Lokatorka (A Love Song for Bobby Long) – A Love Song for New Orleans

Kategoria: Recenzje

Kino uwielbia opowieści o odmieńcach, wszelakiej maści outsiderach płynących pod prąd nurtu życia albo w ogóle stojących na uboczu egzystencjalnej rzeki. Historie o ludziach, dla których najważniejsza jest ich pasja i różne – mniejsze lub większe – dziwactwa wyraziście podkreślające ich indywidualizm i niepowtarzalność. Podobnych fabuł jest tak dużo, że już nieco spowszedniały. Bardzo łatwo tu o banał i pretensjonalność, przerysowanie i przekombinowanie, wreszcie o zwykła nudę i irytację, która nieodłącznie towarzyszy przeświadczeniu, że oto obcujemy z czymś, co ktoś w pocie czoła na siłę wymyślił, aby nas zadziwić i rozbawić.

Na pierwszy rzut oka „A Love Song For Bobby Long” to również opowieść o ludziach nieprzystosowanych, na każdym kroku podkreślających swoją nietypowość i odrębność. Rzeczywiście, nie są zwyczajni. Tytułowy Bobby Long to życiowy rozbitek, niegdyś dusza towarzystwa, błyskotliwy wykładowca literatury na uniwersytecie w Alabamie, dziś mieszkaniec rozsypującej się nowoorleańskiej rudery, nałogowy alkoholik, który ucieka przed prawdą o sobie. Woli wierzyć, że jest oryginalny, bo alkohol zawsze towarzyszy literaturze, a on na własne życzenie żyje po swojemu. W upadku na dno wiernie towarzyszy mu młodszy przyjaciel, kiedyś uczeń i asystent, Lawson Pines. Bobby lubi myśleć o nim jak o pisarzu, choć Lawson od dziewięciu lat pisze tę sama, nieukończoną książkę – o Bobbym właśnie. Ale życia nie da się napisać na nowo…

Bobby i Lawson już wiedzą, że wszystko zależy od nas samych, od naszych dobrych lub złych decyzji, od naszych przemyślanych wyborów. Pursy Will jeszcze tego nie rozumie, jest zbyt młoda. Ma zaledwie osiemnaście lat, ale już wiele przeszła. Pozostawiona przez matkę (ojca nie znała) od zawsze była sama, więc nieco się wykoleiła. Nie jest święta – jest najeżona i agresywna, pyskata i zbuntowana. Nie chce się uczyć, woli mieszkać w zagraconej przyczepie z alfonsowatym młodzieńcem i bezmyślnie gapić się w telewizor. Pewnego dnia dostaje wiadomość, że wspomniana matka zmarła i pozostawiła jej w spadku dom w Nowym Orleanie, nie wspomniano tylko, że razem z Lawsonem i Bobbym Longiem, starymi przyjaciółmi Lorraine. Pursy Will pakuje się i jedzie. Nietrudno zgadnąć, że początkowe konflikty i nieuchronne starcia szybko ustąpią miejsca… przyjaźni? miłości?, a każde z nich przewartościuje swoje dotychczasowe mierne życie.

Opowieść inicjacyjna? Tak, jak najbardziej. Mamy tu charakterystyczny dla tego typu historii powrót do miejsca urodzenia, cofnięcie się do korzeni pomagające odnaleźć własną tożsamość. Oczywiście w tym niełatwym zadaniu pomoże także poznanie prawdy o własnych rodzicach wpisane w dobrze znany motyw odnalezienia Ojca.

Następny schemat – do grupy malowniczych dziwaków przybywa ktoś z zewnątrz. Następuje zderzenie odmiennych osobowości, odmiennych stylów życia, poglądów, systemów wartości, itd. Korzysta on/ona i korzystają oni. Tak też jest i tutaj – Bobby Long i Pursy Will wzajemnie na siebie oddziaływują. On stwarza ją na nowo jak profesor Higgins stworzył Elizę Doolittle. Agresywna, bezczelna nastolatka bez pomysłu na życie nabiera ogłady, odkrywa literaturę, poznaje zalety edukacji. Ale mechanizm wzajemnej korzyści działa także w drugą stronę – dla Bobby’ego i Lawsona trzeźwo myśląca dziewczyna jest jakże potrzebnym wstrząsem, kimś, kto nagle, gwałtownie wyrywa ich z niszczącego marazmu i życiowej bierności, w jakiej tkwią od lat. Jako ktoś z zewnątrz, ktoś bezlitośnie szczery, pomoże im zweryfikować i przewartościować dotychczasowe „dokonania”.

Kolejna klisza – sekrety, smutne tajemnice, traumy z przeszłości. Są i pożerają od wewnątrz, chociaż pozornie ich nie widać, przynajmniej nie powinno… Także i z nimi trzeba stanąć twarzą w twarz. Żeby rozpocząć nowe, lepsze życie, wszystko musi być jasne – tylko uporawszy się z przeszłością można naprawić teraźniejszość.

Związek literatury i alkoholu, ekscentryczne zachowanie artysty, mit amerykańskiego Południa – to także już było. Wiele razy. Nie w oryginalności tematu czy jego ujęciu tkwi bowiem siła tego filmu – kluczem do sukcesu jest tu jedno małe magiczne słowo: klimat.

Składa się nań kilka elementów – przede wszystkim sceneria. „A Love Song for Bobby Long” to piękny hołd dla Nowego Orleanu, jednego z najbardziej niezwykłych amerykańskich miast. Urzekają już pierwsze sceny. Znękany, złamany śmiercią przyjaciółki i oczywiście jak zawsze pijany Bobby wychodzi z baru i charakterystycznie, powolnie człapie przez kolejne ulice. Mija wiekowe, odrapane, dziwnie urokliwe domy, jaskrawo pomalowane magazyny z wyblakłymi napisami frontowymi, kolonialne kamienice z finezyjnymi, ażurowymi balkonikami, witryny sklepów pamiętające ubiegły wiek, gdzieś w tle majaczy stary most nad Mississipi. Wszystko poetyczne, spatynowane, spalone słońcem Południa.

Zdjęcia Elliota Davisa kręcone w naturalnych plenerach, jeszcze przed feralnym uderzeniem Katriny wydobywają magię Nowego Orleanu, miasta jak ze snu romantyka. Miasto jest zresztą dodatkowym bohaterem filmu, to nie tylko malownicze tło doskonale pasujące do nostalgicznego komentarza z offu. Nie ma w sobie nic z pocztówki – słynna Dzielnica Francuska pojawia się tylko w jednej scenie. Akcja toczy się gdzieś na obrzeżach, w miejscu, które jakby zatrzymało się w czasie. Trawa nad Missisipi jest wciąż taka sama, powietrze tak samo wilgotne. To się nie zmienia, jest ponadczasowe jak tutejsza muzyka pulsująca od dziesięcioleci wciąż tym samym rytmem, odporna na nowe mody i nowe tendencje.

Muzyka… Ona też tworzy ten czarodziejski klimat. I to jak – znów pierwsze sceny, Bobby sobie człapie, a jego powolnemu spacerowi towarzyszy piękna gitarowa ballada, „Love Song for Bobby Long” właśnie (notabene, napisana specjalnie na tę okazję przez Graysona Cappsa, syna Ronalda Everetta Capsa, autora nieopublikowanej noweli „Off Magazine Street”, która była podstawą scenariusza). To doskonały tytuł, bo cały ten film jest jak ballada o powolnym nurcie, naznaczona monotonną powtarzalnością pewnych sytuacji i czynności, jak płynąca alkoholem rzeka smutku i zmarnowanych szans. Jak refren przewija się w tej pieśni wspomnienie Lorraine, zmarłej matki Pursy Will. Narkomanka, alkoholiczka, piosenkarka, piękna kobieta, przyjaciółka, serce otwarte dla wszystkich – wspomnienia przemieniają ją w mit, czynią z niej dalekiego, serdecznego anioła, który naznaczył ten fragment ziemi swoją nieprzemijającą obecnością.

Jest w tym filmie jakieś ciepło, szczerość, życzliwość – nie ma sentymentalizmu, patosu, czułostkowości, o co przy takim temacie nietrudno. Momentami film zbliża się do owej niebezpiecznej granicy, ale nigdy jej nie przekracza. To w dużej mierze zasługa aktorów, którzy zagrali koncertowo, choć ich postaci były dość schematyczne (czytaj: tradycyjnie dziwacznie malownicze lub nastoletnio zbuntowane, ale inteligentne i tak naprawdę zagubione).

John Travolta świetnie poradził sobie z dość nietypowym wyzwaniem – zważywszy na jego ekranowe emploi, raczej trudno skojarzyć go z upadłym intelektualistą, błyskotliwym wykładowcą uniwersyteckim, miłośnikiem literatury. Charakterystyczny chód, posiwiałe włosy kontrastujące z dziwnie młodą twarzą, szelmowski uśmiech jak dobra mina do złej gry, białe garnitury lub ekstrawaganckie kolorowe szlafroki. Ekscentryk ani przez moment nie przerysowany, nie przeszarżowany. A o to też było tutaj łatwo.

Scarlett Johansson – zwykła, pospolita, dość wulgarna dziewczyna, która przemienia się w damę, nie tracąc jednocześnie swej żywiołowości i energicznej zuchowatości. Drażni i irytuje, zresztą powinna, bo taka właśnie jest ta postać. Pewne jej reakcje trudno zrozumieć, wydają się zbyt gwałtowne, ale one również mają swój sens – wynikają z tego, że bohaterka od najmłodszych lat nie mogła nikomu zaufać, więc teraz też ludziom nie wierzy. Jest jeszcze Gabriel Macht, kolejny przedstawiciel młodej, wybijającej się aktorskiej gwardii. Jego Lawson jest nadspodziewanie dojrzały, stonowany – stanowi kontrast dla tamtej ekspresyjnej, emocjonalnej dwójki, ale wcale nie oznacza to, że chowa się w cieniu. Bez niego nie byłoby tego doskonale uzupełniającego się przyjacielskiego trójkąta.

Pewnie każdy znajdzie w tym filmie coś innego – dla mnie jest to chyba przede wszystkim film o przyjaźni. Bez deklaracji, obietnic i emocjonalnych fajerwerków. O przyjaźni, która rodzi się niepostrzeżenie i z każdym dniem umacnia. O przyjaźni, która buduje, nie tłamsi – pozwala odkryć w sobie nowe talenty i nowe możliwości, otwiera świat, poszerza horyzonty. Pozwala być sobą i dostrzegać innych.

I jeszcze jedno – literatura. Ta klasyczna, amerykańska i angielska. Jest czymś ważnym dla bohaterów, pojawia się w cytatach, jej dalekie echo rozbrzmiewa w poetyckiej narracji. Stanowczo warto zauważyć fabularny debiut młodej pani reżyser, Shainee Gabel – skromną, lecz piękną filmową opowiastkę, obowiązkową dla tych, którzy lubią Nowy Orlean, literaturę, gitarowe ballady i niepatetyczne wzruszenia.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Lokatorka
Oryginalny tytuł: A Love Song for Bobby Long
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 119 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:

Obsada:
Bobby Long
Pursy Will
Lawson Pines
Georgianna
Cecil
Lee
Ocena:  7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!