![]() |
![]() |
![]() |
Kino nieustannie się zmienia. Tak, jak w każdej innej dziedzinie sztuki, mamy tu do czynienia z nieustającą metamorfozą. Trudno zacząć recenzję od banalniejszego stwierdzenia. Można jedynie poddać pod dyskusję, czy dzisiejsze trendy w filmie mainstreamowym są dla niego korzystne, czy też nie (jak uważa niżej podpisany)… Zdarzają się jednak dzieła, które zupełnie nie pasują do czasów, w których powstały. Zdają się za nic mieć obecne mody. Idą swoją własną drogą, co osobiście poczytuję za przejaw sporej reżyserskiej odwagi w chwili, gdy tak wiele zależy od grymaśnych producentów. Taki był “Zodiac” Finchera (którego nazwisko, notabene, jest dla mnie synonimem owej niezależności) czy niedawny “To nie jest kraj dla starych ludzi”. Takie są też, powstałe jeszcze wcześniej, “Ludzkie dzieci”.
Pomysł na fabułę (zaczerpnięty z książki P.D. James o tym samym tytule, która jednak z filmem Cuarona – poza ogólnymi założeniami – niewiele ma wspólnego) jest genialny w swej prostocie. W 2009 roku kobiety na całym świecie z niewyjaśnionych przyczyn stają się niepłodne. Przez kolejne osiemnaście lat nie rodzą się dzieci. Nauka jest bezradna, ludzie stracili już nadzieję. Skoro więc rodzaj ludzki nie przetrwa, po cóż starać się o cokolwiek innego? “Ludzkie dzieci” ukazują więc świat zdemoralizowany, zepsuty, ogarnięty konfliktami na tle rasowym i religijnym. Wielka Brytania staje się czymś w rodzaju państwa totalitarnego, które chcąc rozwiązać problem nieustannie napływających nielegalnych imigrantów, tworzy dla nich specjalne getta, niewiele różniące się od tych, które znamy z czasów drugiej wojny. Nawiasem mówiąc, wspomnienie tej ponurej przeszłości niejednokrotnie przychodzi na myśl podczas oglądania niektórych scen, w tym tak przewrotnych, jak wywożenie do obozów… Niemców.
![]() |
![]() |
![]() |
To jedna z najbardziej oryginalnych apokaliptycznych wizji, jakie kino widziało. Ludzkość nie ginie w wyniku jakichś nagłych olbrzymich kataklizmów. Ona zwyczajnie umiera ze starości. Według mnie jednak tematem filmu przede wszystkim jest nadzieja. Być może złudna, bez szans na spełnienie, ale jednak dająca siłę. Tę nadzieję symbolizuje dziecko. Pierwsze od osiemnastu lat. Dziecko, które nosi w swym łonie nielegalna imigrantka…
Trudno ogarnąć tak wielki temat w niespełna dwugodzinnym czasie projekcji. Mamy tu przecież mnóstwo materiału na dramat, film wojenny, thriller, czy kino polityczne, a może nawet metafizyczne. Alfonso Cuaron wybrnął z tego w najlepszy możliwy sposób, choć – jak widać po licznych chłodnych recenzjach – ma on tyleż zwolenników, co przeciwników
(a czy właśnie takie antagonizowanie odbiorców nie jest cechą charakterystyczną dla arcydzieła?).
Centralną postacią jest Theo (w tej roli Clive Owen, który dopiero tutaj zwrócił moją uwagę), dawny działacz polityczny, a obecnie wypalony cynik, alkoholik żyjący z dnia na dzień. Z chwilą, gdy – dla pieniędzy – zgadza się, korzystając ze swoich dawnych znajomości “na górze”, przetransportować wspomnianą imigrantkę poza granicę, staje się mimowolnym uczestnikiem kluczowych dla dalszej historii wydarzeń. Za punkt wyjścia obrano więc najzwyklejsze kino drogi. Jakkolwiek prosty zdaje się sposób narracji, staje się on pretekstem do zawarcia w opowieści wszystkich wspomnianych elementów. Jest tu czas i miejsce na ludzkie dramaty, spostrzeżenia socjologiczne, trochę politycznych intryg, czy też czystą mistrzowsko ukazaną akcję. O dziwo, wszelkie te składniki pasują do siebie doskonale, czyniąc z “Ludzkich dzieci” porywający, wstrząsający obraz.
![]() |
![]() |
Mimo iż za każdym seansem nie opuszcza mnie wrażenie, że oglądam coś na miarę przypowieści, biblijnej alegorii, cienka linia dzieląca poruszające obrazy od ckliwego patosu nawet przez chwilę nie zostaje przekroczona. Przykładowo, kto widział jedną z końcowych scen (wyjście z ostrzeliwanego przez wojsko budynku), ten wie, jak mistrzowsko uniknięto tu napuszonej pretensjonalności. Cenię sobie bowiem, gdy twórcy nie wciskają mi na siłę: “no zobacz, jakie to wzruszające!”, lecz traktują mnie jak partnera, który wnioski wyciągnie sam.
Jak się rzekło, świat w “Children of Men” jest pełen zepsucia. Nie uświadczymy tu kuriozalnej wizji przyszłości z niesamowitą technologią i ludźmi biegającymi w srebrnych spodenkach. Poza bardzo subtelnymi detalami, jak przykładowo nieco zmodyfikowane pojazdy wyposażone w swoiste wyświetlacze HUD, czy wygląd monitorów komputerowych, świat przedstawiony praktycznie nie różni się od znanego nam obecnie. Zabieg ten uwiarygodnia historię, bo chyba nikt już dziś na poważnie nie spodziewa się, że przez dwadzieścia lat zmieni się tak wiele, jak nam usiłują wmawiać inne produkcje spod znaku s.f.
![]() |
![]() |
![]() |
Także warstwa realizacyjna jest niezwykle oszczędna, a zarazem widowiskowa. Ową spektakularność budują przede wszystkim niesamowite zdjęcia Emmanuela Lubezkiego. Przyjął on iście dokumentalny styl, zrezygnował z wszelkich malowniczych odjazdów, zbliżeń, czy slow motion. Kamera zawsze trzyma się blisko bohaterów. Mimo że większość zdjęć kręcono “z ręki”, brak tutaj niepotrzebnego trzęsienia obrazem, co jest zmorą wielu współczesnych produkcji utrzymanych w tej konwencji. To jeszcze nic w porównaniu z potężnymi, nierzadko kilkuminutowymi mastershotami, czyli scenami zrealizowanym przy pomocy tylko jednego ujęcia.
Nie robiłoby to może aż takiego wrażenia, gdyby chodziło o jakieś statyczne momenty, lecz najdłuższe ujęcia zastosowano w “Children of Men” w scenach akcji, wymagających ze swojej natury twardej dyscypliny na planie i perfekcyjnej synchronizacji czasowej. Jeśli dodać, że jedno z nich (zdaje się, że ponad 10 minutowe) rozgrywa się podczas powstania w gettcie, gdzie kule świszczą nad głowami, po ulicach wśród licznych wybuchów przemykają czołgi i wozy opancerzone, pozostaje tylko chylić czoło przed tym realizatorskim majstersztykiem. O świetnych efektach specjalnych (świetnych dlatego, że ich w ogóle nie widać i wstępują tylko tam, gdzie to absolutnie konieczne) nie ma co się rozpisywać. Wspomnę tylko, że oglądając jeden z dodatków na dvd (dotyczący realizacji sceny porodu) doznałem szoku.
“Ludzkie dzieci” to jedno z tych nielicznych dzieł, które po obejrzeniu nie pozwalają mi o sobie zapomnieć. To kino niewygodne, szarpiące emocje, uwierające jak kamień w bucie. I to właśnie w sztuce kocham najbardziej.
Na koniec mały drobiazg – główny bohater pije, pali, okazjonalnie popala trawę, przeklina, połowę czasu ekranowego występuje w zniszczonej, starej bluzie i japonkach na nogach. Czasem się potknie, czy wdepnie w rozbite szkło, klnąc przy tym siarczyście.
Czy ja wspomniałem, że takich filmów już się nie robi?
















9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!