Amerykańsko-francuska para spędza dwa dni w Paryżu. To oznacza tylko jedno - kłopoty. Kto mógłby przedstawić je lepiej niż Julie Delpy, która od lat mieszka w Nowym Jorku i żyje na pograniczu dwóch kultur? Francuska artystka żadnej pracy się nie boi. Nie tylko gra pierwszoplanową rolę w „Dwóch dniach w Paryżu”, ale też reżyseruje (i to między innymi własnych rodziców!), jest autorką scenariusza, producentką i montażystką, a do tego jeszcze komponuje i śpiewa piosenki (do pełni szczęścia brakuje chyba tylko etatu operatorki i funkcji w cateringu). O dziwo, we wszystkich tych rolach Delpy wypada całkiem nieźle!
Za to polski dystrybutor znowu się nie popisał. „Dwa dni w Paryżu” reklamuje jako „komedię pełną testosteronu nie tylko dla lejdis” (dlaczego nie przyznaje się Złotej Maliny w kategorii najgłupszy slogan reklamowy?). Na szczęście elokwentny opis niewiele ma wspólnego z prawdą - film nie przypomina polskich komedii „płciowych”. Inna sprawa, że niewiele ma też wspólnego z dziełami Woody’ego Allena, którymi miała niby inspirować się reżyserka. Niestety, nie wystarczy, by panna Delpy przez półtorej godziny zabawnie gadała o seksie, żeby wyszło z tego dzieło na miarę „Manhattanu”. Może więc chociaż „Przed zachodem słońca”? Grając w tym filmie Delpy zapewne pilnie podpatrywała reżysera Richarda Linklatera i zapożyczyła od niego lekkość, z jaką opowiada o damsko-męskich relacjach. Jednak i ten trop wydaje się na dłuższą metę fałszywy.
„Dwa dni w Paryżu” nie potrzebują żadnych porównań, bo są na swój sposób oryginalne. Wszystko dzięki przewrotnemu podejściu reżyserki do wszelkiej maści stereotypów. W pewnym sensie Delpy wyraźnie z nimi zrywa. Mimo że akcja filmu rozgrywa się w Paryżu, niewiele tu romantyzmu. Nie ma kolacji przy świecach, spacerów Polami Elizejskimi i pocałunków na szczycie wieży Eiffla. Na grób Jima Morrisona bohaterowie wybierają się zaś tylko dlatego, że to „atrakcja turystyczna”.
Z drugiej jednak strony „Dwa dni w Paryżu” wręcz pławią się w powtarzaniu obiegowych opinii. I to od pierwszej sceny. Widzimy w niej grupę otyłych, amerykańskich turystów, którzy wybrali się do Paryża po to, aby… odwiedzić miejsca związane z akcją „Kodu Leonarda Da Vinci”. Tego typu sytuacje powtarzają się przez cały film. Obserwując głównie dwójkę głównych bohaterów dowiemy się, że Amerykanie to ironiczni egoiści, którzy każdą wolną chwilę spędziliby w fast-foodzie. Francuzi zaś to pozujący na światowców narodowi szowiniści opętani na punkcie seksu. Oczywiście nie ma w tym nic odkrywczego. Nie o nowatorstwo jednak tu chodzi. Delpy posługuje się wyświechtanymi sloganami, żeby wyolbrzymić je do granic możliwości.
„Dwa dni w Paryżu” jest filmem świadomie przerysowanym, co zresztą stanowi główne źródło komizmu. Najbardziej śmieszą oczywiście główni bohaterowie. Różni ich prawie wszystko na czele z mentalnością i usposobieniem (on jest gderliwym paranoikiem, ona wyzwoloną kobietą, świadomą własnego seksapilu). Jedyna rzecz, która łączy naszą parę, oprócz skłonności do neurozy, to brak dystansu do siebie samych i własnego związku. Staje się to przyczyną nieustannych napięć.
Dzieło Julie Delpy jest chyba jedynym filmem, w którym tyle frajdy sprawia obserwowanie wiecznie sprzeczających się bohaterów. „Dwa dni w Paryżu” to właściwie jedna, półtoragodzinna kłótnia. Trzeba jednak przyznać, że zakochani dogryzają sobie inteligentnie i ze swadą. Ich błyskotliwe i cięte dialogi to wręcz scenariuszowy majstersztyk i największa ozdoba filmu, który dostarcza w ten sposób mnóstwo okazji do uśmiechu. Delpy sprawnie prowadzi swoją opowieść i wydobywa z niej jak najwięcej wdzięku
Rekompensuje to po części fakt, że „Dwa dni w Paryżu” pozbawione są fabuły, a w najlepszym razie traktują ją w sposób pretekstowy. Intryga służy wyłącznie tworzeniu okazji do wypowiadania kolejnych zabawnych bon motów. Z biegiem czasu Delpy próbuje skoncentrować perypetie bohaterów wokół wzajemnych podejrzeń o zdradę. To jednak zły pomysł, bo ani specjalnie śmieszny, ani oryginalny.
W zakończeniu z kolei reżyserce w ogóle kończą się koncepty zabawnych scen. Delpy postanawia więc zamienić film w dramat. Rozwiązanie to kuriozalne, tym bardziej, że nie prowadzi do niczego odkrywczego. Finał stanowi potwierdzenie zacnego skądinąd przesłania, sygnalizowanego w filmie od samego początku. „Dwa dni w Paryżu” to nic innego, jak wdzięczne, kobiece wołanie o więcej dystansu do życia i siebie nawzajem. Co ciekawe, według Delpy jej dzieło nie spodobało się wielu Francuzom, którzy ponoć obrazili się za filmowy wizerunek własnego narodu. Może więc nie wszystkie stereotypy o rodakach reżyserki są tak wyolbrzymione, jak mogłoby się wydawać?
Z „Dwóch dni w Paryżu” wynika, że gdy zastosujemy proponowaną przez film strategię, będziemy mieli szansę na życiowe spełnienie. I to niezależnie od tego, jacy jesteśmy i czy lepszym przysmakiem wydają nam się hamburgery, czy żabie udka. Co by złego nie mówić o finale, warto przekonać potencjalnych widzów, aby nie wyszli z kina zaraz po pojawieniu się napisów końcowych. Wszystko dlatego, że towarzyszy im sympatyczna piosenka (tytuł „Lalala” mówi wszystko) śpiewana przez reżyserkę i świetny francuski zespół Nouvelle Vague.
Film Julie Delpy ciężko jednoznacznie sklasyfikować. Zabawny romans? Może komediodramat? Albo komedia z nieudanym finałem? Najlepiej będzie, gdy oddamy głos samej reżyserce. Gwiazda, poproszona w wywiadzie dla jednego z polskich tygodników o przedstawienie swego filmu, przyznaje ze śmiechem: „To zabawny film, ale żadne tam arcydzieło”. Nic dodać, nic ująć.
Autor : Piotr Czerkawski - Czerku
Skomentuj recenzję :
|