown” ściśle trzymał się tekstu Towne’a, powstałby rasowy retro–thriller, zrealizowany ściśle według reguł gatunku, ale nic ponadto. Jednak Polański, jako jeden z autorów i indywidualistów kina, nadał filmowi drugie dno, wplótł w fabułę swe własne charakterystyczne motywy i obsesje, stworzył widzowi szerokie pole możliwych interpretacji, nie rezygnując jednak przy tym z przykucia jego uwagi pogmatwaną i skomplikowaną kryminalną intrygą.

Akcja rozgrywa się w Los Angeles w latach trzydziestych, „w czasach, gdy przekształcało się w miasto wielkiego boomu – miasto nierządu i problemów z wodą” (R. Towne). Konstrukcja filmu przypomina ogromne puzzle, rozrzuconą układankę, której kolejne elementy należy do siebie umiejętnie dopasować. A jest to trudne, tak trudne, że przerasta możliwości podrzędnego i niezbyt skutecznego prywatnego detektywa Jake’a Gittesa (oczywiście Nicholson), do którego biura pewnego pięknego dnia przychodzi tajemnicza kobieta i oznajmia, że jest żoną Mulwraya, a jej mąż ma prawdopodobnie romans. Zadaniem Jake’a jest tylko dostarczenie dowodów tej zdrady. Gittes zaczyna ich szukać, stając się jednocześnie naszym przewodnikiem po świecie „Chinatown”, wiemy tylko to, co on wie (czyli właściwie nic nie wiemy), widzimy to, co widzi on. Nie jest tak, że Polański odkrywa nam
historię z detektywem w tle (a nawet na pierwszym planie) – w zasadzie Gittes na naszych oczach krok po kroku dopasowuje do siebie kolejne elementy łamigłówki. Reżyser nie dopowiada nic ponadto, co odkrywa Jake, w żaden sposób nie doinformowuje widza. Nicholson niemal przez cały czas jest na ekranie, a kiedy nie może uczestniczyć w wydarzeniach (zostaje ogłuszony), zapada ciemność…

Chinatown
Chinatown
Chinatown

Scena, kiedy po raz pierwszy na ekranie pojawia się tajemnicza i do końca enigmatyczna Evelyn Mulwray (F. Dunaway), nazywana przez krytyków kobietą – Sfinksem, jest jednocześnie momentem, kiedy Gittes w sposób wyraźny traci (pozorną) kontrolę nad wydarzeniami – tym razem nie on „patrzy” lecz „patrzą” na niego (Evelyn stoi w drzwiach, podczas, gdy odwrócony do niej tyłem Jake opowiada dowcip o Chińczykach, jego wspólnicy widzą kobietę, która z kamienną twarzą przypatruje się błaznowaniu nieświadomego niczego detektywa). Panowanie nad wydarzeniami przejmuje więc osoba znająca prawdziwy ich obraz, nie zna ona jedynie końca całej historii, który niejasno zdaje się przeczuwać Gittes. Jednocześnie jest jeszcze ktoś, kto stoi ponad Evelyn, kto może więcej (może wszystko?) i nie zawaha się przed narzuceniem swojej woli. To Noah Cross, demoniczny milioner, mający jednakże cechy patriarchy (Huston, który wcześniej zagrał Noego we własnej „Biblii”, tutaj znów nosi to imię), dzięki swoim pieniądzom trzymający w kieszeni całe L. A. (nie mówiąc już oczywiście o policji). Czego chce ? Na pewno pieniędzy (w tym celu urządza machinację z budową tamy), ale też czegoś więcej – przyszłości, jak w decydującej rozmowie mówi Gittesowi. Pragnie boskiej niemal wszechmocy, chce łamać odwieczne ludzkie prawa (i łamie, czego przykładem jest historia Evelyn), pragnie sam stanowić o losie innych. Miasto jest tu po trosze pustynią, którą milioner chce kształtować według własnych zamierzeń. Cross przywodzi na myśl okrutnego, starotestamentowego Boga, wobec którego człowiek (Gittes, Evelyn, Mulwray, Katherine) pozostaje bezsilny.

Może jest to więc po prostu moralitet w sztafażu noir – mozolne poszukiwanie rozwiązania zagadki to w istocie powolne uświadamianie sobie własnej bezsilności i zależności od „Chinatown”, z którego nie możemy się wyzwolić, bowiem tu właśnie prowadzą wszystkie drogi… Chinatown to nie tylko nazwa chińskiej dzielnicy, z której wyszedł i ku której z każdym krokiem przybliża się bohater, aby na końcu bezsilnie obserwować kres swoich złudzeń, to nie tylko „stan umysłu, popieprzonego umysłu Jake’a Gittesa” (Towne), to także miejsce – symbol: przestrzeń, w której los się dopełni, a jednostka pozostanie bezsilna wobec przytłaczającego ogromu zła, miejsce z którego Jake uciekł,
aby w zgodzie z własnym sumieniem kształtować swój los i nie być od nikogo zależnym, bardziej dosłownie – to synonim korupcji i bezsiły zwykłych ludzi wobec pieniędzy i wpływów bogaczy.

Chinatown
Chinatown
Chinatown

Zakończenie „Chinatown” nadaje filmowi ciężar tragedii antycznej z jej najbardziej charakterystycznymi składnikami – fatum i bohaterem tragicznym. Jake Gittes krok po kroku dopasowuje do siebie kolejne elementy układanki, pojawiają się kolejne tropy, nowe sygnały i informacje, które najczęściej okazują się mylne, prowadzą na manowce, bohater nie ma wpływu na rozgrywającą się historię (choć wydaje mu się, że jest inaczej: charakterystyczna scena, kiedy biciem wymusza prawdę od Evelyn jest w istocie gestem rozpaczy, brutalnym i dosłownym zaznaczeniem swego udziału w wydarzeniach, które już dawno wymknęły mu się spod kontroli).

Gittes to jedynie marionetka w rękach wyższych sił, być może zabawka fatum i przeznaczenia. Wskazywałyby na to przywołane w filmie strzępki jego przeszłości, która zaczyna teraz zmartwychwstawać na jego oczach, przyjmując nowy, lecz jakże podobny kształt. W scenie miłosnej Jake opowiada Evelyn swoją historię – był kiedyś gliniarzem na usługach prokuratora w Chinatown, jego zadaniem było „robić jak najmniej” i niechcący dopuścił do śmierci ukochanej kobiety. To dlatego tak ucieka od Chinatown, a jednocześnie tak się do tego miejsca przybliża – Gittes jest idealistą, od pewnego momentu niemal podświadomie dąży on do ocalenia kogoś (Evelyn i Katherine), choć jego dramatem jest fakt, iż pozostaje „ślepy”, nie potrafi właściwie odczytać pewnym informacji, choć całą historię ma niemalże podaną na tacy. Porucznik Escobar w mieszkaniu Idy Sessions twierdzi, iż cała historia morderstwa utrwalona została na zdjęciach i tak rzeczywiście jest – tyle, że nie dosłownie, trzeba czytać pomiędzy wierszami, trzeba wiedzieć to, o czym nie wie Jake.

Prezentowane w filmie zdjęcia (pierwsze – żona Curly’ego z kochankiem wprowadza w charakter pracy Gittesa, drugie – Mulwray i Katherine na przejażdżce łodzią, prezentują kolejnych bohaterów historii i tajemniczy charakter ich związku, trzecie – Mulwray i Cross kłócą się przed barem – to już dwaj przeciwnicy, dobro i zło, uczciwość i nieprawość, ciemne interesy), czwarte – Mulwray i Cross jako wspólnicy – to przeszłość, itd.), konkretne, ograniczone ramami wycinki rzeczywistości potęgują wrażenie układanki. Jake nie jest w stanie jej ułożyć, to zresztą nie jego wina, po prostu wie zbyt mało, aby móc mierzyć się z fatum, które powoli, z każdą minutą kieruje go ku Chinatown. Reżyser próbuje mu podpowiadać, są to jednak sugestie subtelne i delikatne, łatwe do przeoczenia, aczkolwiek niepokojące – przed
mającym zginąć Mulwrayem pojawia się chłopiec na białym koniu, który wydaje się „wiedzieć” więcej (to właśnie on wyjaśni później Gittesowi tajemnicę wody), głowa Evelyn bezsilnie opada na klakson, tak jak potem w tragicznym zakończeniu, Jake zwraca uwagę na plamkę, w oku kobiety, które później zostanie przestrzelone. Rozmowa na ten temat jest zresztą dowodem niezwykłej precyzji scenariusza, zbudowanego zgodnie z logiką czechowowskiej strzelby – nie ma tu niepotrzebnych dialogów ani zbędnych postaci – Curly, zdradzony mąż z początku filmu, „przyda się” Gittesowi pod koniec, itd….

Chinatown
Chinatown
Chinatown

Jake jest więc bohaterem tragicznym, zwykłym człowiekiem uwikłanym w mechanizmy życia, na które nie ma wpływu („Nigdy nie można niczego przewidzieć” mówi w scenie miłosnej do Evelyn), bezsilnym wobec wyższych sił – chciałby odwrócić bieg przeznaczenia, nie jest to jednak wykonalne – może być jedynie ślepym narzędziem w rękach losu.

„Chinatown” może być więc moralitetem o ludzkiej bezsilności, wpisanym w formułę filmu noir. Udało się więc Polańskiemu uniknąć pułapki „kina gatunków” i nie utknąć na mieliznach amerykańskiego mainstreamu, do którego przecież „Chinatown” jak najbardziej należało. Zrealizował film w pełni autorski, poszerzył konwencję – w dawnym filmie noir zło było obecne na każdym kroku, ale w ostatecznej rozgrywce wygrywało dobro, porządek świata zostawał przywrócony, tutaj reżyser zdecydował się na finał, który z oburzeniem okrzyknięto obrzydliwym i amoralnym. Postać Gittesa ma niewiele punktów wspólnych z bohaterami kreowanymi np. przez Bogarta, który mimo swego pokazowego cynizmu był w gruncie rzeczy romantykiem. Jake jest niepozorny, ma przeciętną twarz (atrakcyjności nie dodaje mu ogromny opatrunek na nosie), lubi prymitywne dowcipy, właściwie jest jedynie amatorskim specjalistą od zdrad małżeńskich, bywa wzniosły, ale też groteskowy (a Polański groteskę lubi).

Reżyser bywa w swych filmach okrutny i tu także okrucieństwo jest obecne – może nie dosłowne, ale wyraźnie zaznaczone (bezwzględność Crossa, tragiczny finał, sprawiający, że widzowie zaciskają pięści). Filmowa rzeczywistość podszyta jest niepokojem, można odczuć obecność tajemnicy (umiejętnie podkreślaną oniryczną miejscami muzyką Goldsmitha) i narastający w miarę upływu czasu niepokój. Akcja dzieje się w L. A., ogromnym, bardzo fotogenicznym mieście, którego właściwie nie widzimy, mamy albo pustynię albo plątaninę uliczek albo wnętrza domów i biur. Świat „Chinatown” zdaje się być ciasną, zamkniętą i ograniczoną przestrzenią (charakterystyczną dla Polańskiego) – tak „Miasto Aniołów” widzi uwikłany w jego zależności Gittes. Wrażenie takiego subiektywnego postrzegania świata spotęgowane
jest przez tak jednoznaczne ujęcia, jak np. ciemna droga widziana przez szybę samochodu, Mulwray i Katherine obserwowani przez lornetkę, podobnie widziany Mulwray z chłopcem na koniu.

Chinatown
Chinatown
Chinatown

Kobieta to istota niepokojąca i może być źródłem lęku – pasuje to do Evelyn, która jest zagadkowa, kłamie, manipuluje, jest posągowa i wyniosła, to jednocześnie kobieta fatalna ale także ofiara. W „Chinatown” pojawia się też motyw perwersji seksualnej, który stanowi dobry punkt wyjścia dla psychoanalitycznych rozważań (na pytanie Jake’a „Czy cię zgwałcił?” Evelyn wykonuje dość dziwaczny ruch głową, w zasadzie… kręci nią przecząco). Jest tu także obecny sam Polański, którego „karzeł” jest autoparodystycznym odniesieniem do postaci chuligana z „Dwóch ludzi z szafą”, to także podjęcie z widzem pewnej gry – kiedy film był wyświetlany, publiczność zawsze żywo reagowała na pojawienie się reżysera, bez zwłoki go rozpoznając.

Poza tym, że „Chinatown” jest filmem Polańskiego, pozostaje ono również udanym wskrzeszeniem kina noir, swoistym hołdem dla „Sokoła maltańskiego”, z którym łączy ten film zarówno bardzo podobny początek – podstawiona kobieta, ubrana niemal tak samo jak Brigid O’Shaugnessy- zjawia się w biurze prywatnego detektywa i myli tropy. Podobnie osoba Johna Hustona, będąca tu ogniwem łączącym tradycję kina ze współczesnością (a także postacią noszącą w sobie wiele znaczeń – innego Crossa nie można byłoby tak zinterpretować). Jest tu wiele elementów obowiązkowych dla czarnego film: świat toczony przez zło i korupcję, ciemne interesy wielkich miast, cięte riposty Gittesa przywodzące na myśl ironiczne odezwania się Bogarta, bohater zakradający się nocą tam, gdzie nie potrzeba, odpowiednio enigmatyczna kobieta fatalna, „złe” miasto żyjące tajemniczym, podwójnym życiem, samotny detektyw będący cynicznym idealistą…

Wszystko to sprawia, że „Chinatown” po dziś dzień pozostaje filmem nieskończenie ciekawym i intrygującym, a jego oglądanie to autentyczna przyjemność, także za sprawą aktorów, którzy zagrali tu doskonale.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Chinatown
Oryginalny tytuł: Chinatown
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 125 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Jake Gittes
Evelyn Cross Mulwray
Noah Cross
Por. Lou Escobar
Russ Yelburton
Hollis I. Mulwray
Ida Sessions
Claude Mulvihill
Nożownik
Detektyw Loach
Ocena:  9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!