Roześmiany Paryż

Piotr Czerkawski - Czerku

Dwa dni w Paryżu

Amerykańsko-francuska para spędza dwa dni w Paryżu. To oznacza tylko jedno - kłopoty. Kto mógłby przedstawić je lepiej niż Julie Delpy, która od lat mieszka w Nowym Jorku i żyje na pograniczu dwóch kultur? Francuska artystka żadnej pracy się nie boi. Nie tylko gra pierwszoplanową rolę w „Dwóch dniach w Paryżu”, ale też reżyseruje (i to między innymi własnych rodziców!), jest autorką scenariusza, producentką i montażystką, a do tego jeszcze komponuje i śpiewa piosenki (do pełni szczęścia brakuje chyba tylko etatu operatorki i funkcji w cateringu). O dziwo, we wszystkich tych rolach Delpy wypada całkiem nieźle!

Za to polski dystrybutor znowu się nie popisał. „Dwa dni w Paryżu” reklamuje jako „komedię pełną testosteronu nie tylko dla lejdis” (dlaczego nie przyznaje się Złotej Maliny w kategorii najgłupszy slogan reklamowy?). Na szczęście elokwentny opis niewiele ma wspólnego z prawdą - film nie przypomina polskich komedii „płciowych”. Inna sprawa, że niewiele ma też wspólnego z dziełami Woody’ego Allena, którymi miała niby inspirować się reżyserka. Niestety, nie wystarczy, by panna Delpy przez półtorej godziny zabawnie gadała o seksie, żeby wyszło z tego dzieło na miarę „Manhattanu”. Może więc chociaż „Przed zachodem słońca”? Grając w tym filmie Delpy zapewne pilnie podpatrywała reżysera Richarda Linklatera i zapożyczyła od niego lekkość, z jaką opowiada o damsko-męskich relacjach. Jednak i ten trop wydaje się na dłuższą metę fałszywy.

„Dwa dni w Paryżu” nie potrzebują żadnych porównań, bo są na swój sposób oryginalne. Wszystko dzięki przewrotnemu podejściu reżyserki do wszelkiej maści stereotypów. W pewnym sensie Delpy wyraźnie z nimi zrywa. Mimo że akcja filmu rozgrywa się w Paryżu, niewiele tu romantyzmu. Nie ma kolacji przy świecach, spacerów Polami Elizejskimi i pocałunków na szczycie wieży Eiffla. Na grób Jima Morrisona bohaterowie wybierają się zaś tylko dlatego, że to „atrakcja turystyczna”.

Z drugiej jednak strony „Dwa dni w Paryżu” wręcz pławią się w powtarzaniu obiegowych opinii. I to od pierwszej sceny. Widzimy w niej grupę otyłych, amerykańskich turystów, którzy wybrali się do Paryża po to, aby… odwiedzić miejsca związane z akcją „Kodu Leonarda Da Vinci”. Tego typu sytuacje powtarzają się przez cały film. Obserwując głównie dwójkę głównych bohaterów dowiemy się, że Amerykanie to ironiczni egoiści, którzy każdą wolną chwilę spędziliby w fast-foodzie. Francuzi zaś to pozujący na światowców narodowi szowiniści opętani na punkcie seksu. Oczywiście nie ma w tym nic odkrywczego. Nie o nowatorstwo jednak tu chodzi. Delpy posługuje się wyświechtanymi sloganami, żeby wyolbrzymić je do granic możliwości.

„Dwa dni w Paryżu” jest filmem świadomie przerysowanym, co zresztą stanowi główne źródło komizmu. Najbardziej śmieszą oczywiście główni bohaterowie. Różni ich prawie wszystko na czele z mentalnością i usposobieniem (on jest gderliwym paranoikiem, ona wyzwoloną kobietą, świadomą własnego seksapilu). Jedyna rzecz, która łączy naszą parę, oprócz skłonności do neurozy, to brak dystansu do siebie samych i własnego związku. Staje się to przyczyną nieustannych napięć.

Dzieło Julie Delpy jest chyba jedynym filmem, w którym tyle frajdy sprawia obserwowanie wiecznie sprzeczających się bohaterów. „Dwa dni w Paryżu” to właściwie jedna, półtoragodzinna kłótnia. Trzeba jednak przyznać, że zakochani dogryzają sobie inteligentnie i ze swadą. Ich błyskotliwe i cięte dialogi to wręcz scenariuszowy majstersztyk i największa ozdoba filmu, który dostarcza w ten sposób mnóstwo okazji do uśmiechu. Delpy sprawnie prowadzi swoją opowieść i wydobywa z niej jak najwięcej wdzięku

Rekompensuje to po części fakt, że „Dwa dni w Paryżu” pozbawione są fabuły, a w najlepszym razie traktują ją w sposób pretekstowy. Intryga służy wyłącznie tworzeniu okazji do wypowiadania kolejnych zabawnych bon motów. Z biegiem czasu Delpy próbuje skoncentrować perypetie bohaterów wokół wzajemnych podejrzeń o zdradę. To jednak zły pomysł, bo ani specjalnie śmieszny, ani oryginalny.

W zakończeniu z kolei reżyserce w ogóle kończą się koncepty zabawnych scen. Delpy postanawia więc zamienić film w dramat. Rozwiązanie to kuriozalne, tym bardziej, że nie prowadzi do niczego odkrywczego. Finał stanowi potwierdzenie zacnego skądinąd przesłania, sygnalizowanego w filmie od samego początku. „Dwa dni w Paryżu” to nic innego, jak wdzięczne, kobiece wołanie o więcej dystansu do życia i siebie nawzajem. Co ciekawe, według Delpy jej dzieło nie spodobało się wielu Francuzom, którzy ponoć obrazili się za filmowy wizerunek własnego narodu. Może więc nie wszystkie stereotypy o rodakach reżyserki są tak wyolbrzymione, jak mogłoby się wydawać?

Z „Dwóch dni w Paryżu” wynika, że gdy zastosujemy proponowaną przez film strategię, będziemy mieli szansę na życiowe spełnienie. I to niezależnie od tego, jacy jesteśmy i czy lepszym przysmakiem wydają nam się hamburgery, czy żabie udka. Co by złego nie mówić o finale, warto przekonać potencjalnych widzów, aby nie wyszli z kina zaraz po pojawieniu się napisów końcowych. Wszystko dlatego, że towarzyszy im sympatyczna piosenka (tytuł „Lalala” mówi wszystko) śpiewana przez reżyserkę i świetny francuski zespół Nouvelle Vague.

Film Julie Delpy ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Zabawny romans? Może komediodramat? Albo komedia z nieudanym finałem? Najlepiej będzie, gdy oddamy głos samej reżyserce. Gwiazda, poproszona w wywiadzie dla jednego z polskich tygodników o przedstawienie swego filmu, przyznaje ze śmiechem: „To zabawny film, ale żadne tam arcydzieło”. Nic dodać, nic ująć.



Autor : Piotr Czerkawski - Czerku

Skomentuj recenzję :

Dwa dni w Paryżu

2 Days in Paris


Kraj : Francja
Rok produkcji : 2007
Czas trwania : 96 minut

Reżyseria : Julie Delpy
Scenariusz : Julie Delpy
Zdjęcia : Lubomir Bakchev
Muzyka : Julie Delpy
Montaż : Julie Delpy

Obsada :

Julie Delpy Marion
Adam Goldberg Jack
Daniel Brühl Lukas
Marie Pillet Anna
Albert Delpy Jeannot
Aleksia Landeau Rose
Adan Jodrowsky Mathieu
Alexandre Mahon Manu
Vanessa Seward Vanessa
Thibault De Lussy Gaël