500 dni miłości (500 days of Summer) – Historia niemiłosna

Kategoria: Recenzje

To nie jest miłosna historia. To historia o miłości. To jedne z pierwszych słów, jakie padają z ekranu. Pozornie niewielka różnica, a jednak jakże ogromna, gdy się zastanowić, co może się kryć za obydwoma pojęciami. Inna sprawa, na ile wierzymy w taką deklarację we współczesnym kinie. Wszakże niejeden już raz podobne słowa okazywały się być półprawdami. Uspokajam więc już na wstępie: to naprawdę nie jest miłosna historia.

Zaczyna się jak zwykle. Facet poznaje kobietę. Zakochuje się. Po wzlotach i upadkach okresu godowego w końcu zdobywa ją (a w zasadzie to ona jego), ale tylko po to, żeby po kilkunastu miesiącach zostać przez nią porzuconym. No ale jak to?! Przecież to ta JEDYNA, nie może tak być. Trzeba coś z tym zrobić. Odzyskać ją. I to szybko, bo przecież każdy samotny dzień to usychanie z tęsknoty. Spokojna głowa, dziewczyna jest urocza, na pewno się opamięta i wróci do miłego i przystojnego faceta. Na pewno, bo przecież o czym niby miałaby opowiadać druga połowa filmu? Właśnie, o czym? A o czymś sto razy trudniejszym od poderwania obiektu westchnień. O pogodzeniu się z jego odejściem.

500 dni miłości 500 dni miłości

Z zerwaniem radził sobie w życiu chyba każdy. Jednemu wystarczy upić się do nieprzytomności z kumplami, drugiemu – wyzwać niedawny obiekt westchnień od najgorszych wywłok, a u trzeciego skończy się na wielomiesięcznej rekonwalescencji złamanego serca. Do tej ostatniej kategorii niewątpliwie należy bohater filmu. Nie oznacza to jednak, że fabuła składa się z trzech aktów: zauroczenia, związku i depresji po zerwaniu. W zasadzie niby tak właśnie jest, ale zostaje to sprytnie ukryte od strony formalnej. Chronologia filmu jest nielinearna: w jednej chwili obserwujemy najszczęśliwszy okres w związku Toma i Summer, żeby sekundę później widzieć bohatera zrujnowanego po rozstaniu, a następnie skoczyć do samego początku historii. Historii wprawdzie mało odkrywczej (no ale co odkrywczego można jeszcze powiedzieć na temat miłości?), ale za to urzekającej swą bezpretensjonalnością i szczerością. To nie jest kolejna opowieść o pokręconych losach dwójki zakochanych ludzi, zakończonych pocałunkiem tuż przed napisami końcowymi. Klimat filmu co prawda rodzi w widzu nadzieję na taki finał, ale reżyser jednocześnie posyła liczne znaki mówiące: sorry, stary, ale nie tym razem.

Już sama podstawa fabuły, czyli związek nowoczesnej, pragnącej wolności i nienawidzącej wiążących, dookreślających etykietek (chłopak, dziewczyna, para, związek) Summer z wierzącym w tradycyjną, romantyczną miłość, opartą na oddaniu i wierności, Tomem jest skazany na porażkę. Ale realizm rzadko idzie w parze z miłością, nie tylko tą filmową, ale i życiową. Chociażby ta druga osoba, tak jak Summer, ostrzegała od samego początku, że nie będzie gotowa sprostać naszym oczekiwaniom, to czy do końca jej uwierzymy? Przecież liczy się tu i teraz – to, że ktoś kusząco się przeciąga w pościeli, że dzieli wspólnie czas, śmieje się z tych samych rzeczy, że po prostu jest obok. A że nie patrzy w ten sam sposób w przyszłość? To nieważne. Na pewno się zmieni, na pewno się ułoży, przecież jeśli jest dobrze teraz, to dlaczego nie ma tak być w przyszłości? No właśnie – tyle że zazwyczaj nie jest…

500 dni miłości 500 dni miłości

W „500 dni miłości” z wyczuciem i talentem kreśli się mozaikę takiego niedobranego związku, pokazuje drobne elementy budowanej przez obydwoje partnerów ułudy. Bo dziewczyna się wścieka, gdy w imię „obrony” jej godności Tom dostaje po mordzie, ale z drugiej strony w środku nocy przybywa skruszona pod jego drzwi. A więc jednak zależy, jest nadzieja. Czasem wydaje się oderwana od prozy wspólnej codzienności, ale co jakiś czas się urzekająco uśmiechnie, przytuli w zaskakującym momencie, podzieli głęboko skrywanymi sekretami i momentalnie bohater zapomina o wątpliwościach (jeżeli w ogóle takowe miał). I tak jest w prawdziwym życiu. Za rzadko przychodzi do głowy, że istnieje jeszcze coś takiego jak zwykłe przywiązanie i uczucie, które niekoniecznie jest TĄ miłością – ale za to jest na tyle silne, żeby skłonić do wykonania jakiegoś gestu, do szukania bliskości i cieszenia się w danej chwili drugą osobą. Przecież potrzeba bliskości nie jest jedynie wymysłem takich romantyków jak Tom. Na tę przypadłość „cierpią” również wolne duchy pokroju Summer.

Oczywiście w końcu i tak uzmysławiają sobie, że to, co odczuwają, nie jest naprawdę tym samym uczuciem, które to drugie nazywa miłością, i zrywają z dalszym życiem w iluzji. W przypadku Summer przełomem jest seans „Absolwenta”. Dociera do niej, że uczucie, które żywi do Toma, nie jest nawet bliskie temu oglądanemu na ekranie.  Nadchodzi pora przebudzenia i zrobienia tego, co słuszne. Tyle że Tom nie chce się „przebudzić”; było mu dobrze i nie uważa za wskazane, by zostać sprowadzonym na ziemię. No bo jak to: kochała, przytulała się, tęskniła, a teraz już nie kocha, nie tęskni? To nieprawda, na pewno niebawem się opamięta i wróci. Trzeba przeczekać, przecierpieć w samotności, a potem z otwartymi rękoma przyjąć z powrotem. Oto moment, w którym większość opowieści miłosnych zaczyna uspokajać widza, pokazując, iż może tak być, że to drugie opamięta się, przypomni sobie, dlaczego warto kochać naszego bohatera, i w finale rzuci się w jego ramiona, wyszeptując, jak bardzo tęskniło, i jednocześnie przepraszając za swoją głupotę. Pięknie jest to zobrazowane sceną ponownego spotkania Toma i Summer po rozstaniu. Tańczą ze sobą, ona zaprasza go do siebie na imprezę, później zasypia w pociągu oparta o jego ramię. On: pełnia szczęścia, wizje wspólnej szczęśliwej przyszłości. Ona: nic, zrobiła to tylko dlatego, że chciała tego w danej chwili. Odrobina sentymentalizmu, chęć lekkiego liźnięcia dawnego kontaktu, ale nic więcej się za tym nie kryje. Żadnego preludium do szczęśliwego finału, po prostu dziewczyna sięga po małą dawkę bliskości, ale bez zanurzania się drugi raz w tej samej rzece. A później brutalne zderzenie oczekiwań bohatera z rzeczywistością podczas sceny przyjęcia.

500 dni miłości 500 dni miłości

Mimo tej pozornie przygnębiającej historii miłosnej film nie odciska na widzu emocjonalnego piętna. Albo inaczej – nie przygnębia, ale emocjonalnie niewątpliwie działa, bo skłania do refleksji, zastanowienia się nad życiem. Niektórych pobudza do przemyślenia własnego związku, innym pomaga wspomnieć z dystansem jakąś historię z własnej przeszłości, bądź zagoić świeże jeszcze rany. Jedni odnajdą się w postaci Summer, inni Toma; część znajdzie w tej historii cząstkę własnych doświadczeń, inni – spostrzeżenia, które być może przydadzą się im w przyszłości. Bo taka to opowieść, uniwersalna i szczera, bliska prawdziwemu życiu, nie trafi może do każdego, bo to niemożliwe, ale jestem przekonany, że niemal każdy odnajdzie w niej coś dla siebie. Jedni uroczy, zabawny, a przy tym niegłupi film, do tego bogaty od strony formalnej, bawiący się chronologią, konstrukcją i kliszami gatunkowymi (jednocześnie obficie z nich korzystając), a przy tym okraszony wpadającymi w ucho piosenkami. Drudzy – historię, która merytorycznie skłoni do refleksji, stymulując do przemyślenia pewnych rzeczy. A tych, którzy odejdą z pustymi rękoma, pozostaje pożałować, samemu ciesząc się, że wciąż mogą powstawać takie filmy o miłości.

Komentarze (17) do artykułu “500 dni miłości (500 days of Summer) – Historia niemiłosna”

  • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

    Fajny tekst. Od serca taki ;]  Cytuj

  • ArteClaire pisze:

    Dla mnie ten film ma znaczenie terapeutyczne, tak więc podpisuję się pod Krzyśkiem;)
    Ach, Summer…
    Bitch.  Cytuj

  • D'mooN pisze:

    Tyler, zapomniałeś dodać w recenzji, że ten film to koszmarna nuda…  Cytuj

  • Anirul pisze:

    A czemu ‘Bitch’? Bo od początku stawia sprawę jasno? Przecież od razu mu mówi, że to nie będzie nic poważniejszego? No może nie powinna w to brnąć widząc, że on się angażuje, ale, do cholery, kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja na pewno nie, nieskoram do oceniania innych, jakbym sama była święta. Może i uległa zachciance, może go wykorzystała nawet dla chwili przyjemności, ale przynajmniej była szczera (nawet jeśli sama nie zdawała sobie do końca sprawy z tego, z czego tak naprawdę wynika jej zdystansowanie). Generlanie nie podoba mi się w tym filmie właśnie też to, że bohater został zrobiony na ofiarę, a Summer na kata.
    A poza tym jest nudny.
    I nie zgadzam się, że jest szczery i bezpretensjonalny. Na WFF widziałam jeszcze trochę bardziej udany ‘Gigantic’ (też z Deschanel i moim ulubionym Dano) i coś mi to niezależne kino amerykańskie rodem z Sundance zaczęło śmierdzieć. Pretensjonalnością właśnie. I brakiem szczerości. Coś ci reżyserze za bardzo kombinują, a za mało z serca robią (to ja zrobię teraz film, który będzie kul, bo jest niezależny, ale jednocześnie w głębi będzie na tyle mainstreamowy, że polecą na niego wszyscy i jeszcze się będą jarać, że obcują ze sztuką oryginalną).  Cytuj

  • Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden pisze:

    Spokojnie, to „Bitch” to było nawiązanie do „dedykacji” na początku filmu. Nie uważam, żeby z Summer robiono tutaj kata. Jasne, przedstawione jest to z perspektywy Toma, współczujemy mu (bądź nie) i życzymy żeby tą Summer jednak odzyskał ale choć od pewnego momentu staje się jasne, że to raczej niemożliwe, to bynajmniej nie zaczynamy w jego imieniu ją nienawidzić. Od samego początku przecież jest kreślony jej uczciwy portret. Już w prologu dostajemy informację, że jak była mała uwielbiała swoje długie włosy, ale w momencie gdy je ścięła nie poświęciła jednej chwili na żal. To taka postać Summer w pigułce, może coś kochać, ale gdy uznaje, że pora ruszyć do przodu, robi to, nie oglądając się za siebie. Żeby ją w tym znienawidzić, należałoby otrzymać postać zimnej suki, wykorzystującej Toma i porzucającej go gdy już się znudził. A tymczasem ona próbowała żeby im wyszło, widać, że jej zależało na nim, po prostu nie na tyle, żeby wbrew sobie trwać przy jego boku do końca życia. I to było uczciwe z jej strony, chociaż niewątpliwie bolesne dla niego.

    A co do rzekomej pretensjonalności niezależnego kina amerykańskiego w odniesieniu do tego tytułu, to widać ześ od lat niebyła na ENH, bo nie wypisywałabyś takie niestworzone rzeczy o „(500) Days of Summer”. W ogóle nie odczułem żeby usiłował być czymś „niezależnym” i strasznie „niemainstreamowym”. To że zaczynał swoją kinową drogę od festiwali filmowych nic nie znaczy. A i zarzut o niemalże „snobizm” widowni pozytywnie doń nastawionej to też delikatnie mówiąc przesada ;)

    Tak w ogóle to długo nie mogłem zrozumieć czemu tak bardzo ci się ten film i jego wymowa nie podobała (bo opinia DmooNa to żadne zaskoczenie) i dzisiaj rano mnie olśniło. Bo ty w „tej” historii nie byłaś tą porzuconą ale porzucającą, a to niosło ze sobą niewygodną pozycję podczas seansu ;)  Cytuj

  • Anirul pisze:

    Oj, z tym snobizmem to nie chciałam, żeby tak wyszło! To nie Almodovar! (Proszę się nie denerwować, sama Almodovara lubię, ale baaardzo długo go nie oglądałam, bo u mnie w liceum był w pewnym momencie strasznie modny, ludzie się właśnie snobowali oglądaniem go.) Po prostu jednak będę się upierać, że twórcy zrobili ten film takim trochę wyluzowanym na siłę. Nie umiem tego wyjaśnić konkretnie, ale ja w tym filmie nie czułam szczerości,tylko odrobinę fałszu.
    (Z tym ENH to uważaj, bo to jest dopiero przez wielu uważane za snobizm! ;-))
    Co do psychoanalizy mojej osoby, to… e-e. Ja, stara i mądra, byłam w życiu (niejednokrotnie) i po jednej i po drugiej stronie barykady, co zresztą sprawiło, że całe te ‘przemyślenia’ na temat miłości nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Doskonale rozumiem obie postawy – nie wchodząc w szczegóły, bo to moje sprawy prywatne, po tyłku dostałam na różne sposoby i po prostu nie lubię oceniania, dzielenia na białe i czarne bez próby zrozumienia. Tak czy siak nie trafiłeś, bo choć rozumiem bohaterkę, z jej postawą chyba nigdy się nie utożsamiałam, natomiast z jego – oj tak, ale to raczej w młodości. Ba, wiem, że 10 lat temu szalałabym za tym filmem. ;-)
    Także niewygoda mojej pozycji wynikała wyłącznie z tego, że się z nudów sporo wierciłam w fotelu kinowym. :-)  Cytuj

  • ArteClaire pisze:

    Tyler, czytasz w moich myślach;)
    Tak, chodziło o dedykację (która jest super – od razu poczułam więź z twórcami), po drugie, Summer NIE została przedstawiona podle, chociaż patrzymy na nią oczami rozgoryczonego Toma; to jest właśnie prawdziwe i przykre, że nie tylko ludzie cyniczni i wyrachowani ranią swoich bliskich, to przypadłość ludzi w ogóle…  Cytuj

  • ArteClaire pisze:

    No właśnie mi ten film się wydał baaardzo szczery, i bynajmniej nie na siłę, z resztą już pisałam o tym na Facebooku (na Facebooku, kurde!;p), może to jest kwestia wieku, może wkręcenia w pewne konkretne cytaty popkulturowe, muzykę, bo dla mnie ten film na przede wszystkim niesamowity flow?
    No i mnie strasznie Zooey oczarowała, to też nie jest bez znaczenia;)  Cytuj

  • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

    Jest tak, jak mówi Tyler: jedyne „obwinianie” Summer, jakie ma miejsce w filmie, ma charakter humorystyczny – takiego (życzliwego) podśmiewania się z cierpień młodego Wertera w wykonaniu Toma. Ale tak na serio to Summer jest w porządku i twórcy nie sugerują, by było inaczej. Jeśli Tom jest czegoś ofiarą, to nie Summer, ale po prostu sytuacji.

    A jeśli chodzi o to, że film formalnie jest trochę „za bardzo” (bo jest; pisałem o tym w mojej minirecenzji), to jest to moim zdaniem po prostu cecha reżysera-debiutanta, który chciał zawrzeć na ekranie różne rzeczy, które mu się podobają. Pierwsze filmy czasem tak mają. Ale w przypadku „500 Days…” na szczęście w ogóle nie wpływa to na warstwę znaczeniową, że tak powiem.  Cytuj

  • Anirul pisze:

    Ja ją nawet w ‘Zdarzeniu’ lubiłam! A zapamiętałam po ‘Autostopem’. Ale dwa filmy z nią w ciągu kilku dni (‘Gigantic’ i ’500 dni…’) i poczułam się nią strasznie zmęczona. Oraz, o czym pisałam na fejsbuku ;), zaczęłam wątpić w jej umiejętności aktorskie. Tym bardziej będę musiała obejrzeć jej kolejny film, bo od tego uzależniłam swoją ocenę. :-)  Cytuj

    • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

      „Zdarzenia” to nie traktujmy zbyt serio… ;) Natomiast co do Zooey jako takiej, to bardzo możliwe, że aktorka z niej niespecjalna (albo takie dostaje role), ale cóż z tego, jeśli postacie, które kreuje, są w cholerę urocze? :)  Cytuj

  • Anirul pisze:

    Nie dla mnie, mnie trochę drażnią. Podobny problem miałam z ‘Happy Go Lucky”. Jakoś taki rodzaj uroku i wyluzowania jest dla mnie naciągany.  Cytuj

  • Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden pisze:

    „Tak czy siak nie trafiłeś, bo choć rozumiem bohaterkę, z jej postawą chyba nigdy się nie utożsamiałam, natomiast z jego – oj tak, ale to raczej w młodości. Ba, wiem, że 10 lat temu szalałabym za tym filmem. ;-)”

    No ale sęk w tym, że to jest właśnie opowieść o takim pierwszym poważnym zakochaniu. Tutaj kolejny raz muszę sięgnąć do samego początku filmu, bo tak jak dowiadujemy się z tych kilku pierwszych słów sporo o postawie Summer, tak samo otrzymujemy istotną informację o dotychczasowych doświadczeniach Toma na miłosnym polu a w zasadzie o ich braku. A czy to, że dla widza to może być już odległe wspomnienie, ma jakiś wpływ na jego odbiór filmu? To już w zasadzie zależy od widza. Ja okres nastoletni mam już dawno za sobą a wciąż trafia do mnie chociażby taki serial jak „Skins”, bo zwyczajnie przyjemnie powspominać „stare” czasy… ;)  Cytuj

  • Anirul pisze:

    A do mnie wciąż trafia ‘Stealing Beauty’ np. I w ogóle wiele filmów. To nie jest tak, że ja już coś przeżyłam sama, to w filmach nie robi na mnie wrażenia. Zależy, jak to jest pokazane. W tym przypakdu nie zrobiło.  Cytuj

  • Mefisto pisze:

    Film nudny?! Nieszczery?! Gigantic bardziej udany?! WTF?! Idę się upić :>  Cytuj

  • ArteClaire pisze:

    Roses are red, violets are blue… Fuck you, whore.

    I moje życie zaczęło wyglądać inaczej  Cytuj

  • Stormbringer pisze:

    Kapitalny film. Na pewno nie nudny. :P  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: 500 dni miłości
Oryginalny tytuł: (500) Days of Summer
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 95 minut
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Muzyka:

Montaż:
Obsada:
Summer Finn
Tom Hansen
Sarah
Douche
Tancerz
McKenzie
Puma
Usher
Minister
Grossman
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!