Wokół filmu i powieści („Z zimną krwią” Trumana Capote’a i „Capote” Bennetta Millera – obserwacje)

Kategoria: Opracowania, Recenzje

To będzie osobisty tekst. Od razu uprzedzam, że nie będę obiektywna, bo książka „Z zimną krwią” trzy miesiące temu dokumentnie rozłożyła mnie na łopatki. Co ciekawe, za drugim podejściem – kilka lat temu nie mogłam przebrnąć nawet przez pierwsze strony, które niemiłosiernie mnie znudziły. A teraz – olśnienie, fascynacja, całkowite wtopienie się w świat przedstawiony do tego stopnia, że trudno mi było powrócić do rzeczywistości. Już nie wspomnę o tym, że przeczytałam ją niemal przysłowiowym „jednym tchem”, po prostu nie mogłam się oderwać. Zdarzają się takie książki, po prostu arcydzieła – oczywiście każdy ma inne, swoje własne.

prawdziwy i filmowy Truman Capote

Natychmiast po przeczytaniu zachciało mi się zobaczyć film. Przed rokiem było o nim głośno, mnie jakoś to wszystko ominęło, bo nadmiar obowiązków całkowicie pozbawił mnie możliwości oddawania się przyjemnościom kinomana. „Capote” Bennetta Millera od początku mnie interesował ze względu na literackie konotacje, ale dobrze się stało, że wtedy go nie obejrzałam, bo spojrzałabym na niego zupełnie inaczej, bardziej powierzchownie. Byłby kolejnym filmem, pewnie dobrym, ale też nie budzącym żadnych szczególnych skojarzeń. A tak – jest elementem większej całości, składnikiem intrygującej i przerażającej historii, która za sprawą książki „Z zimną krwią” na jakiś czas zawładnęła moją wyobraźnią.

Truman Capote jest pisarzem niezwykłym. Genialnie podpatruje szczegóły, z których tworzy potem niezwykle plastyczny obraz wycinka rzeczywistości składający się na czyjś portret, czyjąś prawdę, czyjeś życie. Refleks światła na nadgryzionym jabłku w dłoni Herberta Cluttera, szmer kłosów zbóż lekko uderzających o znoszone ubranie farmera, poduszka pod głową zastrzelonego Kenyona, ostatni, zwyczajny wieczór z Nancy uparcie powracający w myślach jej chłopaka, Boba Ruppa, żółty ptak pikujący w głowie Perry’ego Smitha…

miasteczko Holcomb w Kansas i farma zamordowanej rodziny Clutterów

Słowa ożywiają, tworzą obrazy – i te zwyczajne, i te przerażające. W książce są tylko one. I Oni, bohaterowie tej historii, ofiary, mordercy i ci, którzy ich ścigają. Nie ma Capote’a – ekscentrycznego i egocentrycznego, wygrzewającego swoje ego w świetle reflektorów i ukołysanego muzyką oklasków na własną cześć. Nie ma Capote’a wyrachowanego, cynicznego, chowającego głowę w piasek, myślącego tylko o własnej książce i postrzegającego bliźnich wyłącznie jako kolejne szczebelki na drabinie sukcesu. Nie ma wreszcie Capote’a zakochanego, łączącego kombinację i pogardę z fascynacją, patrzącego na Smitha jak na swoje gorsze, ułomne alter ego, wyrosłe z podobnych rodzinnych i osobistych doświadczeń, jak na bliźniaczego outsidera, którego odmienność jest kryminalną przeszłością, nędzą i zbrodnią, nie seksualnymi preferencjami i stylem życia.

Trudno uwierzyć, że on, egomaniak i człowiek lubiący być zawsze na pierwszym planie, potrafił się tak wyciszyć, tak schować za opowiadaną historia, zamienić wyłącznie w bezosobowego narratora. Film dopowiada to wszystko, czego w książce nie ma. Jakby w pewien sposób umniejsza, przesłania książkę, która jest uczciwa. W „Z zimną krwią” Capote uczłowiecza przecież nie tylko Perry’ego Smitha, ale także Clutterów, nieszczęsną, zamordowaną rodzinę, która bez tego żywego portretu po latach przetrwałaby wyłącznie jako kilka imion i dat w statystykach zbrodni. Nikt nie pamiętałby, że Nancy Clutter lubiła gotować i pisała pamiętnik, że pan Clutter pomógł pewnej japońskiej rodzinie, że Kenyon był poważny jak na swój wiek. Równe proporcje – tyle samo o ofiarach, ile o ich mordercach. Dwie wyraźnie oddzielone części książki, dwie strony historii.

Perry Smith i Dick Hickock prawdziwi i filmowi (Clifton Collins Jr. i Mark Pellegrino)

Ktoś może się oburzyć, może sobie pomyśleć, że to nieetyczne, że tak być nie powinno. Po co „uczłowieczać” mordercę? Takie sformułowanie od razu kojarzy się z usprawiedliwianiem, próbą wytłumaczenia, stąd już o krok do manipulacji, prób wzbudzenia jakiegoś współczucia zupełnie nie na miejscu. Tymczasem „uczłowiecza” wcale nie oznacza, że „usprawiedliwia”. Pokazuje całe życie Smitha, który jako syn Indianki–alkoholiczki i wychowanek sierocińca od podszewki poznał ową „Amerykę kuchennych drzwi”. (To jest tak jakbyśmy wychowali się w jednym domu. Pewnego dnia on wyszedł przez kuchenne drzwi, a ja przez frontowe.) Pokazuje bunt i rosnąca agresję skrywaną pod maską domorosłego intelektualisty-wrażliwca.

Owszem, pojawia się tutaj tak często nadużywany motyw trudnego dzieciństwa i barier społecznych. Capote jest jednak zbyt inteligentny, aby w tę stronę kierować oskarżenie. Podziały istnieją przecież od zawsze, są niejako wpisane w naturalny porządek świata. Obok neonowej Ameryki show businessu istnieje też Ameryka ludzi uporządkowanych, chodzących w niedzielę do kościoła i wstających rankiem do żmudnej, codziennej pracy. I jeszcze jedna – Ameryka chaosu, pogardzany świat „white trashes”, w których przecinają się ścieżki podobnych Perry’emu nieudaczników i outsiderów.

Nie wszyscy z nich dla kilkudziesięciu dolarów mordują czworo niewinnych ludzi. Dlaczego więc? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi – obok podświadomej, głęboko skrywanej socjopatycznej niechęci do społeczeństwa pojawia się tu czynnik niewytłumaczalny, nagły zgrzyt szaleństwa, które w decydującym momencie każe Smithowi poderżnąć gardło związanemu panu Clutterowi. Capote pokazuje, że to nie potwory popełniają takie zbrodnie, lecz ludzie. Ludzie momentami wrażliwi i sympatyczni, lubiący rysować, zapisujący w dzienniku definicje trudnych słów i wożący ze sobą wszędzie najdroższe sercu pamiątki. Jak Smith. To jeszcze bardziej przerażające.

Jeśli cię nie zrozumiem, świat uzna cię za potwora – mówi filmowy Capote do filmowego Smitha. Zrozumiał. I my rozumiemy, co jednak nie znaczy, że usprawiedliwiamy. Czytając książkę razem z pisarzem wnikamy w psychikę mordercy, zwyczajnego chłopaka o ciągotach artystycznych i dużych ambicjach, któremu jednak w życiu nie wyszło. Capote wprawnie prowadzi nas za rękę, obiektywnie równoważy zalety i wady. Wcale nie widać, że kryje się za tym przewrotna, wykoncypowana sieć manipulacji, nie do końca szczera, interesowna przyjaźń, tchórzostwo i kombinacje, może miłość. Nie widać całego tego brudu, dziwnej mieszanki pogardy i fascynacji.

Postępowanie pisarza jest nieuczciwe i nieetyczne. Książka jest uczciwa. W tym momencie dotykamy trudnego zagadnienia – czy wobec tego to ważne, w jakich okolicznościach powstała? Twórcy filmu uznali, że tak, że warto to pokazać. Za pomocą innych – filmowych – środków wyrazu sportretowali Capote’a tak jak on blisko 50 lat temu zrobił to ze Smithem. Bo to nie jest oczywiście film o Clutterach, o zbrodni w kansaskim cichym, nudnym Holcomb. Nie jest to też film o niezdrowej fascynacji pisarza kryminalistą. To byłoby gorące, film jest zdystansowany i chłodny. Smith jest tu mało ważny, zupełnie inaczej niż w książce.

Sam w sobie nie ciekawi twórców filmu, istnieje wyłącznie w odniesieniu do Capote’a. Spełnia rolę katalizatora, dzięki któremu w pełni ujawnia się osobowość pisarza. To on jest tutaj potworem budzącym fascynację, wybitnym empatycznym egoistą, który płacze na egzekucji, ale list od proszącego o pomoc „przyjaciela” każe położyć obok innych. Capote zaczyna interesować się Smithem i Hickockiem. Namawia ich na apelację, opłaca prawnika. Tak naprawdę jednak wszystko to robi wcale nie dla nich – tylko dla siebie, dla książki. Aby była pełna, musi powstrzymać wymiar sprawiedliwości. Przynajmniej dopóki nie dowie się, co tak naprawdę wydarzyło się w feralną noc. Dowiaduje się – w książce ten moment wstrząsa. W filmie robi wrażenie jedynie wyrachowanie pisarza.

Ktoś, kto nie czytał „Z zimną krwią”, z łatwością może sobie pomyśleć, że pisarz kreśli literacki wizerunek Smitha w sposób brutalny i bezwzględny, z odcieniem wyższości i pogardy. Nic z tych rzeczy – to bardzo wyważony, obiektywny, uderzający wyczuciem i szczerością portret psychologiczny. Tym bardziej wstrząsa owe tytułowe „z zimną krwią” – rozszerza perspektywę opowiadanej historii poza Holcomb, poza rok 1959, poza tu i teraz. Czyni z niej przypowieść o pierwiastku zła tkwiącym w człowieku, ponury traktat o irracjonalności zbrodni, która w dodatku zyskuje tutaj podświadomy wymiar „zemsty” nieprzystosowanych na normalnym społeczeństwie.

Film sugeruje pewne kwestie, poszerza historię powstania „Z zimną krwią” o nowe konteksty. Nie wiemy na przykład, czy filmowy Smith tak naprawdę jest szczery wobec Capote’a? A może to tylko gra, manipulacja wyrachowanego i inteligentnego kryminalisty, który nakłada maskę wrażliwca sądząc, że to pomoże mu uratować się od stryczka. Na pewno nie porusza i nie wstrząsa tak jak książka. Nie jest w końcu dziełem takiego kalibru. Ma jednak niebagatelny wymiar poznawczy i zmusza do myślenia. To też dużo…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Capote
Oryginalny tytuł: Capote
Kraj: Kanada
USA
Rok:
Czas trwania: 114 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Truman Capote
Nelle Harper Lee
Perry Smith
Alvin Dewey
Marie Dewey
Dick Hickock
Jack Dunphy
sędzia Roland Tate
Oceń ten film na Filmaster.pl!