Jeszcze do niedawna w myśl ekonomizacji wysiłku i postępującego wygodnictwa co popularniejsze powieści przerabiano na komiks. Teraz, gdy czytanie zostało już prawie kompletnie wyparte przez oglądanie, filmy i komiksy zaczęły rozmnażać się jak grzyby po deszczu. Z czasem mądrzy i oszczędni ludzie pomyśleli – dlaczego by ich nie ożenić! I wtedy dopiero się zaczęło! Prawdziwy wysyp ekranowych Batmanów, Spidermanów, X-manów, Supermanów, Hellboyów. Co bardziej ambitni twórcy – pewnie z nadzieją na misję propagandową – osadzają swych testosterono-bohaterów w realiach historycznych. Można tu zaliczyć serię Asterixów, a przede wszystkim „300″ – ostatniego pogromcę wszystkich filmowych wersji rysunkowych opowieści. Jak na mitycznych i mężnych Spartan kryjących się pod tym tajemniczym tytułem przystało, film na długo przed wejściem na ekrany obrósł w stosowną legendę. Oglądacze całego świata po premierze „Sin City” z niecierpliwością czekali na kolejną filmową atrakcję opartą na komiksie Amerykanina Franka Millera (pierwszy trailer wypuszczono na kilka miesięcy przed oficjalną premierą filmu). Trudno było i mnie kinomance oprzeć się tej podgrzanej atmosferze. Jednak, jako osoba nie wychowana na komiksach, w dodatku mająca do nich stosunek specyficzny określany delikatnie mianem rezerwy, poszłam do kina bardziej z ciekawości niż z miłości. No i…..?
![]() |
Panie, Panowie – zobaczyłam tych osławionych prawdziwych mężczyzn, ociekających testosteronem, potem i krwią i… nie umarłam z wrażenia, niestety. A nawet sobie zanuciłam w głowie, w trakcie seansu, na melodię utworu Kayah: „dziękuję wam, mamusiu i tatusiu, że nie jestem chłopcem”. To tak tytułem wstępu. Nawiasem mówiąc, samo wprowadzenie w historię, czyli sekwencja szkolenia spartańskich malców na prawdziwych mężczyzn, to najlepszy moment filmu.
Cóż, bądźmy szczerzy: w temacie “300” nie ma za wiele o czym pisać. Film jest, jak wiemy, przeniesieniem na ekran popularnego w USA komiksu Franka Millera. A komiks – jak to komiks, nikt tu nie zamierza bawić się w żadne subtelności. Ma być czytelnie i wyraziście – tak, by dało się to połknąć bez długiego i męczącego rozgryzania. I jest. Fabuła – niespecjalnie skomplikowana (ciekawych szczegółów odsyłam do podręcznika historii starożytnej pod hasło „Bitwa pod Termopilami”). Bohaterowie - Spartanie i Persowie – prości, acz mocarni. I wcale nie dziwię się, że twórcy „300″ dodali do głównego wątku postać królowej Gorgo i jej perypetie z Theronem – bez tego motywu film byłby jednym nudnym polem walki, na którym ciągle zwyciężają ci sami. Niestety, ten kobiecy akcent nie zachwyca, ciąży nad nim bowiem niewdzięczny przymus łagodzenia obyczajów za pomocą damskich akcentów. Równie na siłę i ku uciesze przeważającej w przypadku „300” męskiej części widowni wpleciono zdjęcia z panią-wyrocznią, dziewicą, wijącą się niemiłosiernie, niczym doświadczona tancerka przy rurze w klubie go-go i ukazującą co rusz jędrną pierś tylko po to, by na końcu oddać ją w użytkowanie paskudnemu mnichowi, który – jak nam oznajmia narrator – również posiada nieprzebrane zasoby testosteronu i tylko tak, całując „to piękne ciało”, może dać mu upust. Ale pamiętajmy – nie wymagajmy za dużo, oglądamy wszak komiks! A na niepozorną postać mnicha radzę zwrócić uwagę większą niż na ową niewinną ślicznotkę.
![]() |
Kolejna postać-potworek to król Persji. Kserkses wypada w tym filmie niczym, za przeproszeniem, uczestnik berlińskiej parady gejów. I tu wydaje mi się, że Amerykanie przesadzili. Jak by nie było, niedługo to właśnie Iran ma zająć pierwsze miejsce na amerykańskiej liście państw, którym trzeba będzie pokojowo pomóc odnaleźć się we współczesnej rzeczywistości. Nie ma co, ładna prowokacja! (Irańczycy naprawdę poczuli się urażeni wizerunkiem swoich przodków w filmie). Leonidas to kwintesencja męskości, bohaterstwa i szlachetności, a Kserkses to jakiś dziwoląg (jak na ówczesne czasy, a i na obecne, nawet przy dosyć wysokim współczynniku tolerancji również), istne pół chłopa, pół baby, żebrzące, by ukląkł (sic!) przed nim męski wódz Spartan i ocierające się o niego bardzo nieprzyzwoicie i jednoznacznie. A przy tym wszystkim spiskujące za pomocą zdrad i kalek. Wstyd! Tylko komu? Hmm…
A już końcówka filmu, gdy jakiś spartański niedobitek – w zastępstwie ubitego Leonidasa – bieży rozwścieczony prosto na nas z okrzykiem „zwyciężymy mistycyzm i tyranię”, jest żenująca, tym bardziej, że – jak wiemy – Sparta jako państwo zniknęła z powierzchni Ziemi. Tylko nie rozumiem, dlaczego on mówił o mistycyzmie… Czy w ten sposób zakamuflowano słowo ‘islam”? A może tłumaczenie było niepoprawne?
Jeśli chodzi o brutalność scen, to nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, pewnie ze względu na odrealnioną komiksową stylistykę. O wiele mocniejszy okazał się w tej kwestii oglądany przeze mnie niedawno „Labirynt fauna”, mimo że nie było tam żadnej wielkiej batalistyki. Bohaterowie na czele z mężnym Leonidasem są strasznie nadęci, sztuczni, jakby wyhodowani w siłowni, czasem nawet śmieszni – nastawieni tylko na siłę mięśni i zapominający o rozumie. No tak, muszę sobie znowu przypomnieć, że to przecież komiks i obniżyć wymagania. Czy to aby jednak nie za wygodne i zbyt bezpieczne dla twórców?
![]() |
Może na moje odczucia wpłynęły te Bogu ducha winne, historyczne „majtkowe” kostiumy, wypucowane twarde bicepsy czy inne mięśnie dwugłowe, i cała ta choreografia, kładąca nacisk na uwypuklenie męskich cech. Często miałam wrażenie, jakbym oglądała występy poprzebieranych w antyczne stroje chippendalesów. Przepraszam, ale ani za grosz nie wczułam się w dramaturgię. „300” tylko się oglądało, nic poza tym. Ale nie powiem, było na co popatrzeć. I posłuchać. Choć muzyka momentami stawała się zbyt patetyczna, typowo zagrzewająca do poświęceń na polu bitwy. Chwilami kojarzyła się z soundtrackiem „Gladiatora”, zresztą wokalizy też przypominały te w wykonaniu Lisy Gerrard. Wszelkie takie podobieństwa, jeśli od razu rzucają się w oczy czy uszy, odwracają uwagę. Zaczynamy kombinować: „skąd my to już znamy”, tym bardziej przy takiej marnej fabule. Gwoli ścisłości – piękny głos żeński w „300” należy do irańskiej wokalistki, Azam Ali, na stałe mieszkającej w Los Angeles.
Często w dyskusjach na temat „300” pojawiają się porównania do „Sin City”, oczywiście ze względu na autora komiksów, na których bazowały oba filmy. Ja „Sin City” stawiam wyżej. Tu jest zabawa, lekkość, przymrużenie oka, wielość wątków, bohaterowie są soczyści, no ba! Przy takiej obsadzie nie może być inaczej. „300” nie ma tej ikry, którą czuło się w „Mieście Grzechu” – to dziwne, bo przecież ilość „chłopa z ikrą”, wydawałoby się, jest o wiele większa pod Termopilami.
Ale ogólnie jestem kontenta, że widziałam „300″. Może powiem raczej, że „zaliczyłam”. Wiedziałam na co idę, nie liczyłam na wiele i nie zawiodłam się. Zupełnie jakbym oglądała dłuższy teledysk na MTV – w pewnym momencie, podczas krwawej bitwy, nogi same zaczęły mi chodzić pod fotelem, tak skocznie było. Skocznie, lekko, krwawo, sexy, antyirańsko…. prawdziwie po amerykańsku.









4/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!