![]() |
![]() |
![]() |
Przez większą część filmu Christina Ricci jest półnaga – nosi skąpe majteczki i bluzeczkę ledwo zasłaniającą piersi. W dodatku jej drobne ciało oplata potężny, osiemnastokilogramowy, żelazny łańcuch. Wszystko razem stanowi obraz jakby żywcem wzięty z pornograficznej fantazji sadysty rodem z kina klasy B, ale pozostaje dramaturgicznie uzasadnione. Właśnie w ten sposób – przykuwając do kaloryfera – religijny farmer Lazarus (Samuel L. Jackson) pragnie wyleczyć z niebezpiecznej przypadłości znaną w całym miasteczku nimfomankę, Rae Lou. Dziewczyna jest w drastyczny sposób uzależniona od seksu – po wyjeździe ukochanego Ronniego do wojska w zastraszającym tempie popada w autodestrukcję. Alkohol, narkotyki, przygodne kontakty erotyczne, samotność i pogarda otoczenia…
Lazarus też nie ma lekko. Odchodzi od niego ukochana żona (co gorsza, do innego mężczyzny, jakby tego było mało – rodzonego brata naszego bohatera) i farmer dziwaczeje, całe dnie spędzając w swym domku na odludziu. Pewnego dnia schodzą się ścieżki jego i nieszczęśliwej dziewczyny – Murzyn znajduje ją przy drodze, pobitą do nieprzytomności, w dodatku z zapaleniem płuc. Zamiast zawieźć do szpitala, zawiadomić policję lub choćby kogokolwiek, nic nikomu nie mówiąc zabiera Rae Lou do swojego domu, gdzie roztacza nad kobietą troskliwą opiekę. Kiedy dowiaduje się, kim jest tajemnicza nieznajoma – postanawia razem z ciałem uleczyć także jej duszę. Dodajmy, że w bardzo niekonwencjonalny, wspomniany na wstępie sposób… Kicz? Nie, blues…
Film stanowi bowiem dwugodzinną wizualną wariację na temat istoty tego gatunku muzyki zrodzonego z pieśni udręczenia czarnych niewolników na spalonych słońcem plantacjach Południa. Tradycyjny blues to lament zrozpaczonej duszy, zdradzonej, zawiedzionej, udręczonej samotnością, cierpiącej z miłości, zazdrości, tęsknoty czy samotności – najczęściej ze wszystkich tych powodów razem. Nie bawi się w subtelne wyrafinowania synkopowanych finezji jazzu – to wyrwany z piersi krzyk żalu, wyartykułowany w przeciągłym, zawodzącym jęku melancholii. To muzyka tych, którzy nie mają już nic do stracenia – jak Lazarus i Rae.
![]() |
![]() |
![]() |
Ale blues to także pieśń namiętności, pełna żaru artykulacja pożądania wyrażona chociażby w słowach klasyka Willie Dixona – I don’t want you to be true. I just wanna make love to you. W którą stronę potoczy się historia współczesnego Hioba i Marii Magdaleny z Południa – czy będzie to przesycona seksem opowieść o pokusie? Czy Lazarus ulegnie Rae tracąc tym samym własną duszę? Craig Brewer umiejętnie podsuwa tropy i zarysowuje kolejne ścieżki, jakimi mogłaby podążyć ta opowieść. Groteskowe przerysowania zachowań i emocji oraz czytelne odniesienia religijne przybliżają zaś nie tylko istotę bluesa, ale także uniwersalną duszę amerykańskiego Południa. Taką, jaką jest dziś i taką, jaką było przed laty, w czasach, kiedy nad plantacjami echem niosły się pieśni. Tutaj jakby zatrzymał się czas – historia Rae Lou i Lazarusa mogłaby wydarzyć się zarówno teraz, jak i przed dwudziestoma laty. Opowieści utkane z miłości, pożądania i zdrady są przecież wieczne…
Ten film działa na widza tak jak muzyka – odbiera się go przede wszystkim na poziomie emocji. A te mogą być skrajne – albo zaakceptujemy typowe dla konwencji przerysowania i przejaskrawienia, w które zresztą umiejętnie wpleciono czarny humor, więc i tak nie są dosłowne – albo też odrzucimy ten film, przyczepiając mu etykietkę nieuleczalnego kiczu. To drugie jednak chyba tylko jeśli nie kręci nas blues. Bo i samej muzyki w filmie jest pod dostatkiem – to jakby drugi, tak samo ważny, ukryty w tle bohater. Klasyczny „deep blues” z Delty Mississippi (Jessie Mae Hemphill, R. L. Burnside) występuje obok brzmień nowocześniejszych, ale utrzymanych w tradycyjnym stylu, jak na szanujący się blues przystało (the Black Keys).
Jest jeszcze Samuel L. Jackson, który specjalnie dla potrzeb filmu nauczył się grać na gitarze i śpiewa tu kilka piosenek – w tym tytułową, w bardzo sugestywnej scenie, w której kolejne gitarowe riffy i akordy przeplatają się z odgłosami burzy i z powracającymi wizjami przerażonej Rae Lou. „Black Snake Moan” stanowi bowiem balladową nić przewodnią całego filmu – zawsze, kiedy do ludzkiego serca zakrada się zło, słychać złowrogi syk czarnego węża. Symbolizuje on wszystkie zapętlenia i uwikłania, mroczną stronę duszy, której nie brakuje zarówno Rae, jak i Lazarusowi. Są jak łańcuch – ten osiemnastokilogramowy – który zresztą również stanowi groteskowo-czytelną metaforę uwięzienia nieszczęsnej dziewczyny przez zgubny nałóg seksu. Lazarus, siwiejący farmer, były bluesman, który od lat nie grał dla nikogo, staje się jej uzdrawiającym terapeutą z bożej łaski (wymowna metaforyczna scena uwolnienia z pęt żelastwa). Czarny Pigmalion z Południa tworzy swoją Elizę Doolitle, a przy tym sam pomaga sobie w swych własnych uwikłaniach…
![]() |
![]() |
![]() |
Ten znany, konwencjonalny schemat opowieści o nieoczekiwanej przyjaźni dwojga jakże różnych, a jednak w pewien sposób podobnych osób, wybrzmiewa tu jednak świeżo i nie trąci fałszywym przekombinowaniem, jak to się często zdarza. Nie tylko za sprawą muzyki i interesującej scenerii, nie tylko dzięki żartobliwemu dystansowi tworzącemu wybuchową mieszankę z wodospadami skrajnych uczuć. Także ze względu na aktorów. Christina Ricci lubi takie role, świetnie odnajduje się w neurotyczno-histerycznych światkach nie do końca normalnych dziewcząt (taka była chociażby w „Prozac Nation” czy „Buffalo 66”). Taka jest oczywiście również Rae Lou – z założenia przerysowana, momentami groteskowa i przerażająca, chwilami sex machine, chwilami skrzywdzone dziecko o wielkich oczach, na dnie których czai się szaleństwo gotowe za moment wybuchnąć szyderczym śmiechem, żałosna, złachmaniona, upokorzona karykatura amerykańskiej słodkiej piękności – dziewczyna, którą każdy może mieć za jeden uśmiech. Jej finałowa przemiana niekoniecznie w pełni przekonuje, ale kto powiedział, że jest definitywna – Rae Lou na pewno jeszcze niejeden raz usłyszy syk czarnego węża. Teraz już jednak będzie wiedziała, że nie musi pójść za jego głosem…
Także Samuel L. Jackson, który ostatnio grał jakby ciągle tę samą rolę – dobrą, ale monotonną, jest tu interesujący – posiwiały, dojrzały samotnik, który może być zarówno wcieleniem anioła, jak i demona, do pewnego momentu kryjący w sobie pewien rys dwuznaczności. Potem wątpliwości co do jego intencji zostają rozwiane, ale postać i tak przykuwa uwagę – zarówno ze względu na kreację aktora, jak i na samo miejsce Lazarusa w tej interesującej, dobrze napisanej historii. Jedną z jej zalet jest również to, że do końca nie mamy pewności, czy aby wszystko nieoczekiwanie nie zakończy się tragedią, do której jakby wszystko zmierza. W mrocznym świecie bluesa karą za zdradę bywa przecież śmierć…
Płomienne emocje sięgające ekstremum życia i śmierci, balansujące na granicy groteskowego przerysowania, łzy, zdrada, seks, niszczące uwikłania i uzdrawiająca moc zwykłej-niezwykłej przyjaźni z bluesem w tle (a czasem na pierwszym planie). Niekonwencjonalna, świeża, doskonale zagrana historia z interesującym scenariuszem – dla wszystkich, którzy czują bluesa…














8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!