![]() |
![]() |
![]() |
Uwaga! Tekst może zawierać spoilery!
Amerykańskie remaki zagranicznych filmów to ekranowe zjawisko, którego z pewnością nie lubi żaden szanujący się miłośnik kina. Po co bowiem jeszcze raz kręcić to, co już wcześniej zostało nakręcone i to nierzadko z dobrym skutkiem? Po co poprawiać lepsze, szczególnie że z zasady remake’owi trudno jest przebić jakością oryginał? Po co w końcu w ogóle oglądać takie kopie, zważywszy na to, że często scenariusz zostaje niemal żywcem przetransponowany z oryginału, słyszymy wręcz te same dialogi, tyle że rozbrzmiewają one w zmienionych, amerykańskich realiach? Jeżeli chodzi o „Braci”, remake duńskiego „Brødre” Susanne Bier z 2004 roku, przynajmniej odpowiedź na to ostatnie pytanie jest w miarę prosta – rzeczony film warto obejrzeć dla nazwisk. Tytuł ten firmują bowiem same sławy: Jim Sheridan, Natalie Portman, Jake Gyllenhaal i w końcu Tobey Maguire, którego w swej filmowej świadomości nie kojarzę ze „Spider-Manami”, ale raczej pamiętam z „Burzy lodowej”, „Miasteczka Pleasantville”, „Wbrew regułom”, „Cudownych chłopców” i – nade wszystko – z „Przejażdżki z diabłem” Anga Lee, ciekawego, niedocenionego filmu ukazującego wojnę secesyjną od nieco innej strony, niż zazwyczaj to czyniono.
Duński oryginał oglądałam dość dawno temu i, oprócz fabuły, pamiętam tylko tyle, że film mi się podobał. Jeszcze to, że w tamtym filmie postacią znacznie ważniejszą był młodszy brat, doskonale zagrany przez Nikolaja Lie Kaasa. Tutaj jest odwrotnie – to raczej Sam Cahill, brat starszy znajduje się w centrum opowieści. Jest jakby dwóch Samów – ten sprzed Afganistanu i ten po powrocie. Pierwszy to dzielny żołnierz, przykładny mąż i ojciec, dobry syn. Zdyscyplinowany, rozsądny, odpowiedzialny, ale i uśmiechnięty, potrafiący, gdy trzeba, wygłupiać się z dziećmi i okazywać miłość żonie. Sam zawsze był „tym lepszym”, zdolniejszym, mądrzejszym, bardziej kochanym przez ojca. Tommy był „tym gorszym”, niesumiennym, niekonsekwentnym, niepoukładanym. Dziś Sam jest dobrym żołnierzem, a Tommy świeżo zwolnionym więźniem bez żadnego pomysłu na dalsze życie.
![]() |
![]() |
![]() |
„Bracia” to dramat psychologiczny, dlatego też Sheridan w myśl scenariusza Andersa Thomasa Jensena i Susanne Bier dokładnie zarysowuje kontrast pomiędzy psychologicznym profilem obu braci. Bez niespodzianek, bo to motyw stary jak księga Genesis z nieśmiertelną, archetypiczną historią Kaina i Abla, mistrzowsko sparafrazowaną później w literaturze przez Steinbecka, a w filmie przez Elię Kazana w „Na wschód od Edenu”. „Bracia”, pomimo tytułu podsyłającego jednoznaczne tropy co do punktów ciężkości, drugim „Na wschód od Edenu” zdecydowanie nie są i od relacji łączącej Sama i Tommy’ego znacznie ciekawszy wydaje się inny motyw, nieco mniej wyeksponowany i raczej ukryty w tle.
To „zarażenie wojną”, traumatyczne piętno, które eskalacja przemocy usankcjonowanej prawnie i państwowo wyciska na jednostce. Nawet jeśli przeżyje, żołnierz-ofiara wojny nigdy już nie będzie tym, kim był wcześniej. Może więc lepiej (i z pewnością znacznie prościej dla niego samego) byłoby, gdyby zginął? Wojna bierze zatem w okrutny i cyniczny nawias nawet tę starą i, wydawałoby się, bezdyskusyjną prawdę, że najcenniejszym dobrem jest życie ludzkie.
Sam wraca z Afganistanu zarażony wojną jak śmiertelną chorobą. Analogię tę podkreśla niesamowity wygląd Maguire’a, który mocno do tej roli schudł i rzeczywiście wygląda jak ktoś ciężko chory fizycznie – zapadnięta, szara twarz, bezkrwista cera, sine cienie pod oczami, wystające łopatki. Albo jak zombie, żywy trup – wcześniej potrafił śmiać się, kochać, po prostu czuć, teraz już tego nie umie, choć bardzo się stara. Sam ma typowe, automatyczne ruchy żołnierza – po powrocie z Afganistanu przypomina bezdusznego cyborga, pustą skorupę. Jest już tylko ciałem, z którego tam wydrążono duszę.
![]() |
![]() |
![]() |
Co ciekawe, wojna jako śmiertelna choroba zabija nie tylko Sama – także jego bliskich. Za pośrednictwem „zarażonego” nosiciela destrukcyjny wirus rozprzestrzenia się również w jego otoczeniu, niszczy zdrową tkankę rodziny. I to nie pierwszy raz. Tommy podkreśla w rozmowie z ojcem i stary, zasadniczy Hank potem również to przyznaje – gdy on sam wrócił z Wietnamu, zachowywał się podobnie jak Sam, zresztą to właśnie zachowanie ojca leży u podłoża egzystencjalnych kłopotów młodszego z braci.
Wojna jest zatem piętnem przenoszonym z pokolenia na pokolenie, to bakcyl zła, które nigdy nie umiera. Sheridan interesująco pokazuje zamknięty mikrokosmos rodziny, jakby wypreparowany z otoczenia zewnętrznego (znamienne jest to, że w filmie nie ma bohaterów „spoza” – Cahillowie nigdy nie są pokazywani w interakcjach innych niż rodzinne, choćby w tak banalnych, codziennych sytuacjach jak np. w sklepie). W ten wewnętrzny, zamknięty świat nagle uderza czynnik obcy i wrogi – wojna, która nie do poznania zmienia Sama. Straszne doświadczenie, jakie „tam” stało się jego udziałem sprawia, że wraca on bowiem jako całkowicie obcy człowiek.
Po raz kolejny potwierdza się ukazana choćby ostatnio w „Hurt Lockerze” prawidłowość, że kto raz zajrzał już śmierci w oczy, nie może potem żyć normalnie. Nie dla niego odnowiona, jasna kuchnia z drewnianymi szafkami, nie dla niego miękki chłód domowej pościeli, codzienne rozmowy o niczym (lub nawet o czymś) z żoną i dziećmi. Gdy widziało się (i doświadczyło) ludzkiego piekła, trudno przejąć się domowymi problemami. Szaleństwo Sama, bardzo sugestywnie oddane w nieruchomym, pustym spojrzeniu Maguire’a i jego automatycznych ruchach żołnierza-żywego trupa, uderza w całą rodzinę. Jak kamyk rzucony do stawu wywołuje rozchodzące się kręgi. Wydaje mi się, że właśnie w wyeksponowaniu tego motywu należy w „Braciach” szukać autorskiego piętna Sheridana, którego wcześniejsze filmy też mają przecież często przesłanie wiążące się z niszczącą siłą przemocy.
![]() |
![]() |
![]() |
Obcowanie ze złem zatem zaraża, niszczy, sprawia, że człowiek, chcąc nie chcąc, sam staje się zły. Ponieważ jednak, według niektórych teorii, w świecie panuje swoista równowaga, bracia niepostrzeżenie zamieniają się rolami. Tommy staje się „tym dobrym”, tym, na którym można polegać i na którego można liczyć, Sam zaś zostaje „tym złym”, nieopanowanym, groźnym i niebezpiecznym. Ot, przewrotność losu, który pokazuje w ten sposób, że w życiu nie ma nic stałego, że człowiek nie jest monolitem, lecz sam przed sobą skrywa wiele niespodzianek, także psychologicznych.
„Bracia” z pewnością nie są arcydziełem – najnowszemu filmowi Sheridana można zarzucić kilka potknięć. Chociażby postać Tommy’ego – od samego początku zdajemy sobie sprawę, że młodszy brat na pewno nie jest zły, a jedynym jego grzechem, bez wątpienia nie śmiertelnym, jest lekkomyślność, zagubienie i brak pomysłu na życie. Wynika to trochę z decyzji obsadowej – trudno (mi przynajmniej i przynajmniej ostatnio) wyobrazić sobie Jake’a Gyllenhaala grającego czarny charakter, co nie znaczy, że jego występ w roli Tommy’ego jest porażką. Wręcz przeciwnie, poczciwookiemu Jake’owi udało się nasycić postać młodszego brata swoistą, naturalną serdecznością i ciepłem. Tyle że – znów bez niespodzianek… A chyba ciekawiej byłoby, gdyby Tommy był na początku kimś rzeczywiście złym, gwałtownym, agresywnym, albo choćby nieprzewidywalnym (przedsmak takiego rozwiązania daje jedna, jedyna scena, kiedy to młodszy brat, sprowokowany przez ojca, z gniewem uderza pięścią w stół). Druga sprawa – żeby nie spoilerować, nie będę dokładnie pisać, co i jak, ale w kluczowym momencie związanym z traumatycznym wydarzeniem z Afganistanu niezbyt przekonuje mnie zachowanie Sama. On, taki twardy, nieporuszony, wydawałoby się, pozbawiony słabości i lęku, nagle zachowuje się tak, jakby uległ, niemal bez protestu daje się zmusić do czegoś okrutnego…
Takich psychologicznych uproszczeń i nieścisłości nie ma jednak w „Braciach” zbyt wiele, nie są też specjalnie rażące, nie widać także szczególnie typowych dla remake’ów spłyceń i prób ucieczki od trudnych tematów. Jest za to wciągająca fabuła, sporo psychologii (nawet jeśli nieco uproszczonej w stosunku do duńskiego oryginału) i dobre aktorstwo sprawiające, że w bohaterów i ich dylematy po prostu się wierzy.

















7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Ciekawa recenzja – trudno się nie zgodzić. Ja jednak oceniam ten film nieco niżej, bo mimo wszystko zostało to zrobione bardzo przewidywalnie i po łebkach, w dodatku w większości zupełnie nie rusza widza – ot, jest sobie i tyle. Takie Okruchy życia (czy jak to się tam nazywało) na dużym ekranie. MefistoCytuj
Jest coś w tym, co piszesz o schematach i przewidywalności (np. właśnie w kwestii nakreślenia relacji pomiędzy braćmi, relacji pomiędzy nimi a ojcem i w wątku: bracia – Grace). Oceniłam film jednak dość wysoko głównie ze względu na aktorstwo (dobra Portman, Gyllenhaal i niesamowity Maguire – on swoją twarzą, spojrzeniem, gestami itd. dopowiada to wszystko, czego zabrakło (?) w scenariuszu, wypełnia i pogłębia to, co tu może być płaskie, stąd też nieco inną jakość, ciekawszą od wątku „braci”, wnosi wątek wojenny – w nim zresztą trudno o przewidywalność, przynajmniej pewnego momentu, jeśli się nie widziało oryginału). cziczioCytuj
Mam zupełnie inne odczucia jeżeli chodzi o Maguire`a. Cały czas mam przed oczami obraz Ulricha Thomsena i Tobey wypada w porównaniu z nim jak jakiś podrzędny aktorzyna, za mało charyzmy i tego „czegoś”.
Co do całego filmu to bardzo marna zżynka z oryginału. Nie warto się nim interesować, chyba, że ze względu na te gwiazdki, ale moim zdaniem się one nie popisały. RodionCytuj
Może po prostu obejrzałeś oba filmy w niedalekim odstępie czasu, oryginał rzeczywiście robi wrażenie, także dlatego, że cała historia jest wciągająca i trudno orzec, w jakim kierunku się rozwinie – nie wykluczam, że w takim przypadku remake może wypaść jak remake (czyli w naturalny sposób znaleźć się na gorszej pozycji). Pomimo tego będę upierać się, że to całkiem dobry film, a „marne zżynki” to raczej „dziełka” pokroju niesławnego „Psychola” – tu wyczuwa się, że Sheridan chce dodać coś od siebie… cziczioCytuj
To prawda, oba filmy obejrzałem w przeciągu może miesiąca, może nawet krócej. Ba, gdyby nie ten film zapewne tak szybko nie dotarłbym do jego duńskiego pierwowzoru i za to mu chwała.
Piszesz, że Sheridan, twórca takiego arcydzieła jak „W imię ojca”, chciał tutaj dodać coś od siebie, ale chyba tylko chciał, bo mógł przecież wymyślić zupełnie inną historię i zrobić zupełnie inny film zamiast łapać się za „gotowca”. Oby to tylko jednorazowy wybryk. RodionCytuj