Jesień Cheyennów (Cheyenne Autumn) – O Indianach uczciwiej

Kategoria: Recenzje
Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów

W roku 1877 Czejenowie Północni w liczbie około tysiąca zostali przesiedleni na tak zwane Terytorium Indiańskie, niegościnną ziemię na zachód od Missisipi (tereny dzisiejszej Oklahomy), gdzie przez długie miesiące przymierali głodem, cierpieli z powodu chorób i niedożywienia. Na początku września 1878 wodzowie, Mały Wilk i Tępy Nóż, podjęli decyzję – nakazali swoim ludziom potajemnie spakować dobytek i przygotować się do wymarszu, który odbył się o świcie. Z niegdyś dumnego, wolnego plemienia Wielkich Równin dziś pozostała zaledwie garstka nieszczęsnych, zgnębionych i upodlonych nędzarzy, okrytych kocami kobiet, starców i dzieci.

Wśród niespełna trzystu pozostałych przy życiu osób mniej niż jedną trzecią stanowili wojownicy. Brakowało koni dla wszystkich, więc ustalono kolejność tak, aby każdy choć część drogi mógł odbyć na grzbiecie wierzchowca. A czekała ich długa podróż, ponad 1500 mil. Jej trasę znaczył przede wszystkim głód – już dawno wytępiono bizony, które biali ludzie zabijali tylko ze względu na skóry i mięsiste, stanowiące przysmak języki. Także chłód – po jesieni nadeszła przecież mroźna zima, a oni mieli tylko koce i skóry, które po trudach morderczej wędrówki szybko zamieniły się w strzępy.

Ostatni marsz Czejenów szybko znalazł się na ustach całej Ameryki – prasa prześcigała się w fabrykowaniu sensacyjnych informacji o krwiożerczych czerwonoskórych, którzy palą osady, rabują bydło, gwałcą kobiety i mordują wszystkich, którzy tylko znajdą się na ich drodze. Panice towarzyszyła nienawiść. Dziesięć tysięcy żołnierzy i trzy tysiące białych ochotników nieprzerwanie nękało Indian, którzy starali się unikać walki – chodziło im tylko o powrót do domu zwanego przez nich Ziemią Yellowstone. Byliśmy na południu i dużo tam wycierpieliśmy. Wielu z nas umarło na choroby, których nazw nie znamy. Nasze serca tęskniły za krajem, w którym przyszliśmy na świat. Zostało nas niewiele. Chcieliśmy tylko kawałka ziemi, na którym moglibyśmy żyć. Pozostawiliśmy swoje szałasy i uciekliśmy w nocy. Ścigało nas wojsko. Udałem się do żołnierzy i powiedziałem im, że nie chcemy walczyć, że pragniemy jedynie pójść na północ. Powiedziałem im też, że jeśli zostawią nas w spokoju, żadnego z nich nie zabijemy. Jedyną odpowiedzią, jaką uzyskaliśmy, była salwa z karabinów. [Mały Wilk z plemienia Czejenów Północnych, za D. Brown, „Pochowaj me serce w Wounded Knee”]

To właśnie te wydarzenia są tematem „Jesieni Cheyennów”, jednego z ostatnich filmów siedemdziesięcioletniego wówczas króla westernu, Johna Forda. Dzieło to uważa się za jedno z pierwszych w nurcie rewizjonistycznym. Rozliczenie z niedawną przeszłością, w szczególności zaakcentowane zerwaniem z wizerunkiem Indianina – wyjącego, agresywnego dzikusa, zapoczątkował Delmer Daves „Złamaną strzałą” (1950), potem była „Ostatnia walka Apacza” Aldricha (1954) i „Indiański wojownik” Andre De Totha (1955). W każdym z tych filmów czerwonoskórego grał jednak „biały”, w dodatku hollywoodzki gwiazdor (odpowiednio: Jeff Chandler, Burt Lancaster i Kirk Douglas), daleko im było również do tak drobiazgowego, etnograficznego wręcz ukazania kultury rdzennych mieszkańców Dzikiego Zachodu jak chociażby w kilka lat późniejszej serii o Człowieku Zwanym Koniem – czy do tak bezkompromisowego artykułowania oskarżeń jak w kolejnych sztandarowych dziełach lat siedemdziesiątych – w „Niebieskim żołnierzu” Ralpha Nelsona (1970), czy „Małym Wielkim Człowieku” Arthura Penna (1970).

Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów

„Jesień Cheyennów” znajduje się gdzieś pomiędzy – wprawdzie najważniejsze indiańskie role odtwarzają Meksykanie (Ricardo Montalban, Dolores Del Rio) oraz Sycylijczyk z pochodzenia (Sal Mineo) i – wbrew pozorom – od Indian ważniejsi są tu biali, z drugiej jednak strony Ford wyraźnie pokazuje, iż to przybysze byli agresorami, a tubylcy się tylko bronili: przed utratą ziemi, terenów łowieckich, wreszcie życia. Nie zobaczymy tutaj dumnych wodzów i dzielnych wojowników przybranych w orle pióra. Czejenowie są mali, jakby zszarzali, niewola w rezerwacie odcisnęła na nich swoje piętno. To dość nietypowy jak na Forda obraz Indian – słynna „trylogia kawaleryjska” i inne wcześniejsze filmy ukazywały ich w większości jako bezosobowe, groźne niebezpieczeństwo. Tutaj są wyłącznie ofiarami – wielokrotnie oszukiwani przez białych, w końcu definitywnie zwątpili w szczerość i uczciwość. Tęsknota i nędza zmusza ich do wędrówki przez coraz bardziej zmieniający się kraj, rodzinną ziemię, którą bezprawnie i bezpowrotnie utracili. „Jesień Cheyennów” to bowiem także opowieść o Ameryce, o kształtowaniu się tutejszej państwowości i o korzeniach, na jakich wyrasta ten naród. Zielone równiny przecina kolej Union Pacific, coraz bardziej rozbudowują się miasta, dawni bohaterowie Dzikiego Zachodu, szybkostrzelni rewolwerowcy, zostali podstarzałymi szeryfami, którzy walczą teraz wyłącznie z nudą codzienności.

Rewizjonizm to również podważenie mitów i legend Far Westu. Oto w pewnym momencie Ford pozostawia na chwilę Indian w ich mozolnej wędrówce i przenosi akcję do salonu w Dodge City. Opowieść zmienia tonację – z tragicznej staje się komiczna. Wyatt Earp w cudownej, autoironicznej kreacji jak zawsze eleganckiego Jamesa Stewarta siedzi przy karcianym stoliku ze swym przyjacielem, Docem Hollidayem i i jeszcze jednym przypadkowym towarzyszem. Zupełnie nie zwraca uwagi na trzech kowbojów, które przynoszą straszne wieści o grasujących nieopodal drapieżnych czerwonoskórych. Burmistrz histeryzuje – przecież miasto jest w niebezpieczeństwie – a szeryf-obrońca z flegmatycznym spokojem dystansuje się od całego zamieszania. Zdecydowanie bardziej ekscytuje go przebieg toczącej się właśnie rozgrywki. Podnosząc się od stolika zostawia na swoich kartach zapalone cygaro. A jeżeli popiół spadnie przypadkiem? – pyta przestraszony trzeci uczestnik gry. Wtedy Wyatt Earp może przypadkiem cię zastrzelić – z kamienną twarzą odpowiada Doc Holliday. Ten groteskowy i pełen ironii epizod pokazuje jedną z legend Zachodu z zupełnie innej strony (także i ten wątek rozwinie zresztą późniejsze kino – przypomnijmy chociażby całkowicie pozbawionego romantyzmu Wild Billa Hickoka we wspomnianym już „Małym Wielkim Człowieku”).

Kolejny mit – dzielni kowboje walczący z Indianami. W filmie znajduje się sugestywna scena, ukazująca, jak było naprawdę. Zdesperowani, wygłodzeni wojownicy zbliżają się do grupy poganiaczy bydła i proszą o jedzenie. Marzę o takim srokatym koniu – odzywa się jeden z mężczyzn. A ja marzę o tym, żeby choć raz w życiu zabić Indianina – mówi drugi. Pada strzał, bezbronny czerwonoskóry spada z konia. Oto prawdziwe przyczyny podboju Dzikiego Zachodu – chciwość, chęć posiadania i agresja wynikająca z kulturowej odmienności…

Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów

To jednak dopiero połowa lat sześćdziesiątych. Wprawdzie Ford pokazuje niemal usankcjonowane ludobójstwo, widzimy żołnierzy strzelających do bezbronnych kobiet i dzieci (daleko jednak tym scenom do drapieżności wstrząsającej masakry pod Sand Creek z „Niebieskiego żołnierza”), łamanie obietnic, cynizm i fałsz rządu, bezmyślne okrucieństwo zarówno wrogów Indian, jak i zwykłych służbistów – pomimo tego w wielu momentach ważniejsi dla reżysera okazują się biali. To wśród nich znajdują się starannie scharakteryzowane indywidualności, wspomina się o motywacjach, dookreśla sylwetki, podczas gdy czerwonoskórzy są właściwie tylko ponurym, nieszczęśliwym tłumem nędzarzy. Indianie nie opowiadają o sobie, nie poznajemy ich historii. Niewiele wiemy o wodzach, niewiele o Spanish Women. Pozostają nieprzeniknieni – tak naprawdę nie spoglądamy na tę historię ich oczyma, dalej patrzymy z perspektywy białych (choć oczywiście z dużo większą niż wcześniej empatią).

To symptomatyczne – tak w filmie jak i w życiu Indianie zostają zredukowani. Wśród przybyszów mamy natomiast ogromną różnorodność typów i postaw – Deborah Wright (Carroll Baker) to pełna poświęcenia kwakierka, oburza ją okrucieństwo wobec Indian i z własnej woli wybiera ich los, nie chcąc opuścić swych podopiecznych, osieroconych dzieci. Oddziałami kawalerii dowodzi kapitan Thomas Archer (Richard Widmark), postać dość złożona – to człowiek, który wprawdzie nie ufa Czejenom, dobrze ich poznał podczas wcześniejszych walk, teraz jednak rozumie, że bezbronni nie przedstawiają żadnego niebezpieczeństwa i nie godzi się na agresję wobec słabszych.

Jest też Scott (Patrick Wayne), młody kawalerzysta, który nienawidzi Indian z powodów osobistych oraz kapitan Wessels (Karl Malden), niemiecki służbista, dowódca Fortu Robinson. To głownie jego obciąża się w pewnym momencie odpowiedzialnością za tragedię ocalałej grupy – kiedy poddają mu się udręczeni zimą, 800 mil od Indiańskiego Terytorium, czeka na rozkazy. Po ich otrzymaniu zamyka starców, kobiety i dzieci w opuszczonym, nieogrzewanym magazynie, pozbawia wody, pożywienia i nakazuje czekać na konwój, który odprowadzi ich z powrotem do rezerwatu. Jest wreszcie Polak, sierżant Stanisław Wychowski (gra go Mike Mazurski, urodzony w Tarnopolu były zapaśnik wagi ciężkiej) – co ciekawe, porównuje on sytuację Indian do trudnych losów swych rodaków pod zaborami.

Jesień Cheyennów
Jesień Cheyennów

Także Carl Schurz (Edward G. Robinson), minister spraw wewnętrznych odpowiedzialny za kwestię Indian. W filmie to postać pozytywna, rozumie determinację czerwonoskórych i w ostateczności pozwala im pozostać na ojczystych terenach. W rzeczywistości wcale taki nie był – Czejenowie zwali go Mah-hah-ich-hon, Duże Oczy i dziwili się, że człowiek o tak wielkich oczach widzi tak niewiele. Wielki marsz także wcale nie zakończył się aż tak optymistycznie – garstce ocalonych pozwolono pozostać w krainie Tongue River, obok Crow (Absaroka), ich największych wrogów.

Film Forda nie aspiruje jednak do formy paradokumentalnej relacji – to przede wszystkim epicka opowieść w dużej mierze filmowana w planach totalnych i ogólnych. Ten narracyjny wymiar podkreśla również głos z offu. Nie jest to jednak historia sensacyjna, awanturnicza, czy przygodowa jak dawne filmy tego gatunku ukazujące przykuwające uwagę pojedynki Dobra i Zła. Większą część filmu zajmuje długa i ponura wędrówka. Z jednej, dosłownej strony jest podyktowana brutalną bezwzględnością nędzy i głodu, na płaszczyźnie metaforycznej można ją jednak odczytywać jako z założenia niemożliwą (dlatego nostalgiczną) próbę powrotu do dawnego, szczęśliwego czasu, kiedy to na Wielkich Równinach pasły się stada bizonów, a jedynymi władcami tej pięknej i bogatej krainy byli czerwonoskórzy. Dzisiaj nie należy do nich prawie nic, wegetują w rezerwatach, ulegają nałogom i coraz bardziej odchodzą od tradycji przodków, dawnych gospodarzy tych ziem. Ci, którzy im je zabrali, mają wszystko. Żaden film tego nie zmieni, ale przecież cenna jest każda kropla dziejowej uczciwości w oceanie zafałszowań i przemilczeń historii.

Komentarz do artykułu “Jesień Cheyennów (Cheyenne Autumn) – O Indianach uczciwiej”

  • amemus pisze:

    Piekny film,oglądałem ten obraz na początku lat sidemdziesiątych.
    Utkwiła mi w pamieci rola Dolores Del Rio,jak również inny sposób
    ukazania indian w filmie.Obszarpani,głodni i brudni prezentowali dume i godność która mi sie podobała.
    Bardzo dobry artykuł,świetnie przectawia indian w filmie amerykańskim.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Jesień Cheyennów
Oryginalny tytuł: Cheyenne Autumn
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 154 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:

Obsada:
Kpt. Thomas Archer
Deborah Wright
Kpt. Oskar Wessels
Red Shirt
Hiszpańska kobieta
Mały Wilk
Tępy Nóż
Doc Holliday
Wyatt Earp
Por. Scott
Ocena:  7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!