![]() |
Ameryka to ciekawy kraj. Wystarczy jeden nieprzemyślany ruch, żeby budowana od lat sympatia widzów i prasy zwróciła się o 180 stopni. Doświadczyła tego przed laty Sinead O’Connor, boleśnie odczuł w zeszłym roku Tom Cruise, w końcu ze skutkami swoich czynów musiała się zmagać również osoba bezpośrednia związana z niniejszą recenzją, czyli Mel Gibson. Słynny Australijczyk swoją przygodę z reżyserią rozpoczął od dość kameralnego „Człowieka bez twarzy”, ale jak ryba w wodzie poczuł się dopiero, kiedy sięgnął po tematykę historyczną. Rozpoczął mocno, bo od wytknięcia Anglikom spraw, z których zapewne nie są dumni. Jednak ukazanie ich okrucieństwa w filmie „Waleczne serce” nie tylko uszło mu płazem, ale wręcz zostało nagrodzone. Zebranie kilku Oskarów, w tym za najbardziej prestiżowe dla reżysera kategorie, czyli najlepszy film i reżyserię to całkiem niezły wynik jak na aktora, który dopiero oswajał się z pracą po drugiej stronie kamery.W następnym projekcie postanowił wymierzyć razy Żydom i to już wiązało się z większymi dlań problemami. W końcu zadarcie z wpływową w Hollywood grupą to dla większości reżyserów oznaka głupoty i zaniku instynktu samozachowawczego. Dodajmy do tego zeszłoroczne wypowiedzi w alkoholowym amoku i oto mamy artystę, który własnoręcznie ukręcił stryczek na swój medialny lincz. „Apocalypto” jest już znacznie ostrożniejszym projektem, reżyser naraża się w nim co najwyżej historykom, a na nich przecież i tak mało kto zwraca uwagę. Jak powszechnie wiadomo, nudniejsi są już tylko fizycy i matematycy.
Bohaterem filmu jest młodzian z plemienia Majów o jakże atrakcyjnym medialnie imieniu: Łapa Jaguara. Normalnie kariera na arenach kickboksingu murowana – szkopuł w tym, że bohater preferuje lekkoatletykę, a dokładnie sprint i maraton. Poznajemy go w czasie polowania na tapira, w którym uczestniczy wraz z ojcem i kilkoma innymi mieszkańcami swojej wioski. Obserwujemy codzienne życie Majów, ich podśmiewanie się z mało rezolutnego towarzysza oraz prozę dnia codziennego, czyli łowy, rozdzielanie pożywienia i tym podobne sprawy składające się na niespieszną egzystencję gdzieś w środku dżungli. Ten spokojny obrazek dosyć szybko zostaje zakłócony splądrowaniem osiedla przez łowców niewolników, którzy wszystkich dorosłych mieszkańców porywają do majańskiej metropolii. Kobiety zostają sprzedane do niewoli, zaś mężczyźni poświęceni na ołtarzu jako ofiary krwawych rytuałów. W wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności, dzięki woli walki i niezaprzeczalnemu sprytowi bohaterowi udaje się jednak wyrwać z rąk oprawców i uciec w głąb dżungli, przez którą musi się przedrzeć, żeby dotrzeć do swojej ciężarnej kobiety i malutkiego syna. Oczywiście zostaje wysłana za nim grupa pościgowa. Znajduje się w niej dwójka żądnych krwi wojaków, którym nasz dzielny młodzian nieźle się naraził.
![]() |
Ciekawa sprawa – część z widzów nie zdążyła dotrwać do momentu zawiązania akcji i rozpoczęcia pościgu. Po prostu zwyczajnie opuścili salę kinową. Nie wiem, co bardziej się do tego przyczyniło: początkowo niespieszne tempo filmu, czy też jego większa, niż standardowa dawka przemocy. Gibson nie ogląda się na gusta masowego widza, nie zważa na ograniczenia wiekowe (które znacznie zawęziły przecież grupę odbiorców) śmiało podąża w kierunku, który rozpoczął już w „Walecznym sercu”, a rozwinął w „Pasji”. Charakteryzuje się ono brutalnym realizmem i dążeniem do możliwie jak największego autentyzmu w oddaniu klimatu ukazywanych czasów (np. wykorzystanie martwych już, albo mało znanych języków). W „Pasji” to się nieźle przyjęło, ponieważ większość katolików – nawet, jeżeli są takowymi jedynie z nazwy – musiało obejrzeć ten film, żeby spróbować chociażby otrzeć się o misterium męki pańskiej. Z „Apocalypto” ten numer już nie zadziała, gdyż tematyka ta jest bliższa znacznie mniejszej grupie odbiorców, a przy braku minimalnego chociażby zainteresowaniu cywilizacjami prekolumbijskimi, forma, w jakiej został zaprezentowany film może dla wielu widzów okazać się zwyczajnie niestrawna. I oto mamy wyjaśnienie owych tajemniczych ewakuacji z sali kinowej.
Mnie osobiście Majowie, Aztekowie i cała reszta tej półnagiej bandy od dzieciństwa interesowali, fascynację tę wzmacniały jeszcze książki szwajcarskiego pisarza Ericha von Danikena, więc możliwość podpatrzenia życia codziennego tego ludu nawet w rekonstrukcji, oznaczało jedynie czystą przyjemność. Daleko mi do miana znawcy tematu, więc rzekome błędy wytykane reżyserowi przez historyków zupełnie mnie nie raziły. Szczerze mówiąc, po prostu ich nie dostrzegałem. „Apocalypto” okazało się przyjemną, ponad dwugodzinną wędrówką do nieznanego świata, miejsca, które jeszcze nie zdążyło zostać skażone obecnością raperów i Paris Hilton.
Po premierze pojawiło się wiele zarzutów piętnujących brutalność filmu, do których należałoby się ustosunkować – oczywiście, że przemoc jest obecna, jednak ani przez chwilę nie czułem się zniesmaczony tym, co widziałem. Agresja była istotnym elementem tego świata i odtworzenia tego elementu w imię maksymalnego realizmu w konstrukcji owego zapomnianego świata wcale nie odczuwam jako żerowania na taniej sensacji. Oskarżenia o nieuzasadnioną tejże eskalację również uważam za chybione. W czasach, gdy na posiłek nie musimy własnoręcznie polować, a ludzi zabija się przez „estetyczne” wpakowanie im w ciała kawałka metalu wystrzelonego z błyszczącego magnum, sceny pokazane w filmie mogą się wydawać ostre i brutalne. Czy należy jednak obwiniać reżysera za to, że postanowił ukazać ów nieodłączny składnik tamtejszego dnia codziennego?
![]() |
Wina reżysera leży za to gdzie indziej. W filmie pojawiają się przesłanki sygnalizujące, że Gibson miał ambicję ukazania alegorii pomiędzy upadkiem cywilizacji Majów, a tym, do czego zmierza homo sapiens w XXI wieku. Niestety, zrobiono to nieumiejętnie i pomimo, iż wielu recenzentów ochoczo rozpływa się nad tym elementem filmu, tak naprawdę jest to wymuszone dorabianie ideologii i wyręczanie reżysera tam, gdzie on zawiódł. Wyraźnie widać, że twórca nie tylko chciał odtworzyć na ekranie prekolumbijskie realia, ale zamierzał jeszcze załączyć dla współczesnego widza ważną wiadomość. Sam Gibson niejednokrotnie zapewniał o tym w wywiadach. Najwyraźniej jednak za bardzo skupił się na rekonstrukcji i zabrakło mu już energii, aby dopracować treść wspomnianego przesłania. Rzucane jakby od niechcenia dialogi i robiąca niewątpliwe wrażenie sekwencja w metropolii to za mało, żeby z czystym sumieniem stwierdzić, że teraz już wiemy, dlaczego owa tak wysoko rozwinięta kultura upadła i w jej zagładzie odczytać przejmujące ostrzeżenie dla nas, współczesnych. W temacie tkwił niewątpliwy potencjał, tym większa szkoda, że nie został on w pełni wykorzystany. Niejeden widz zapewne po obejrzeniu filmu odda się interesującym refleksjom, temat skłania do dyskusji, ale nazbyt wiele zostało pozostawione naszej interpretacji i domysłom. Dla jednych może to być plusem, moim zdaniem świadczy jednak o niedopracowaniu przez twórcę projektu na etapie scenariusza.
Produkcja chwilami zgrzyta również pod względem logiki. Szczególnie w scenie pościgu traktowani jesteśmy zbyt wieloma absurdami. Słabo zadbano o zapewnienie chociażby minimalnej dawki prawdopodobieństwa już od samej sekwencji ją otwierającej. Grupa ścigająca w zależności od potrzeb jest na tyle daleko od bohatera, żeby ten zdążył zabawić się w McGyvera i na tyle blisko, żeby w kilku innych scenach był w zasięgu łuku. Oczywiście należy to wpisać do konwencji kina przygodowego, niemniej wielu innych twórców skutecznie udowodniło, że nonsensy logiczne można sprzedać na dwa sposoby: przekonujący i nieprzekonujący. Gibson niestety zbyt często korzysta z tego drugiego. Trzeba mu jednak sprawiedliwie oddać to, że scena pościgu nakręcona została sprawnie, ogląda się ją bez znużenia, chwilami wręcz z emocjami, a o nie coraz ciężej we współczesnym kinie przygodowym. Całość cieszy przy tym oko i nie ulatuje z głowy zaraz po zakończeniu filmu.
Sporo zalet, sporo wad… Czy więc właściwie warto obejrzeć ten film? Moim zdaniem tak. Nie jest to jednak produkcja, która przypadnie do gustu każdemu. Wyraźny spadek napięcia w połowie filmu, brutalność, której reżyser nie szczędził widzowi oraz tematyka, która nie każdego zdoła zaciekawić, każe mi ostrzec potencjalnego widza i stwierdzić, że film ten powinien oglądać na własna odpowiedzialność. Ja bawiłem się świetnie, wolniejsze tempo było ceną, jaką reżyser zapłacił za wierniejsze przedstawienie realiów skrzętnie odtwarzanego świata (to samo dotyczy brutalności). „Apocalypto” jako ostatni kinowy seans roku 2006 w moim przypadku sprawdził się zadowalająco. Czy równie przyjemny okaże się dla was w 2007 roku? Tego zagwarantować nie mogę, ale spróbować powinniście…








7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!