Czerwone pantofelki (Bunhongsin) – Zabójczy róż

Kategoria: Recenzje
Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki

Industrialna pustka wielkiego miasta, lśniące niklem, aluminium i szkłem wyludnione przestrzenie metra Goksung. Na peronie kolorowy przedmiot jakby nie z tego świata, żywy, cyklamenowy róż wyraźnie kontrastuje z anonimową, niebieskawą zielenią ścian – to pozostawione przez kogoś eleganckie, choć jednocześnie wyzywające zgrabne pantofelki na szpileczce. Dziewczyna, nieładna, w okrągłych okularach, o przeciętnej twarzy wpatruje się w nie łakomym wzrokiem, jakby zahipnotyzowana. Bierze do ręki, przymierza… Odczuwa przypływ niezwykłej siły, nagłej pewności siebie. Teraz już wie, że o te buciki walczyłaby na śmierć i życie z każdym, kto tylko spróbowałby je jej odebrać. Nagle, jak spod ziemi wyrasta koleżanka, druga nastolatka. Jest zdeterminowana, jakby kierowana przemożnym pragnieniem, by zawłaszczyć sobie luksusowy przedmiot, tym bardziej, że przecież ona pierwsza je zobaczyła. Była jednak na sąsiednim peronie, może miała za mało śmiałości, żeby do nich podejść. Dziewczyny zaczynają walczyć, usiłują wydrzeć sobie buciki. Scena kończy się krwawo i dość nieoczekiwanie…

Tyle prolog, który idealnie wprowadza w atmosferę filmu. Umiejętnie budowany nastrój, a potem nagle gwałtowny, krwawy kontrapunkt. Poetycka nastrojowość łączy się na zasadzie kontrastu z brutalnym naturalizmem, wykorzystującym wręcz stylistykę kina gore. Po krótkim, szokowym wprowadzeniu przechodzimy do właściwej historii, która zaczyna się jak realistyczny film obyczajowy, a potem zmienia w upiorną baśń, koszmar niczym ze snu, w którym trudno jest oddzielić prawdę od fałszu, a rzeczywistość od majaczeń. Skojarzenie z baśnią jest zresztą jak najbardziej na miejscu, film został bowiem oparty na motywach jednej z mniej znanych, za to bardziej drastycznych i niepokojących opowiastek H. Ch. Andersena. Pewna mała dziewczynka tak bardzo kochała swoje czerwone trzewiczki, że nie nosiła już wcale innego obuwia. Całymi dniami myślała tylko o nich, o tym, jak ładnie w nich wygląda – nawet w kościele, nawet przyjmując pierwszą komunię. Zgrzeszyła próżnością i została ukarana przez mściwego anioła, który zapowiedział jej, iż od tej chwili będzie tańczyć tak długo, wirować tak szaleńczo, aż zamieni się w szkielet. Jedynym ratunkiem jest zdjęcie bucików – jednak obuwie tak mocno przyrasta Karen do stóp, że – no, cóż, nie ma innej rady, jak tylko odrąbać je siekierą…

Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki

Twórcy z Korei przyznają się do tej europejskiej inspiracji. Historia małej dziewczynki i jej matki to jednak tylko luźne nawiązanie do owej ponurej legendy (znanej także na Dalekim Wschodzie, tylko, że tam – jak zresztą w filmie – buciki są różowe). Sześcioletnia Tae-su chodzi na lekcje baletu, bardzo lubi tańczyć, szczególnie chętnie pokazuje swoje piruety i podskoki uwielbianemu ojcu, który bardzo kocha córeczkę, ale chyba już przestał kochać jej matkę. Sun-jae czuje się odrzucona, nieatrakcyjna, niepotrzebna. Niedelikatnymi, nieostrożnymi słowami mąż uświadamia jej, że młodość się kończy (Jesteś już za stara na taki kolor). A Sun-jae – kolekcjonerka butów, nawiasem mówiąc – właśnie znalazła w wagoniku metra przepiękne, uwodzicielskie, różowe pantofelki… Tymczasem dopada ją jednak proza życia – mąż okazał się niewierny. Kobieta unosi się dumą i nie pozostaje jej nic innego, jak tylko zabrać dziecko i przeprowadzić się do nowego mieszkania – to ogromne, przestrzenne wnętrze w podniebnym apartamentowcu niedaleko nowoczesnej stacji metra.

Brzmi znajomo? No tak, przecież podobnie było w „Dark Water”, straszące, niesamowite twarzyczki dzieci i pełzające zwłoki zakrwawionych kobiet zapożyczone są z kolei z „Klątwy ju-on”, zaś zakryte włosami twarze umarłych dziewcząt skrywające mroczne tajemnice jako żywo pochodzą z „Ringu” (podobnie jak jeszcze jedno ważne rozwiązanie fabularne). Uczucie deja vu towarzyszy też ujęciom opustoszałych korytarzy, w których przygasają światła, a gdzieś na drugim końcu majaczą dziwne postacie. Kalki, klisze, zapożyczenia… Czy tworzą nową jakość? Czy składają się na coś oryginalnego? Czy może stanowią jedynie katalog powieleń? Chyba jednak to pierwsze, twórcy filmu mieli bowiem ambicje połączenia dwóch płaszczyzn: dosłownej (opowieść grozy) i symbolicznej (psychoanalityczna przypowieść o kobiecości i złożonych relacjach pomiędzy matka i córką) oraz nasycili „Czerwone pantofelki” wieloma interesującymi odniesieniami do dalekowschodniej kultury.

Kobieta i dziewczynka maja już tylko siebie. Ojciec dziwnie zapomniał o ukochanej córeczce, wcale ich nie odwiedza, nie zna nawet nowego adresu. Obie muszą więc bardzo się kochać, aby głęboką miłością wypełnić pustkę w swym życiu. Ale we wzajemne przywiązanie nagle jak ostry zgrzyt wkrada się zazdrość, niechęć, może nawet irracjonalna nienawiść. To piękne buciki są jej przyczyną, to one rozsiewają niepokojące emanacje wrogich uczuć, zupełnie tak, jakby skrywały w sobie jakieś zaklęte, uwięzione, ale wciąż bardzo silne zło, mącące ludzkie umysły i przyprawiające o szaleństwo.

Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki

To w kwestii horroru, na płaszczyźnie psychologicznej pantofelki mogą być natomiast metaforą niepokojącej tajemnicy kobiecości, która nagle wyrasta jak mur dzieląc matkę i córkę. Buty mogą być fetyszem – są przecież eleganckie, dość wyzywające, zakładając takie właśnie obuwie kobieta uwodzi, wzbudza zainteresowanie płci przeciwnej. Być może więc matka nie chce, by córka dorosła, bo wtedy – pewnego dnia – odejdzie do mężczyzny, a ona straci ją na zawsze. Dziewczynka z kolei nie chce, by matka wykorzystywała swą kobiecość, bo wtedy również może znaleźć się jakiś nieznajomy, który stanie pomiędzy nimi. No i jest jeszcze wspomnienie ojca – przecież jego nie można zastąpić kimś innym…

Buciki fascynują dziewczynkę coraz bardziej. Gdy Sun-jae je wkłada, staje się kimś innym. Zewnętrznym symbolem tej przemiany są krwistoczerwone usta. Kolory to zresztą znaczący element filmu, intrygująco i nieprzypadkowo podkreślany. Widać to szczególnie w sekwencjach z przeszłości (równolegle z historią kobiety i jej córeczki rozgrywa się również mroczny dramat sprzed kilkudziesięciu lat, w którym główne role gra niszcząca, obsesyjna zazdrość, przystojny choreograf, primadonna baletu i ta trzecia, która chciałaby być na jej miejscu).

Piękna baletnica tańczy na delikatnie oświetlonej scenie… W świat brązów i beżów jak ze starej, sepiowej fotografii nagle wkrada się ostry, nieprzyjemny dysonans czerwieni. Karminowe usta i kimono – Keiko, rywalka, wrogo przygląda się zza kotary. To właśnie zazdrość, niszcząca namiętność, tak silna, że potrafi przezwyciężyć czas… Czerwień to kolor miłości, ale także barwa krwi, agresji, gwałtu, zbrodni – jej pojawienie się w kadrze zawsze poprzedza coś niepokojącego, towarzyszy też eskalacji przemocy. Fiolet nie drażni oczu – mówi sympatyczny dekorator wnętrz, urządzając gabinet Sun-jae. To barwa artystów, ludzi twórczych, ale także symbol żałoby i pokuty. Końcowe sekwencje filmu nieprzypadkowo eksponują ten właśnie kolor… Zdjęcia są niezwykle staranne i wysmakowane, uwagę zwracają też barokowe wręcz, niezwykle widowiskowe sceny przedstawienia, w którym tańczy primadonna – wybuchają kolorem, hipnotyzują muzyka i choreograficzną ekspresją.

Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki
Czerwone pantofelki

Kluczem do filmu jest jednakże pewien element azjatyckiej kultury – otóż ludzie Dalekiego Wschodu wierzą, że bardzo silnie skumulowane emocje mogą ucieleśniać się w emanacjach zła, trwać poza swoim czasem i materialnie, namacalnie krzywdzić z mściwą radością. Takim nośnikiem złowrogich uczuć była w „Ringu” kaseta, w „Ju-on” opuszczony dom – tutaj są nim buciki, symbolizujące zazdrość i obsesyjną miłość (jak mówi jeden z bohaterów filmu, ten rodzaj emocji jest tak silny, że potrafi kogoś zabić). Motyw złowrogich, zastarzałych, zakrzepłym w śmiercionośnym kształcie uczuć jest w tej kulturze tak silny być może dlatego, że mieszkańcy Azji przyzwyczajeni są do tego, by tłumić emocje, nakładać uniwersalne maski niewzruszonej uprzejmości, grzeczności i spokoju, nie okazywać prawdziwych uczuć, które należy skrywać dość głęboko. Wiadomo zaś, że to, co wyparte ze świadomości lubi niekiedy powracać ze zdwojoną siłą, nadając rzeczywistości kształt koszmarnego snu. Nie od dziś znane jest paradoksalne rozdarcie kultur Dalekiego Wschodu – z jednej strony uprzejmość, niezwykła grzeczność i układność, z drugiej – krwawe, bestialskie okrucieństwo, celebracja tortur, nieobliczalność, zamiłowanie do drastycznych opowieści.

Film miał duży potencjał: dobry pomysł wyjściowy, interesująca inspiracja baśnią i legendą, zwracająca uwagę muzyka (intrygująca ścieżka dźwiękowa stanowi połączenie dziwacznych, niepokojących odgłosów z urzekającymi, subtelnie onirycznymi kompozycjami, silnie oddziaływującymi na wyobraźnię), bardzo dobra rola pięknej Hye-su Kim, który – niestety – do końca wykorzystany nie został. W pewnym momencie można wręcz zgubić się w opowiadanej historii, która nieoczekiwanie się zapętla, pewne wątki fabularne nagle się urywają i nie są poprowadzone do końca, a niektóre z wydarzeń nie doczekują się logicznego wyjaśnienia. Elementy te można wprawdzie złożyć na karb konwencji nadrealnego snu, ale trafniejszym określeniem byłby tu chyba jednak chaos kompozycyjny.

Poetycką stylistykę łamie też gore-brutalność, która nadaje filmowej opowieści krwawą, nieprzyjemną dosłowność. W efekcie, zamiast podskórnie, niepokojąco wsączać w umysł widza grozę, która pozostaje z nim w postaci nieprzyjemnego dreszczyku długo po zakończeniu seansu (a horrory azjatyckie to potrafią, oj, potrafią), „Czerwone pantofelki” epatują obrzydliwością odciętych kończyn i wyłupianych oczu. Straszą, owszem, ale jest to strach czysto mechaniczny, będący reakcją na ekranowe tu i teraz – znika natomiast bez śladu już w trakcie napisów końcowych. Myślę, że od tego tytułu nie warto więc zaczynać fascynującej przygody z bogatą kolekcją azjatyckich filmów grozy – fani Asian Terror natomiast powinni być usatysfakcjonowani (mniej lub bardziej)…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Czerwone pantofelki
Oryginalny tytuł: Bunhongsin
Kraj: Korea Południowa
Rok:
Czas trwania: 103 minut
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Montaż:
Obsada:
Sun-jae
In-cheol
Tae-su
Ocena:  5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!