Filmów osadzonych w czasach drugiej wojny światowej, podejmujących tematykę Holokaustu, było już mnóstwo, a od czasu „Listy Schindlera” Spielberga trudno już stworzyć w tej dziedzinie coś równie poruszającego i nowatorskiego (podobne wrażenie wywarł na mnie już tylko dziewiąty odcinek „Kompanii braci”, ukazujący wyzwolenie niewielkiego obozu koncentracyjnego pod Landsbergiem). Tymczasem w 2008 roku ukazała się ekranizacja wydanej o dwa lata wcześniej powieści Johna Boyne’a, która przeczy tezie, iż wszystko, co było do powiedzenia w kwestii Zagłady, zostało już powiedziane.
Chciałbym zaznaczyć już na początku: „Chłopiec w pasiastej piżamie” jest na Zachodzie przeznaczony dla widzów od lat trzynastu, co oznacza, że nie uświadczymy dosadnie pokazanych scen egzekucji ani ciężkiego, ponurego, przesiąkniętego śmiercią klimatu. Cóż, można na to narzekać, lecz z drugiej strony zdaje się, że w tym przypadku nie chodzi jedynie o kaprysy producentów, ale o chęć przybliżenia tej tematyki młodszym, którzy nie udźwignęliby jeszcze ciężaru mocniejszych obrazów.

Bohaterem, któremu towarzyszymy niemal nieprzerwanie przez cały czas, jest ośmioletni Bruno. Zwyczajny to chłopiec, o właściwym dla tego wieku pociągu do beztroskiej zabawy. Jest druga wojna światowa, lecz w jego rodzinnym Berlinie zupełnie się tego nie odczuwa, życie płynie swoim spokojnym nurtem. Spokój ów zostaje zburzony, gdy ojciec chłopca dostaje awans, co wiąże się z przeprowadzką na wieś. Wraz z rodzicami i starszą siostrą mały Bruno zmuszony jest zaaklimatyzować się w nowym, monotonnym środowisku. Z czasem odkrywa, że nowa praca jego taty ma coś wspólnego ze znajdującym się nieopodal dziwacznym miejscem, które wygląda jak jakaś farma, z taką jednak różnicą, że ogrodzona jest drutem kolczastym, a jej pracownicy chodzą nieustannie w śmiesznych, pasiastych piżamach…
Z czasem dziecko, wymykając się z domu, zaprzyjaźnia się ze swoim żydowskim rówieśnikiem, przebywającym w obozie Shmuelem, z którym rozmawia rozdzielony ogrodzeniem. To właśnie jedna z głównych zalet filmu nieznanego mi do tej pory brytyjskiego reżysera Marka Hermana: spojrzenie na obozy zagłady i ideologię nazistowską oczami małego dziecka. Mały człowiek w swojej czystości, nieskalanym żadnymi odgórnie narzuconymi ideologiami spojrzeniem na świat, próbuje na swój sposób wyjaśnić sobie rzeczy, które widzi. Wprawia przez to w konfuzję swoich rodziców, którzy nie potrafią odpowiedzieć w zadowalający sposób na jego pytania i wątpliwości. Następuje zderzenie dwóch światów: dziecka, które jest otwarte na wszystkich, pozbawione wszelakich uprzedzeń, i dorosłych, którzy zdają się do końca nie rozumieć tego, co robią, zaślepieni propagandą, nie próbują się nawet zastanowić nad swoimi czynami, uznając to za normalny porządek świata.

Jest w filmie pewna scena, która w świetny sposób piętnuje ignorancję ówczesnych niezaangażowanych bezpośrednio w działania wojenne Niemców. Otóż oglądają oni w domu komendanta film propagandowy, ukazujący życie w obozie koncentracyjnym jako beztroską sielankę, gdzie dorośli z radością oddają się pracy, a dzieci zabawie. Wszystkim zapewnione jest to, co potrzebne do godziwego życia. Bruno, podejrzawszy ten film, uznaje, że tak jest w istocie i nie może zrozumieć, dlaczego wspomniany żydowski chłopiec żalił się na jakiekolwiek niewygody. To bardzo wymowny wątek, bowiem widać w tym momencie, że dorośli poddając się propagandzie, są jak naiwne dzieci, które reagują dokładnie tak jak ów ośmiolatek. To, co Boyne w swej powieści najbardziej uwypuklił w zachowaniu niemieckich obywateli i co całkiem nieźle oddano w ekranizacji, to właśnie ich ignorancja i niechęć do samodzielnego myślenia. I w gruncie rzeczy właśnie o tym zdaje się być ten film.
Warto wspomnieć, że „Chłopiec w pasiastej piżamie” zawiera dość zaskakujące zakończenie, zwłaszcza jak na obraz, który początkowo zdaje się być trochę ugrzeczniony i ostrożny w przedstawianiu okrucieństwa. Oczywiście nie zdradzę nic na jego temat (choć obeznani z książkowym pierwowzorem wiedzą już, o co chodzi), lecz w tym miejscu apeluję: uważajcie na wszelkiego rodzaju spoilery, zwłaszcza, że wielu odbiorców odczytuje ten film właśnie przez pryzmat zakończenia, nie powiem, dość mocnego i grającego na emocjach. To w nim jest większość „siły rażenia” tej opowieści.

Niestety, gdyby odjąć świetny finał, film, poza kilkoma błyskotliwymi scenami, byłby już najwyżej przeciętny. Tym, co razi najbardziej, jest szablonowość postaci, które nie mają w sobie tej iskry, sprawiającej, że traktowalibyśmy je jako pełnokrwiste, wiarygodne osoby, a nie tylko owoc scenariusza (który potraktował postaci dość niedbale) i zaledwie poprawnej gry aktorskiej. Dużo też tutaj uproszczeń, także w zachowaniach bohaterów czy dialogach. Być może tak właśnie miało być, w końcu powieść również była podobnie skonstruowana. Może więc jest to próba przeniesienia sposobu widzenia świata przez dziecko na papier i ekran? Mnie jednak to nie przekonało. Niektórych razić też może wspomniana kategoria wiekowa, lecz w moich oczach w tym wypadku jest zaletą, gdyż dzięki temu będę mógł ten film pokazać kiedyś memu dorastającemu dziecku, nie czekając aż podrośnie do „Listy Schindlera”. Można więc potraktować „Chłopca…” jako łagodne wprowadzenie do niezwykle trudnego tematu.
Film zdążył już narobić nieco szumu na Zachodzie, natomiast w naszym kraju premiera kinowa będzie miała miejsce dopiero w marcu zbliżającego się roku. Niemniej, co raczej niespotykane, już dziś możecie zaznajomić się z tym zacnym filmem, bowiem jego premiera na DVD miała miejsce w Polsce pół roku temu.
Bez względu na spore uproszczenia i nieco infantylny klimat, polecam. O tym będzie jeszcze głośno.





7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!