Powiedzmy to na wstępie: Sacha Baron Cohen się przeliczył. Nie da się dwukrotnie sprzedać widzom tego samego filmu – zwłaszcza kiedy powtórka to marne popłuczyny pierwszej wersji. Rewelacyjnie dowcipne hasło promujące nową produkcję nieobliczalnego komika brzmiało: „Borat was so 2006”. Zdanie jakby wprost wyjęte z ust zniewieściałego austriackiego prezentera programu o modzie, bardziej homoseksualnego niż uczestnicy wszystkich parad miłości w XX wieku. Każdy rozumiał, że to przewrotny slogan – ale czy mogliśmy przypuszczać, że także czysta hipokryzja? „Bruno” kopiuje z „Borata” niemal wszystko, włącznie ze schematem „emocjonalnej” warstwy pretekstowej fabuły. Prezenter i jego telewizyjny towarzysz jadą do Ameryki, rozstają się w pół drogi, biją się, a wreszcie godzą. Który film właśnie streściłem?
Zresztą pal licho fabułę, która od początku do końca ma drugorzędne znaczenie. W prowokacyjnej działalności Cohena liczą się dwie rzeczy: czy to wszystko śmieszy i czy odsłania jakąś prawdę o świecie i ludziach. W „Boracie” (skądinąd również bardzo nierównym) odpowiedź na oba pytania brzmiała: tak. Niestety, na 80-minutowy seans „Bruno” składa się jakieś dziesięć minut dobrej komedii i siedemdziesiąt minut marnych wysiłków. Co więcej, wysiłków nieprzemyślanych i prowadzących donikąd. Kiedy przed kilkoma laty brytyjski satyryk kazał swemu kazachskiemu alter ego jechać do „U. S. and A.”, by nakręcić reportaż o kraju Wujka Sama, wszystko miało ręce i nogi. Cohen postawił sobie jasną tezę dotyczącą tamtejszego społeczeństwa, obmyślił metodę, by jej dowieść „w polu”, oraz pretekst, by bezkarnie filmować Amerykanów, którzy robią z siebie idiotów. Niektóre scenki wyszły lepiej, inne gorzej, ale każdy – czy mu się „Borat” podobał, czy nie – musiał przyznać, że film był „jakiś”, a o wąsaczu w koszmarnym garniturze wszyscy mówili. „Bruno” niestety jest kompletnie nijaki i zapewne prędko zostanie zapomniany.

Nie można zapomnieć, skąd się wzięli bohaterowie Cohena. Przecież nie powołał ich do życia na potrzeby filmów kinowych – wszyscy pojawiali się wcześniej w telewizyjnym programie „Da Ali G Show” i tam właśnie najlepiej się sprawdzali. Krótkie wywiady stawiające rozmówców w trudnych sytuacjach i wyśmiewające niejeden absurd dzisiejszego świata stanowiły idealną formę zarówno dla kazachskiego dziennikarza-ksenofoba, jak i austriackiego supergeja. W pełnym metrażu efekt się rozmywa. Było to odczuwalne już w „Boracie”, jednak tym razem aż boli. Najlepsze momenty „Bruna” to te nieliczne sceny, które wydają się samodzielnymi segmentami z dawnego programu telewizyjnego. Rozbawiły mnie „rozmowy izraelsko-palestyńskie”, przesłuchania rodziców dziecięcych modeli czy wizyta u medium. Fajne są też ciągłe angielsko-niemieckie zabawy słowne. Niestety, większość filmu jest sklecona niezgrabnie, a sekwencje raz za długie, innym razem jakby urwane w połowie – tak czy inaczej pozbawione puenty. Z prowokacyjną partyzantką „na żywca” jest tak, że akcja może się udać lepiej lub gorzej. W tym przypadku odnoszę silne wrażenie, że większość numerów zwyczajnie nie wypaliła, a przecież czymś trzeba było zapełnić film. Efekt jest zatem… delikatnie mówiąc, nie najlepszy.
Co gorsza, tym razem dominuje wrażenie sztuczności. Najczęściej obecność kamery nie jest niczym wytłumaczona, co budzi poczucie, że kolejne sekwencje są wyreżyserowane. Faktycznie ciężko stwierdzić, co autentyczne, a co nie; ekipa Cohena dezinformowała rozmówców, by filmować sceny będące częścią „prywatnego życia Bruna”. W jednym przypadku (działacz arabski podpisany jako terrorysta) dezinformuje również widzów. Wszystko to skutecznie burzy „dokumentalną” iluzję swoistego happeningu, która była siłą „Borata”.

Największy problem zostawiłem na koniec: nowa produkcja Sachy Barona Cohena to film o niczym. Nic, że kopiuje poprzednie dokonanie komika. Czort z tym, że jest chaotyczna i niezbyt śmieszna (bo znajdą się tacy, których rozbawi) oraz obliczona na szokowanie widza (bo mnie na przykład w ogóle nie szokuje). Niestety, Cohen sam nie wie, co chce powiedzieć. Jego bohater kumuluje wszystkie negatywne stereotypy o gejach, ale z wyjątkiem wielkiego finału – na który trzeba było zebrać najbardziej prymitywnych typów z amerykańskiej prowincji, obiecując im tanie piwo i fajne laski – nie wywołuje objawów homofobii. Zachowuje się jak idiota… i ludzie traktują go jak idiotę. A skoro nie na głupocie, nie na nietolerancji i nie na łatwowierności Cohen skupia ostrze swej satyry… to na czym? Czyżby film naprawdę nie miał drugiego dna i sprzedawał nam jedynie durną fabułę o prezenterze, który za wszelką cenę chciał być sławny? Wobec tego może to antypatyczny Bruno ma być postacią negatywną? Również ciężko w to uwierzyć. Pozostaje pocieszyć się wieńczącą film wyborną parodią charytatywnych piosenek – jednym z niewielu powodów, aby przy seansie wytrwać do końca.
W gruncie rzeczy bardzo się cieszę, że Ali G, Borat i Bruno musieli skończyć żywot. Sacha Baron Cohen to człowiek o dużej wyobraźni i ogromnej odwadze, bezkompromisowy w szukaniu tematów do żartów oraz ich realizacji, a przy tym świetny aktor. Tym razem nie musiał się wysilać i efekt jest kiepski. Teraz jednak będzie zmuszony zaskoczyć świat czymś nowym. Oby z powodzeniem.






2/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!