300 (300) – Urodzeni mordercy

Kategoria: Recenzje
300
300
300

Właśnie wróciłem z kina z „300” i mam ochotę krzyczeć. Stan raczej dość rzadki po wizytach w tym przybytku. Bywa, że człowiek wraca zamyślony, milczący i przytłumiony. Kiedy indziej naładowany energią, szczęśliwy i rozbawiony, bądź wręcz przeciwnie, zły, zażenowany czy też znudzony właśnie oglądanym filmem. „300” oferuje jednak inną gamę emocji. Dosyć prymitywnych trzeba dodać, człowiek ma ochotę złapać za jakiś miecz (to nic, że dzisiaj łatwiej dostać magnum niż jakiś porządnie wykuty kawał metalu) i z okrzykiem na ustach siekać, rąbać i wyrzynać. Hmm, co to Kayah śpiewała odnośnie testosteronu i wojen?

Krótka nota historyczna. Termopile (z grec. thermos – gorący, pyle – wrota) to wąski wąwóz leżący w pobliżu greckiej miejscowości Larnia. W jego pobliżu około roku 191 p.n.e. rozegrała się bitwa pomiędzy oddziałami wojsk rzymskich i seleucydyjskich. Jednak to nie ze względu na to wydarzenie nazwa ta zapisała się na stałe na kartach historii. Blisko 300 lat wcześniej (ciekawa zbieżność numerologiczna, tak na marginesie) w wąwozie rozegrała się bitwa, która do dzisiaj jest symbolem wielkiego męstwa, patriotyzmu i woli walki. Korzystając z przewagi, jaką dawał wąski teren, siedmiotysięczna armia spartańskich wojowników, pod przywództwem swego króla, Leonidasa, mężnie stawiała opór blisko stutysięcznej rzeszy perskich wojowników. Ostatecznie o porażce wojsk greckich nie zadecydowała porażająca przewaga przeciwnika, ale akt zdrady własnego krajana, który wskazał przeciwnikowi okrężną drogę, pozwalającą zaatakować Greków z dwóch stron. Przyparty do muru Leonidas odesłał pozostałe przy życiu oddziały sojusznicze z miast Hellady i na placu boju pozostał z oddziałem zaledwie trzystu Spartan, z którymi bronił przełęczy do ostatniego żołnierza, samemu również ponosząc śmierć.

Zainspirowany tą historią Frank Miller, ceniony i wielokrotnie nagradzany autor i scenarzysta komiksowy, w połowie lat 90. stworzył album zatytułowany „300”, w którym opowiedział o owych trzystu poległych pod Termopilami Spartanach. Miller fakty historyczne traktował nieco umownie, uwagę skupiając na wysławieniu trzystu wojowników, którzy bez wahania przeciwstawili się przytłaczającym siłom wroga. Tym sposobem siedmiotysięczne siły greckie zostały zredukowane w komiksie do rzeczonej liczby trzystu, która służyła jako symbol spartańskiej determinacji i hartu ducha.

300
300
300

Historia ta być może pozostałaby jedynie ciekawym epizodem na lekcjach historii i ewentualnie graficzną opowieścią, znaną tylko miłośnikom tej formy artystycznej ekspresji, gdyby nie wielki sukces adaptacji innego komiksu Franka Millera, „Sin City”. Robert Rodriguez, blisko czterdziestoletni Teksańczyk latynoskiego pochodzenia, do spółki z Millerem, stworzyli jedyną w swoim rodzaju ekranizację. Panowie za punkt honoru postawili sobie jak najwierniejsze przeniesienie historii na ekran, nierzadko wprawiając konkretne kadry komiksu w ruch. Zachwycająca wizualnie stylizacja, oddanie specyficznego Millerowskiego kadrowania i nierealnych proporcji ciał, oraz niemalże stuprocentowa wierność oryginałowi, przysporzyły filmowi rzesze fanów, producentom wypchały portfele pieniędzmi, a oczy filmowców zwróciły na twórczość Millera.

Na pierwszego naśladowcę nie trzeba było długo czekać. Zack Snyder, którego dotychczasowym największym sukcesem był całkiem niezły remake „Poranka żywych trupów”, postanowił sięgnąć po nagrodzony nagrodą Eisnera (prestiżowa nagroda przemysłu komiksowego) album „300”. Zważając na obecne zainteresowanie tym filmem, dotychczasowe wyniki finansowe i medialny szum z nim związany, można by zaryzykować twierdzenie, że Snyder dokonał przy okazji reanimacji gatunku, który po okresie ponownego rozkwitu, chylił się powoli ku upadkowi. I nie mam tutaj na myśli adaptacji komiksowych, które – jeżeli spuści się tylko zasłonę milczenia na ewidentne ścierwa w rodzaju „Fantastic Four” i „Ghost Ridera” – mają się coraz lepiej. Tym gatunkiem są filmy z pod znaku „miecza i sandała”, które po premierze „Gladiatora” zaliczyły swoja drugą młodość. Niestety jakość kolejnych tego typu produkcji pozostawiała sporo do życzenia i wraz z kolejnymi, coraz bardziej rozczarowującymi widzów produkcjami(„Troja”, „Król Artur”) druga młodość powoli przemieniała się w przedśmiertne konwulsje. I tak jak Ridley Scott „Gladiatorem” przywrócił gatunek do życia, tak „Królestwem niebieskim” zdawał się wpędzić go z powrotem do grobu. Czas pokaże, czy „300” będzie stanowił swego rodzaju epitafium dla gatunku, czy też zastrzyk z adrenaliny wbity z impetem w jego serce. Na razie pewne jest to, że Snyder bez zbędnych ceregieli takowy zastrzyk zaserwował mnie i po kilku godzinach od tego wydarzenia wciąż odczuwam nadmiar energii szukający jakiegoś ujścia.

300
300
300

No właśnie, adrenalina, nie, wróć, PRZEPOTĘŻNA dawka adrenaliny. To jest podstawowa zaleta tego filmu. Na to liczyłem, idąc na ten film, i już po pierwszych kilku minutach miałem ochotę wstać z fotela i krzyknąć radośnie pewne nieparlamentarne słowo. Tak jak od pierwszych zwiastunów „Sin City” byłem przekonany, że film mnie powali na łopatki, tak już w przypadku „300” przez cały czas zachowywałem bezpieczny dystans, obawiając się bolesnego zawodu. Zwiastuny były ładne i efektowne, a jednak nie mogłem powiedzieć, żeby wbijały w ziemię. Mój sceptycyzm pogłębiały jeszcze tragiczne plakaty, za które ktoś powinien dostać srogie baty. Jednak wszelki niepokój został rozwiany z chwilą obejrzenia sceny otwierającej film. To nic, że podobna stylistyka była już w „Sin City”, to nic, że realizm i logika wyjechały na biwak, liczyło się to, że zostałem porażony stroną wizualną zaprezentowaną przez Snydera i grafików komputerowych. „300” oglądany w kinie totalnie zmiata z nóg, a gdy próbujemy podnieść się z ziemi, zostajemy dobici przez efekt pracy kompozytora, który napisał pełne miażdżącej potęgi partytury, idealnie pasujące do klimatu obrazu.

A skoro już przy potędze jesteśmy. Ustalmy jeden fakt, rzecz niezwykle istotną przy odbiorze tego filmu. „300” jest starannie dopieszczoną laurką dla Spartan. Film opowiada o tych wojownikach, sławi ich potęgę i waleczność, pokazuje poświęcenie i oddanie, które konieczne było od momentu narodzin, żeby stać się najlepszymi w rzemiośle wojennym. W świecie Spartan nie ma miejsca na słabości, spartańskie kobiety są równie dumne i pewne swej potęgi co ich mężowie. Dzieci już z chwilą przyjścia na świat poddawane są okrutnemu testowi na przydatność w armii, którego oblanie oznacza ich śmierć. Snyder do spółki z Millerem mitologizują tych wojaków, budząc w widzu przekonanie o tym, że są zdolni do wszystkiego. Kibicujemy im w walce. Staramy się odsuwać od siebie myśl o nieuchronnej zagładzie, która, jak dobrze przecież wiemy, musi ich czekać na samym końcu tej historii. A jednak w głębi duszy cicho liczymy na to, że jednak im się uda. Jest to oczywiście irracjonalna myśl, ale często towarzysząca kolejnym seansom znakomitych filmów, z których tragicznych finałów zdajemy już sobie przecież doskonale sprawę. Jednocześnie w przypadku „300” jest to raczej więź podobna do tej, jaką odczuwamy z bohaterami gier komputerowych. Oni podobnie jak Spartanie muszą stale odpierać niezliczone zastępy przeciwników, ścierając się do tego raz na jakiś czas z jakimiś nadnaturalnie silnymi jednostkami, stanowiącymi podsumowanie danego rozdziału w historii bitwy. Nie ma tutaj miejsca na sceptycyzm, realizm i oddanie faktów. Takie rzeczy to tylko w Discovery. Jeżeli na czas seansu nie będziemy gotowi podporządkować się tej prostej regule, nie łykniemy komiksowej konwencji i zaczniemy kombinować, próbując podważać logikę pewnych wydarzeń, to równie dobrze możemy w ogóle odpuścić sobie ten tytuł. To jest porywająca wizualnie masakra, rzeźnia ocierająca się o poezję, w której można doszukiwać się ukrytych znaczeń, bądź kręcić nosem na ich brak, ale nic nie zmieni faktu, że to przede wszystkim miał być wizualny fajerwerk o nabuzowanych facetach. Bardzo mi przykro, jeżeli kogoś rozczaruję, ale mózgi należy pozostawić na czas seansu w stanie uśpienia.

300
300
300
300

Oczywiście, że w filmie zauważa się nawiązania do obecnej sytuacji na świecie (przedstawiciele cywilizowanego świata stoją naprzeciw bezimiennej rzeszy barbarzyńców, pragnących narzucić im jarzmo niewoli i cierpienia), ale prawdę mówiąc, odnoszę wrażenie, że to wyszło Snyderowi niejako mimochodem, o ile nawet nie przypadkiem. Film ani przez chwilę nie próbuje udawać czegoś czym nie jest i za to mu chwała. Chwała Snyderowi również za to, że nie pozwolił sobie przytępić pazurów i nie próbował załagodzić brutalności w scenach bitewnych. Rzeźnia chwilami jest masakryczna, ekran dosłownie spływa posoką, a widzowie z pierwszych rzędów muszą niemalże uchylać się przed fontannami juchy lecącej w ich kierunku. To jest wojna, walka na śmierć i życie, tutaj nie ma miejsca dla jeńców i to widać. Ucinanie kończyn, przecinanie na pół toporami, dekapitacja i wybebeszanie, w ogniu walki nie ma miejsca na subtelności, liczy się szybkość i precyzja zabijania. Jednocześnie nie można Snyderowi zarzucić przesadnego okrucieństwa, przemoc jest tutaj umowna, na wskroś komiksowa i mocno przerysowana. Nie sposób tego, co widzimy, traktować na serio, uczestniczymy w czymś w rodzaju gry komputerowej, bajecznej wizualnie mitologizacji realnych postaci, uśmiercających przeciwników w przerysowany sposób.

Wypadałoby napisać o minusach, ale w zasadzie o czym tutaj pisać? Czy mam narzekać na brak logiki? Bez przesady, tę kwestię już załatwiłem wcześniej. Kręcić nosem na aktorstwo bądź dialogi? Litości, to nie teatr szekspirowski. Patos, będący bolączką tak wielu filmów wojennych? No a jak u licha w historii – przypominam, że opartej na faktach – o trzystu wojownikach stawiających czoła przeważającym siłom wroga, mogło zabraknąć patosu. Tak, ilość patosu w tym filmie jest przygniatająca, ale ani przez chwilę mi to nie przeszkadzało. No przepraszam, że faceci trudniący się od dziecka hartowaniem swego ciała i ducha, szkoleni w jak najskuteczniejszym zabijaniu, nakręcają się do walki w tak mało wyszukany sposób. Zapewne wspólne czytanie poezji patriotycznej przed walką byłoby bardziej na miejscu. Można się w tym filmie doczepić do różnych rzeczy, ale ja prawdę mówiąc mam to głęboko gdzieś. Film ten jest niezobowiązującą jatką, na którą patrzy się z niemalże sadystyczną przyjemnością. „300” ani przez chwilę nie próbuje udawać, że jest czymś ponad to. Za to go szanuję i narzekać nań nie zamierzam.

Tak więc dochodzę do końca niniejszej recenzji. Sądząc po problemach, jakie miałem z dostaniem się na seans, i liczbie widzów, którzy zarezerwowali miejsca wcześniej na pokazy przedpremierowe, mamy do czynienia z jedną z gorętszych premier sezonu. Z całą pewnością przy tak dużej liczbie widzów ilość głosów niezadowolenia będzie proporcjonalnie duża. Ja jednak zostałem dzisiaj rozłożony na deski silnym knockdownem, po którym już nawet nie próbowałem się podnieść. Nawet nie podejmuję się dywagacji, czy film ten będzie robił podobne wrażenie w zaciszu domowym, bo odpowiedź jest oczywista. Dopóki takie tytuły będą powstawały, dopóty kino jako miejsce celebracji filmów wciąż będzie miało rację bytu. I na koniec pozostaje mi do głosu dopuścić bohaterów „300”, wszakże nikt chyba nie zaprzeczy, że sobie zasłużyli na prawo ostatniego słowa:

„Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym jej syny, prawom jej do ostatniej posłuszni godziny”.

Komentarz do artykułu “300 (300) – Urodzeni mordercy”

  • Mr. ?? pisze:

    Film dość wierna ekranizacja komiksu (choć nie tak wierna jak Sin City) w którym głównie walczą.
    Moja ocena to 8/10 dla filmu i komiksu.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: 300
Oryginalny tytuł: 300
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 117 minut
Reżyseria:
Scenariusz:


Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Król Leonidas
Królowa Gorgo
Theron
Dilios
Kapitan
Daxos
Stelios
Astinos
Ephialtes
Xerxes
Ocena:  8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!