Przygody Tintina (The Adventures of Tintin) – Przepis na sukces

Kategoria: Polecamy, Recenzje

Niektóre filmowe projekty wydają się być skazane na sukces. Gwiazdorska obsada, ekipa techniczna składająca się z głośnych w branży nazwisk, a do tego utalentowani scenarzyści. A jednak, jak pokazuje praktyka, poziom filmu często spada proporcjonalnie do ilości znanych nazwisk na liście płac. Uspokoję was, „Przygody Tintina” nie są tego przykładem.

Ten film był skazany na sukces i brzemię to udźwignął. Długo by można się rozwodzić nad zwycięską mieszanką. Począwszy od producenta, Petera  Jacksona, który na pokład wniósł nie tylko doświadczenie, ale i firmę WETA, odpowiedzialną za chociażby efekty specjalne i przełomowe wykorzystanie technologii motion capture w „Avatarze”. W pakiecie z brodatym Nowozelandczykiem jest oczywiście Andy Serkis, który zagra wszystko – od małpy po wychudzoną kreaturę poszukującą skradzionego pierścienia. Jackson dodatkowo wnosi sporą dawkę nerdyzmu z racji wielkiej miłości do bohatera filmu, Tintina, którego komiksowe przygody namiętnie śledził w dzieciństwie.

No właśnie, kolejną cegiełką sukcesu (co tam, całym fundamentem) jest sam Tintin. W Polsce może nie tak popularny, ale na świecie rozpoznawany na równi z ikonami amerykańskiego komiksu. Kilkudziesięcioletnia historia bohatera, wiążąca się z serią komiksów (która wypromowała nową technikę rysunku - linge claire), pełnometrażowymi filmami animowanymi oraz serialem uczyniła go jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci w świecie komiksu. Nie dziwi więc, że sięgnęła po niego inna ikona, Steven Spielberg, którego już przed laty sam twórca komiksu, Hergé, wskazywał jako idealnego kandydata do wyreżyserowania filmu z jego bohaterem. Tintin wydaje się stworzony dla niego. To w zasadzie starszy brat (chociaż młodszy z wyglądu) Indiany Jonesa, podzielający jego miłość do przygód, zaginionych skarbów i tajemnic do rozwiązania. Tym samym siwy brodacz (co za duet reżysersko-producencki) ma okazję zrehabilitować się za to, co do spółki z Georgem Lucasem uczynił własnemu bohaterowi ostatnim filmem.

Ważnymi trybikami byli, rzecz jasna, również aktorzy, których rola wbrew pozorom nie ograniczyła się jedynie do nadwyrężania gardła przy mikrofonie. „Przygody Tintina” może i są w całości animowane komputerowo, ale fundamentem w budowaniu charakterów były sesje motion capture z udziałem aktorów, którzy ubrani w czarne kostiumy znane chociażby z planu Avatara, robili różne fikołki, podskoki i cała resztę mniej efektownej pracy aktorskiej, którą następnie przełożono na animowane postaci. A na koniec udzielili im głosu. Tym samym Tintin mógł przemówić głosem Jamiego Bella, który zdołał zachować niedookreślony wiek głównego bohatera z kart komiksu. Sekunduje mu znakomity jak zwykle Andy Serkis, który ewidentnie świetnie się bawił w roli wiecznie pijanego kapitana Haddocka. W roli czarnego charakteru wystąpił obecny agent w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości, Daniel Craig, a duet ciapowato-głupkowatych detektywów Thompsona i Thomsona został odegrany przez ciapowato-głupkowaty duet brytyjskich komików, Simona Pegga i Nicka Frosta.

Jak widać, aktorska ekipa „Przygód Tintina” składała się przede wszystkim z Brytyjczyków. A skoro już przy wyspiarzach jesteśmy, to wypadałoby jeszcze napisać o ostatnim, ale bynajmniej nie najmniej ważnym elemencie filmu – scenariuszu. Z reguły gdy widzimy trzy nazwiska przy sekcji „scenariusz”, możemy zacząć się niepokoić. Nierzadko jest to już sygnał ostrzegawczy, że coś z filmem jest nie tak. Ale nie w wypadku, gdy to są TAKIE trzy nazwiska. Tak więc po pierwsze, Steven Moffat. Fanom brytyjskich seriali nie trzeba przedstawiać tego pana. Dla porządku jednak powiem, że odpowiadał za „Doktora Who” oraz „Sherlocka” z zeszłego roku (nie mylić z filmem kinowym). Po drugie, Edgar Wright. Twórca odpowiedzialny za przedstawienie światu wspomnianego wyżej aktorskiego duetu (filmami „Wysyp żywych trupów” oraz „Hot Fuzz  -  Ostre psy”) oraz udowodnienie, że Michael Cera wciąż jest w stanie sprzedać widzowi tę samą postać co w 20 innych filmach i nie zanudzić na śmierć (fenomenalny „Scott Pilgrim kontra świat”). No i najmniej znany, Joe Cornish, który dopiero jest na początku artystycznej drogi, ale filmem „Attack the Block” pokazuje, że potencjał w nim drzemie i niewątpliwie jeszcze o nim usłyszymy.

I tym samym mamy przepis na sukces – obsada i scenariusz oparte na europejskiej wrażliwości, skarbonka dzierżona przez miłośnika tematu, a zarazem autora jednego z największych finansowych sukcesów w historii kina, a za sterami mistrz kina rozrywkowego o hollywoodzkim rozmachu, który na kinie przygodowym zęby zjadł.

To, że ekipa czuje bluesa, widać już od pierwszych minut, czyli od animowanych w tradycyjny sposób napisów początkowych opisujących poprzednie przygody Tintina i zrobionych przez ekipę odpowiedzialną za podobną robotę w „Złap mnie jeśli potrafisz”. Z pierwszą sceną właściwego filmu (w której mamy sympatyczne puszczenie oka do fanów Hergé) zaczyna się jednak prawdziwy zachwyt nad wizualną stroną „Przygód Tintina”. Jakość animacji i odwzorowania postaci ludzkich jest doprawdy zdumiewająca. Wciąż wprawdzie poruszamy się po dnie doliny niesamowitości (niezaznajomionym z tematem polecam wyszukanie we własnym zakresie teorii Uncanny Valley), dalekie jest to jednak od przerażająco martwych oczu, na których poległy kolejne animowane produkcje Zemeckisa. Zresztą komiksowa umowność, tak w wykreowanym świecie, jak i wyglądzie samych postaci, pozwala nie zwracać na to większej uwagi i nie zaprzątać sobie głowy rozważaniami nad wyższością filmu tradycyjnego nad wykreowanym w całości na ekranie komputera.

Zwłaszcza że w tym wypadku nie można powiedzieć, jakoby znacznie lepszy efekt można byłoby uzyskać w tradycyjny sposób. Umowny świat cyfrowej animacji pozwolił na idealny balans pomiędzy niemalże fotorealistyczną warstwą wizualną a elementami niemożliwymi do wykonania na rzeczywistym planie filmowym. Spielberg, nieograniczany w żaden sposób, pozwolił sobie pofolgować wyobraźni i skorzystać garściami z mocy drzemiącej w tej technologii. Mamy więc liczne przykłady przenikania się ze sobą czasu rzeczywistego z reminiscencyjnymi scenami, w których to poznajemy historię stojącą za rodem kapitana Haddocka. Niektórzy mogą kręcić nosem na lekkie przekroczenie w nich granicy dopuszczalnej efekciarskości  (tak jakby w kinie blockbusterowym nie było większych problemów), ale chyba nawet największe marudy będą zbierać szczękę z podłogi po fenomenalnej scenie pościgu po ulicach Maroka. W tej sekwencji widać, jak ogromny potencjał drzemie w takiej technologii, gdy operuje nią właściwy człowiek.

A nie powiedziałem jeszcze nawet o 3D. Tutaj zachwytu jednak nie będzie. Wciąż jestem sceptycznie nastawiony do tej „nowinki”. Filmowcy zachłysnęli się w ostatnich latach tą wcale już nie tak nową technologią i dość skutecznie zbrzydzili ją widowni, która coraz głośniej się buntuje przeciw dopłacaniu za efekt, który często rozczarowuje. Gdy jednak bierze się za to filmowiec taki jak Spielberg, we współpracy z WETA, to rozsądną decyzją jest podarowanie im szansy i sprawdzenie efektu ich pracy. A ten jest dość nienachalny, mało jest w filmie oczywistych rzeczy w stylu wyskakujących z ekranu przedmiotów (to zapewnia głównie Daniel Craig, który kilka razy drapie nas za prawym uchem swoją drewnianą laską). Czy to dobrze, czy źle – pozostawiam do indywidualnego sądu zwolenników jednej z dwóch teorii wykorzystania 3D (w skrócie: z wyskakującymi rzeczami lub bez nich). Głębia obrazu jest oczywiście widoczna, ale ja osobiście jestem dość upośledzony pod tym względem i zazwyczaj więcej czasu poświęcam na wygodne umieszczenie okularów na nosie i przyzwyczajenie się do nich niż na samo cieszenie się z „efektu”.

No nic, dość o technice, pora kończyć, a wypadałoby jeszcze wspomnieć o scenariuszu, skoro tyle miejsca poświęciłem na wychwalenie osób zań odpowiedzialnych. Najpierw więc zimny prysznic: główny wątek skarbu i spuścizny Haddocka nieco rozczarowuje. Poprowadzony jest dobrze, ale nie mogę udawać, że nie kłuł w oczy naiwnością. W dość realistycznym świecie, jaki przedstawiono w filmie – ale serwowanym z przymrużeniem oka, a czasem i puszczającym go do widza – motyw dwóch ludzi, którzy żyją po to, żeby dokończyć pojedynek rozpoczęty przez ich praprapradziadów, wydaje się dość infantylny. Dzieci nie zwrócą na to uwagi, ale dorośli mogą znacząco przewracać oczami. No ale to w sumie nie tyle wina scenarzystów, co komiksowego oryginału, na którym się opierali. Z tym jednym wyjątkiem wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Tempo filmu utrzymuje zadowalający poziom, ale nie pędzi przesadnie od jednej sceny akcji do drugiej. Zachowano klimat noir oryginału (tutaj oczywiście pokłony należą się również ekipie odpowiedzialnej za wizualny efekt), podobnie jak i charakterystyczny humor, który zaserwowano w rozsądnej dawce i rozłożono po równo na rzeczy zabawne zarówno dla dorosłych, jak i dla dzieci. Detektywi są lekko głupkowaci w poczciwy sposób. Pies bohatera, Snowy, z miejsca kradnie serca widowni, jak i czas ekranowy. Jego interakcje z Tintinem, próby pomagania mu, z powodu nieuwagi głównego bohatera często zakończone niepowodzeniem, pojedynki ze szczurami o kawałki pożywienia, różne małe przygody na drugim planie – to wszystko ujmuje i czyni go postacią równorzędną bohaterom ludzkim. No i oczywiście kapitan Haddock – chodzące ostrzeżenie przed alkoholizmem, a zarazem wizytówka tego, jak zabawne mogą być skutki braku umiaru w piciu. Tak jest, scenarzyści wywiązali się ze swojego zadania w stu procentach. Oddali ducha komiksu, udanie przenieśli historię na język filmu, skondensowali trzy osobne tomy komiksu, wyciskając z nich to, co najlepsze, i nieco przyprawili filmową całość spektakularnymi motywami, fundując widowni garść emocjonujących scen akcji.

„Przygody Tintina” to nie jest filmem idealny. Są przede wszystkim nieco zbyt bajkowe dla dorosłego widza, no ale to przecież historia, która ma przede wszystkim dotrzeć do dzieci. Ich dojrzali opiekunowie docenią brak dziecinnego klimatu oraz powiew kina „nowej przygody” z lat 80., tego wszystkiego, czego brakuje w dzisiejszych filmach przygodowych – interesującej fabuły, emocji, nienachalnego humoru, barwnych bohaterów, których los nie jest nam obojętny, i w końcu efektów służących historii, a nie na odwrót. Co prawda z tym ostatnim można by polemizować, bo forma czasem dominuje treść, ale w dawce akceptowalnej, a wręcz pożądanej, gdy dopłacamy kilka „groszy” więcej za obcowanie z technologią 3D. Reasumując, gorąco polecam.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Przygody Tintina
Oryginalny tytuł: The Adventures of Tintin
Kraj: USA
Nowa Zelandia
Belgia
Rok:
Czas trwania: 107 minut
Reżyseria:
Scenariusz:


Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Tintin
Kapitan Haddock
Ivanovich Sakharine
Inspektor Thompson
Inspektor Thomson
Silk
Ben Salaad
Allan
Ernie
Pani Finch
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!