U progu sławy (Almost Famous) – Sex, kłamstwa i rock and roll

Kategoria: Recenzje
Almost Famous
Almost Famous
Almost Famous

„Rock is dead”. Zdanie to już od trzydziestu lat powraca na usta wszelkiej maści krytyków, muzykologów i innych indywiduów. A jednak muzyka rockowa stale odradza się niczym feniks z popiołów, udowadniając samozwańczym prorokom, że wieści o jej śmierci były grubo przesadzone. Zostawmy jednak czasy współczesne i cofnijmy się do lat siedemdziesiątych, kiedy to po raz pierwszy zaczęto głośno mówić o rychłej śmierci gatunku, który wypromował całe kohorty długowłosych szarpidrutów oraz podążających za nimi niczym cień zastępów młodych dziewuch, gotowych dla swoich idoli zrobić wszystko. O tych właśnie czasach opowiada film Camerona Crowe’a „U progu sławy”.

Życie Williama Millera nie jest łatwe. Od najmłodszych lat stanowi obiekt drwin otoczenia. A trzeba przyznać, że przez całą szkolną karierę wyjątkowo się na nie nadstawiał, przy czym nierzadko robił to nieświadomie. Nie dosyć, że jest osobą raczej fajtłapowatą i momentami nieporadną, to jeszcze z chwilą przyjścia na świat obarczony kłopotem w postaci matki, o której poglądach życiowych powiedzieć, że są dosyć oryginalne, to jak stwierdzić, że nasza para prezydencka wygląda dość mało reprezentacyjnie. Pani Miller chroni swoje dzieci przed zgnilizną czającą się w tekstach dekadenckich rockowców, obchodzi Boże Narodzenie we wrześniu, żeby uniknąć komercjalizacji tego święta, a swego syna nie tylko posyła o rok wcześniej do szkoły, ale od razu zapisuje go do drugiej klasy, żeby oszczędzić mu mało rozwijającego programu nauczania pierwszoklasistów, który już dawno przerobiła z nim sama. Jakby tego było mało, przez jedenaście lat nie raczy mu wspomnieć o tym, że jest młodszy od swoich kolegów z klasy o dwa lata. W okresie, kiedy zaczynają się pojawiać pierwsze oznaki dojrzewania, jest to dosyć znacząca różnica, mogąca nastolatkowi przysporzyć sporo kłopotów. Młody William nie przejmuje się jednak tymi wszystkimi przeciwnościami, ponieważ znalazł w swoim życiu prawdziwą pasję, a jest nią pisanie o muzyce. Na zlecenie redaktora magazynu „Creem” udaje się na koncert zespołu Black Sabbath, z którym ma przeprowadzić wywiad. Ze zleconego zadania się nie wywiązuje, ale przy okazji poznaje młodych muzyków grupy Stillwater oraz ich groupies, którym przewodzi niejaka Penny Lane. William z nowymi znajomymi wyrusza w trasę koncertową, zamierzając napisać swój pierwszy artykuł dla magazynu „Rolling Stone”. Podróż, początkowo planowana jedynie jako kilkudniowa przygoda, zamienia się w dłuższą eskapadę młodego dziennikarza, podczas której pozna on smak życia na pełnych obrotach, zazna uroku pierwszej miłości, a do tego niejako mimochodem nabierze sporo doświadczenia życiowego…

Almost Famous
Almost Famous
Almost Famous

U progu sławy” jest chyba najbardziej osobistym filmem ze wszystkich nakręconych przez Camerona Crowe’a. Przy pisaniu scenariusza oparł się na wspomnieniach ze swojej młodości, kiedy to sam, zafascynowany muzyką rockową, pisywał artykuły. Początkowo robił to dla niewielkich gazetek lokalnych, żeby z czasem – jeszcze jako nastolatek – zostać pracownikiem „Rolling Stone’a”. Jak sam później żartował, udało mu się to głównie dlatego, że dysponował wyjątkowo jak na ten wiek niskim głosem. Reżyser musiał bardzo kochać tamten okres życia, ponieważ powracając do niego w filmie, stworzył ciepłą, sentymentalną i niezwykle klimatyczną opowieść o czasach, kiedy rock rządził muzycznym światem. Nie oznacza to jednak, że nie pokusił się przy okazji o słowa krytyki. Krytyki skierowanej przede wszystkim w stronę muzyków, którzy pozwolili, żeby ideały, jakimi początkowo kierował się rock, uległy komercjalizacji i wymogom masowego rynku. Muzyków, którzy w swym narcyzmie i egocentryzmie zapominali o prawdziwym sensie tak często wypowiadanych słów, o zwykłej radości z tworzenia i o tym, że robią to przede wszystkim dla fanów. Crowe’owi daleko jednak do wojującego z wiatrakami zaprzysiężonego wroga komercji. Wspomniane sprawy porusza z wyczuciem i humorem, traktując je jako dopełnienie obrazu tamtych czasów, ale dbając cały czas przy tym o to, żeby film nie utracił pozytywnego i ciepłego klimatu.

Równie dużym wyczuciem wykazał się zbierając obsadę. Największe brawa należą mu się za Kate Hudson, którą zresztą scenariusz tak zauroczył, że gotowa była przyjąć nawet epizodyczną rolę początkowo dla niej przewidzianą. Ponieważ jednak aktorka mająca zagrać Penny Lane musiała zrezygnować na rzecz innego projektu, miejsce się zwolniło, a Crowe postanowił dać szansę niedoświadczonej jeszcze Kate Hudson, za co niech będzie mu chwała i cześć. Aktorka kojarzona przez widzów przede wszystkim z miernymi komediami romantycznymi zagrała w „U progu sławy” najlepszą rolę w karierze. Swoją drogą tytuł filmu był dla niej niejako proroczy, ponieważ od tamtej pory jej kariera nabrała rozpędu. Nie wspominam już o tym, że zgarnęła za tę kreację Złotego Globa i nominację do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. I sam nie wiem, czy na te sukcesy większy wpływ miały zdolności aktorskie, czy też autentyczny urok, którym oczarowuje męską widownię już od swej pierwszej sceny.

Almost Famous
Almost Famous
Almost Famous

Penny Lane opanowała do perfekcji sztukę władania mężczyznami. Rozsiewając subtelny erotyzm i wykorzystując rozbrajający uśmiech, potrafiłaby ich namówić chyba nawet do wskoczenia w ogień. Nie jest zaskoczeniem, że dla wyszydzanego dotąd przez otoczenie i ignorowanego przez kobiety młodego bohatera staje się z miejsca miłością życia. Miłością wprawdzie niespełnioną, ale za to nie pozostawiającą w sercu chłopaka uczucia goryczy i odrzucenia. A jednak beztroska, wiecznie roześmiana i promieniująca ciepłem twarz jest jedynie maską, za którą dziewczyna ukrywa wątpliwości i cierpienie. Penny Lane, imię zaczerpnięte z piosenki Beatlesów, staje się jej ucieczką od codzienności, przepustką do świata, w którym każdy dzień jest obietnicą nowej przygody, niesamowitych znajomości i odsunięcia chwili, kiedy trzeba będzie zmierzyć się z szarą i często zwyczajnie bolesną rzeczywistością. Oczy otwierają się jej w chwili, gdy zostaje przehandlowana za skrzynkę piwa przez ukochanego, który musi wrócić do swojej dziewczyny. Moment dogłębnego rozczarowania „związkiem” – nie pierwszego już, jak można wywnioskować z rozmów bohaterów – dziewczyna odruchowo zbywa uśmiechem, ale szybko okazuje się, że każda maska musi kiedyś opaść z twarzy, a chwila ta może okazać się zgubna dla ukrywającego się pod nią człowieka.

Zresztą oszukiwanie samej siebie jest problemem wszystkich bohaterek filmu – „zespolanek”, jak się nazywają – które bulwersują się, gdy ktoś chce je określić mianem groupies. Stosując zabawne powiedzonka, dorabiając ideologie do tego, co robią, i łudząc się, że dla artystów, z którymi sypiają, są źródłem natchnienia, nie chcą głośno przyznać, kim się stały. Pewnego dnia zagubiły się nieco w życiu i dopóki tego nie zauważą, będą błądzić w świecie iluzji, który wykreowały, żeby oczyścić sumienie.

Nie mniejszą iluzją jest sam zespół Stillwater i relacje panujące pomiędzy jego członkami. Paczka pozornie zgranych przyjaciół przy bliższym przyjrzeniu okazuje się beczką trotylu, która w każdej chwili może wybuchnąć. Za jej zapalnik można uznać wokalistę Jeffa Bebe, ambitnego muzyka, którego zżera świadomość, że czego by nie zrobił, na zawsze skazany będzie na życie w cieniu najbardziej utalentowanego w grupie, charyzmatycznego gitarzysty Russella Hammonda. W roli Jeffa wystąpił Jason Lee, aktor znany przede wszystkim z filmów Kevina Smitha, a ostatnio z serialu „My name is Earl”. Rolą u Crowe’a nie powala wprawdzie na łopatki, ale jako sfrustrowany i niedoceniany przez ludzi wokalista spisuje się znakomicie. Również zachowanie pozostałych członków Stillwater nie ma wiele wspólnego ze szczerością i uczciwą przyjaźnią. Wzajemnie „zaliczają” dziewczyny swoich kolegów, okradają się z pieniędzy, wywyższają ponad innych, a nawet ukrywają swoje prawdziwe preferencje seksualne. Ot, zwykła proza życia małej grupy ludzi, zmuszonych patrzeć na siebie każdego dnia.

Almost Famous
Almost Famous

Jednak pomimo, że na podstawie powyższych słów można zapewne odnieść wrażenie, iż film porusza ciężkie tematy, muszę jeszcze raz podkreślić fakt, że to przede wszystkim lekka komedia, którą spokojnie można sobie zapuścić, gdy potrzebujemy dawki pozytywnej energii. Problemy i tragedie przedstawiane są najczęściej w humorystyczny sposób, przez co widz najpierw się śmieje, a dopiero po chwili dostrzega drugą stronę medalu. Kwintesencją jest znakomita scena awarii samolotu, kiedy to bohaterowie pozwalają sobie na chwilę brutalnej względem siebie szczerości, co w chwili kulminacyjnej zostaje rozładowane w sposób totalnie rozkładający widza na łopatki.

Niewątpliwie silnym elementem komediowym jest również postać głównego bohatera. William swoją nieporadnością, fajtłapowatością – krótki sprint kończy się zazwyczaj w jego przypadku potknięciem się o własne nogi – i naiwnością urzeka widza, który może i się z niego podśmiewa ale jednocześnie odczuwa do chłopaka sympatię. Niewątpliwie można zrozumieć, dlaczego „zdegenerowani” muzycy i ich groupies ciągnęli go ze sobą przez pół kraju. W ich zwariowanym, nieuporządkowanym i zakłamanym świecie, naiwność, dobroduszność i szczerość Williama jest dla nich oazą normalności. Lubią go mieć przy sobie jako swoisty kontrapunkt dla stylu ich życia, który nie pozwoli im się zupełnie zatracić w tym, co robią.

I taki właśnie jest ten film: pozornie lekka komedia, z delikatnym wątkiem melodramatycznym w tle, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się zawierać wcale niegłupie prawdy życiowe, a do tego nastraja pozytywnie i jest zaprawiona świetną muzyką. Staje się tytułem, do którego chcemy wracać regularnie. Co prawda niektóre żarty oglądane po raz któryś z kolei tracą z czasem swoją vis comica, ale film wciąż zawiera masę scen, a często malutkich smaczków, które z czystą przyjemnością oglądamy do znudzenia i zapuszczając na odtwarzaczu kolejny raz „U progu sławy”, z niecierpliwością wyczekujemy ich nadejścia. Film dobry na lato, na zimę, zły humor, dobry humor, na koklusz i na chandrę, film zwyczajnie dobry na wszystko.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: U progu sławy
Oryginalny tytuł: Almost Famous
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 122 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:

Obsada:
William Miller
Russell Hammond
Penny Lane
Jeff Bebe
Polexia
Elaine Miller
Lester Bangs
Dick Roswell
Ben Fong-Torres
Anita Miller
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!