Komiksomatografia – Historia filmowych adaptacji komiksów o superbohaterach

Kategoria: Opracowania

Kolorowi przebierańcy już od dobrych kilku lat dzielą i rządzą na światowych listach box office. Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić i wiadomość o kolejnej ekranizacji komiksu traktujemy z podobną obojętnością jak wieści o kolejnych remakach, sequelach, prequelach i innych przejawach indolencji twórczej współczesnego Hollywoodu. W tym zalewie tytułów z facetami w kolorowych gaciach łatwo przeoczyć znaki świadczące o wyraźnej ewolucji, jaką ekranizacje komiksów przeszły na przestrzeni kilku dekad. Jako niepoprawny miłośnik tej tematyki, fascynujący się nią od momentu pierwszego kontaktu (czyli zakupu komiksowej adaptacji pierwszego burtonowskiego „Batmana” jako kilkuletni brzdąc), postanowiłem podjąć się próby stworzenia małego artykułu przekrojowego pokazującego wzloty i upadki filmowych ekranizacji, które doprowadziły celuloidowych superbohaterów do współczesnego nam stanu rzeczy oraz wskazać, jak kinowe adaptacje korespondowały z tym, co ówcześnie działo się w świecie ich literackich pierwowzorów.

I. Okres przedpotopowy – czyli kicz, infantylizm i kolorowe trykotowe wdzianka.

'Batman' serial z lat 40.
'The Amazing Spider-Man' serial CBS (1977-1979)
'The Incredible Hulk' serial CBS (1977-1982)

Na początki istnienia komiksowych superbohaterów najlepiej byłoby spuścić zasłonę litościwego milczenia. Obecnie jedynie najbardziej zatwardziali miłośnicy Spider-Mana, X-Menów, Batmana i innych menów są w stanie przebrnąć przez zeszyty z ich przygodami sprzed kilku dekad. Nie powinno to dziwić, wszakże sprzedawane za kilka centów historie obrazkowe kierowane były stricte do najmłodszych czytelników. Wschodzące ówcześnie legendy branży, takie jak Bob Kane, Stan Lee i Jerry Siegel nie wykazywały najmniejszej chęci sięgnięcia po ambitniejszą tematykę (lub chociażby otarcia się o nią). Liczył się przede wszystkim bajerancki pomysł, który trafi do młodych odbiorców i zapewni regularną sprzedaż serii.

Z ikon amerykańskiego komiksu, które do dzisiaj rozpoznaje najbardziej odcięty od popkulturowej rzeczywistości osobnik, pierwszy pojawił się Superman. Niektórzy doszukiwali się później w postaci nadludzkiej istoty w niebieskim wdzianku odpowiedzi na narastające w Europie silne nastroje antysemickie, których eskalacją była II wojna światowa i eksterminacja potomków Abrahama na niewyobrażalną skalę. Żydowscy twórcy komiksu mieli rzekomo odreagować wojenną traumę i rasowe kompleksy za pomocą zbawiającego ludzkość pięknolicego przedstawiciela pozaziemskiej rasy. Być może i było coś na rzeczy, ale bohater trafił przede wszystkim do serc amerykańskiej dzieciarni wywodzącej się z rodzin katolickich – to właśnie ona zaczytywała się w jego przygodach przez kolejne dekady. Szybko więc podchwycono temat i rozpoczęto produkcję bliźniaczych pomysłów (nierzadko ocierających się o plagiat – vide „Captain Marvel”). Tym sposobem w niecały rok później doszło między innymi do powstania „mrocznego” odbicia Kal-Ela, Batmana. Człowiek-nietoperz wydawał się być wycięty z szablonu superbohatera wiernie odwzorowanego od swego starszego kolegi w czerwonej pelerynce. Oczywiście dokonano drobnych korekt, szatka miała inny kolor, loczek i okulary zastąpiono maską z rogami, nadnaturalne zdolności zdobyczami techniki i zaprawiono całość detektywistycznym posmakiem.

'Captain America' serial TV (1979)
'Batman: The Movie'

W kolejnych latach pojawiły się kolejne flagowe postaci amerykańskiego przemysłu komiksowego, prawdziwy zaś ich wysyp rozpoczął się za sprawą niejakiego Stana Lee. Wymyślił on praktycznie połowę kolorowej hałastry zalewającej w ostatnich latach nasze ekrany. Lawirując pomiędzy historyczno- kulturowo-religijnymi odniesieniami, hurtowo trzaskał kolejnych …manów. Odnosząc się do wciąż wyczuwalnego społecznego szoku po pokazie potęgi energii atomowej i strachu przed tym, co może ona przynieść w przyszłości, produkował w ilościach przemysłowych superbohaterów i superzłoczyńców ery atomowej. Jedna z najsłynniejszych postaci wymyślonych przez Lee, Spider-Man, zyskała nadludzkie moce na skutek ugryzienia przez napromieniowanego pająka. W podobnych okolicznościach nadnaturalne siły zdobyła zresztą znaczna część z jego bogatego repertuaru adwersarzy (Sandman napromieniowany podczas wylegiwania się na plaży, Electro rażony prądem, Dr.Octopus jako wypadek nieudanego eksperymentu naukowego etc.). Owocem czasów, w jakich zostali powołani do życia, są niewątpliwie dzieci atomu, czyli mutanci, bliżej znani jako grupa X-Menów walczących o dobro ludzkości zagrożonej przez „Bractwo Złych Mutantów” (jak widać, nie trudzono się specjalnie przy nazwie, klarownie określając ich rolę w komiksie). Do tego doszły jeszcze inspiracje czerpane z literatury (Hulk jako swoisty odpowiednik Dr.Jekylla i Mr. Hyde’a, oczywiście powstały w wyniku testów na wykorzystanie broni gamma), mitologii nordyckiej (Thor, Loki) i greckiej (Herkules). Wszystko to składało się na niezwykle barwny, ale przy tym przeraźliwie głupi i wtórny merytorycznie świat dla odbiorców, którzy o mutacji (oczywiście głosu) i pryszczach słyszeli, co najwyżej, od starszych kolegów.

Nie dziwi więc, że i takowe były aktorskie adaptacje tych historii. Te w przeważającej większości telewizyjne twory o małych budżetach, tandetnych efektach i śmiesznej charakteryzacji zaginęły już na szczęście w mrokach popkulturowej pamięci (któż dzisiaj pamięta, że film Sama Raimiego nie był pierwszym aktorskim „Spider-Manem”). Swoje miejsce w historii zdołały zachować w zasadzie jedynie ekranizacje Hulka i Batmana, obydwie zresztą o telewizyjnym rodowodzie. Ta pierwsza zasłynęła głównie z charakteryzacji opierającej się na pomalowaniu krzepkiego aktora na zielony kolor. Ta druga z powodu wesołej, campowej i przejaskrawionej stylistyki. Ja osobiście „Batmana: the Movie” z Adamem Westem nigdy nie traktowałem jako parodystycznej, robionej z przymrużeniem oka historii, o co wielokrotnie przychodziło mi się spierać z innymi. Taka, a nie inna, forma i treść wydawały się oczywistym następstwem stanu, w jakim ówcześnie znajdowały się komiksy o superbohaterach. Super-psy/dziewczyny/chłopcy, Bat-rodziny (Robin, Batgirl, Alfred, Bat-mite…) i cała masa innego przeraźliwie głupiego tałatajstwa dosyć skutecznie zniechęcała do lektury każdego czytelnika, który zdążył już dojść w swoim życiu do momentu, w którym z zaskoczeniem się odkrywa, że dziewczyny oprócz tego, że są głupie i nie znają się na zabawie w wojnę, potrafią zapewnić także wiele innych ciekawych doznań. Kończąc więc punkt poświęcony pierwszym pokracznym kroczkom kolorowej komiksowej hałastry, podkreślę raz jeszcze, że warto mieć ogólne rozeznanie, jak to się zaczęło, ale niekoniecznie już należy przekonywać się o tym empirycznie. Z tego wszystkiego najlepiej sięgnąć po „Batman The Movie” (a i to najlepiej w małej dawce i przy odpowiednim nastawieniu), który da obraz ówczesnego stanu komiksu superbohaterskiego, tym mocniej pozwalając docenić to, na jakie wyżyny potrafił on wznieść się później.

II. Okres przełomu – czyli na scenę wchodzą Donner i Burton

Crisis on Infinite Earths
Crisis on Infinite Earths

Drugi etap w mojej krótkiej historii filmowych superbohaterów jest opowieścią zarówno o wzlocie, jak i o upadku kolorowych obrońców ludzkości na dużym ekranie. Wszystko zaczęło się od pierwszej blockbusterowej ekranizacji, czyli „Supermana” w reżyserii Richarda Donnera. Dysponując potężnym na ówczesne czasy budżetem, do tego z Marlonem Brando w obsadzie (który za swój krótki występ otrzymał zawrotną gażę), stworzono pierwszą adaptację z prawdziwego zdarzenia. Z komiksowego oryginału wycięto większość bzdur (co bynajmniej nie oznaczało, że przygody harcerza w czerwonej pelerynce zrobiły się nagle super-realistyczne) i sklecono historię trzymającą się kupy, zrozumiałą dla przeciętnego światowego widza mającego głęboko w poważaniu ikonę jankeskiego komiksu. Wszystko zaprawiono jeszcze wyśmienitymi efektami specjalnymi, co zaowocowało ogromnym hitem ekranowym, rozpoczynającym kilkuodcinkową serię filmową. Serię, która notabene stawała się coraz głupsza (przy czym szczyt nieprawdopodobieństwa zdołano osiągnąć już w pierwszej części, pokazując Supermana cofającego czas poprzez odwrócenie kierunku obrotów kuli ziemskiej). Dochody finansowe płynące z kolejnych odcinków zaczęły drastycznie spadać, co przyczyniło się do długoletniego odstawienia Kal-Ela sprzed pola rażenia kamery filmowej. Ostatnią, czwartą odsłonę filmowej serii z Christopherem Reevesem było widzom dane obejrzeć 11 lat po premierze pierwszej – w roku 1989. Podczas jednak, gdy koniec dekady okazał się być fatalnym dla błękitnookiego harcerza w pelerynie, tak dla jego o rok młodszego kolegi z Gotham okazał się on wprost rewelacyjny. Zanim jednak przejdziemy do tej ekranizacji, warto przystanąć, by zobaczyć, co tymczasem działo się w świecie komiksów – a działo się dużo.

Jak już wspomniałem w poprzednim punkcie, komiksowe uniwersum pęczniało z każdym kolejnym rokiem od debilizmu i indolencji twórczej scenarzystów. Nagromadzenie niepotrzebnych, infantylnych, obrażających inteligencję czytelnika, postaci i wątków, osiągnęło w końcu masę krytyczną. Było na tyle źle, że jedynym ratunkiem okazało się potraktowanie całości ogromną atomówką. Zapoczątkowano cross-over (czyli wieloodcinkową historię, w której bierze udział większość serii danego wydawnictwa) nazwane „Kryzysem na nieskończonych ziemiach”. Doprowadziło to do eksterminacji większej części infantylnych kretynizmów fabularnych i zrestartowania wszystkich serii. Tym samym podarowano bohaterom szansę cofnięcia się do punktu wyjścia i rozpoczęcia całej przygody od zera, bez nadbagażu kilkudziesięcioletniej radosnej twórczości słabych scenarzystów. Położono przy tym większy nacisk na realizm i logikę fabuły (czego zresztą i tak nie udało się później konsekwentnie trzymać).

Tyle w świecie DC (Detective Comics), natomiast u ich największego rywala, Marvel Comics, nie zdecydowano się może na aż tak drastyczne kroki, ale również uwadze ich kierownictwa nie uszedł fakt, że statystyczny czytelnik zdążył dorosnąć. Duża liczba dojrzałych odbiorców wciąż chętnie sięgała po historie obrazkowe, ale z braku wystarczającego bodźca intelektualnego w produkcjach mainstreamowych zmuszona była wybierać produkcje niszowe. Postanowiono więc sięgnąć do kieszeni tych czytelników i postawić na zdolnych, pomysłowych scenarzystów z ciekawą wizją artystyczną, którzy zdołaliby podnieść wartość merytoryczną błahych historyjek o gościach w trykotach. Tym samym doszło, między innymi, do objawienia się talentu Franka Millera, rysownika i scenarzysty, który stawiając na pierwszorzędną stylistykę kryminalno-sensacyjną i dopuszczając przy okazji do głosu również swe fascynacje japońską kulturą, wywindował do góry sprzedaż „Daredevila”. Swoją cegiełkę dołożył również w DC, tworząc dwie przełomowe historie o Mrocznym Rycerzu: „Batman: Year One” i „Dark Knight Returns”. Ta pierwsza pokazywała początki działalności zamaskowanego mściciela, stawiając na realizm niespotykany dotąd w superbohaterskim komiksie głównego nurtu, pokazując brudy i nieprawości miasta owładniętego przez szumowiny i korupcję. Opowieść dodatkowo zyskiwała punkty świetną warstwą wizualną z przełomowym kadrowaniem, które niejeden późniejszy rysownik stawiał sobie za wzór i źródło inspiracji. „Powrót Mrocznego Rycerza” natomiast był dziełem o tyle znaczącym, że pokazywał zupełnie inny obraz ikony komiksu. Miller zadał sobie pytanie – „co by było, gdyby… Bruce Wayne się zestarzał”. Zmęczony, podstarzały człowiek, który po latach postanawia przywdziać odstawiony do szafy kostium i spróbować odnaleźć się w świecie zdegenerowanej przyszłości, był mocnym wstrząsem dla branży, pokazującym, jak wiele można wycisnąć ze – zdawałoby się – skostniałej już formuły komiksu superbohaterskiego.

'Superman: The Movie'
'Batman'

W tym czasie obrazkowym światem wstrząsnęła jeszcze jedna osoba – Alan Moore. Brytyjczyk w swoich „Watchmen” („Strażnicy”) zrównał z ziemią wszelkie wyobrażenia czytelnika dotyczące superbohaterów. Stosując stylistykę rodem ze Złotego Okresu komiksu (patrz cały punkt pierwszy) stworzył historię przedstawiającą grupę nadludzi jako zbiorowisko psychopatów, zwyrodnialców, wykolejeńców i antypatycznych typów. Moore, szczerze nienawidzący głupawych historyjek masowo produkowanych przez dwóch potentatów amerykańskiego rynku, okrutnie sobie z nich zadrwił, pokazując ukryte pod kolorowymi kostiumami patologie i zwyrodnienia, szukające jedynie okazji do wypłynięcia na powierzchnię. A wszystko to pod szyldem DC Comics, które najwyraźniej początkowo nie do końca zdawało sobie sprawę z tego, co publikuje.

I w tym właśnie przełomowym dla amerykańskiego komiksu momencie pojawił się ogromny sukces adaptacji „Supermana” oraz wizja uzyskania dalszych profitów za sprawą kolejnej ekranizacji. Oczywistym wydawało się więc sięgnięcie po drugiego flagowego bohatera DC Comics – Batmana. Przejście od słów do czynu zajęło blisko dziesięć lat. W tym czasie wielokrotnie zmieniano zarówno scenariusz, jak i wymowę filmu. Na dobrą sprawę przez cały ten czas nie wiedziano do końca, jaką ostatecznie przyjmie on formę. Dość powiedzieć, że całkiem serio rozważano kontynuację burleskowej formuły serialu telewizyjnego, w roli Batmana obsadzając Billa Murraya, a w roli Robina… Eddiego Murphy. Całe szczęście, że ktoś łebski podsunął pomysł zgłoszenia się do młodego, obiecującego reżysera, zajmującego się dotychczas produkcją krótkometrażówek dla studia Disneya. Tim Burton, bo o niego rzecz jasna chodzi, przeżywający właśnie fascynację komiksami Millera, zgodził się na reżyserowanie „Batmana” pod warunkiem zupełnego odcięcia się od telewizyjnej przeszłości i postawienia na poważną, mroczną tonację. Pomysły młodego ekscentryka przypadły wytwórni do gustu, ale jako wysoce ryzykowne i niepewne, były długo rozważane. Dopiero finansowy sukces „Soku z żuka” ostatecznie przekonał władze Warner Brothers do osoby młodego twórcy. Ogromne kontrowersje wśród fanów wzbudziło obsadzenie w głównej roli Michaela Keatona. Aktor, kojarzony z komediowymi rolami, zapowiadał powrót do kiczowatej, humorystycznej stylistyki „Batman: The Movie”. Na szczęście obawy były niesłuszne, a Burton dobrze wiedział, co robi, konsekwentnie dążąc do zrewolucjonizowania podejścia do ekranizacji komiksowych, co przy wsparciu świetnie dobranej ekipy zakończyło się ogromnym sukcesem zarówno artystycznym, jak i komercyjnym.

Nie trzeba było długo czekać, żeby ogromny sukces skłonił twórców do zrealizowania kontynuacji. Burtonowi, jako głównemu autorowi sukcesu pierwszej części, podarowano znacznie większą swobodę twórczą, czego zresztą później pożałowano… W „Powrocie Batmana” było więcej wszystkiego: makabry, mroku, przemocy, czarnego humoru i dwuznacznych treści dla dojrzałego widza. Widzowie byli zachwyceni, wytwórnia już nie końca. Włodarze zrozumieli, że pozwalając na dalszą ewolucję wizji reżysera, doprowadzą do takiego podwyższenia kategorii wiekowej, że odetnie to im dostęp do portfeli najmłodszych widzów. Realizowanie kolejnej części powierzono już zatem komuś innemu, kończąc tym samym krótki zwyżkowy okres adaptacji komiksowych na ekranie i rozpoczynając serię wątpliwej jakości tytułów…

III. Okres „docierania” – czyli Marvel raczkuje, DC odchodzi w cień.

'Batman Returns'
'Nick Fury: Agent of Shield'
'Blade'
'Spawn'

Lata 80. i początek 90. zdecydowanie należały w kinach do DC. Ogromny sukces pierwszego Supermana oraz dwóch kolejnych Batmanów i dalsze dyskontowanie sukcesu sequelami przygód Kal-Ela zmonopolizowało na długo rynek kinowych adaptacji. Szefowie Marvela oczywiście dostrzegali ogromny potencjał tkwiący w tym temacie, ale pomimo licznych planów i przymiarek przez większą część lat 90. pozostawali w cieniu, nie mogąc się zabrać za stworzenie żadnej sensownej ekranizacji. Oczywiście produkowali w tym czasie niskobudżetowe filmy („Kapitan Ameryka” z niejakim Mattem Salingerem w głównej roli) oraz telewizyjne ścierwa (tutaj szczególnie „błysnęła” gwiazda „Słonecznego Patrolu” David Hasselhoff obsadzony w roli Nicka Fury) na podstawie swoich komiksów. Jednakże za realizację czegoś wartego, by stanąć na jednej półce z produkcjami DC, nie mogli się jakoś zabrać. Oczywiście niebagatelną rolę pełniły ograniczenia technologiczne. Nie da się ukryć, że przygód flagowych bohaterów Marvela, takich jak Spider-Man, X-Men i Fantastic Four, nie można było przenieść na duży ekran w zadowalający sposób bez odpowiednio zaawansowanych efektów komputerowych, które wówczas dopiero raczkowały. Zauważalny rozwój animacji komputerowej pozwalał mieć jednak nadzieję na rychłą realizację pierwszego wysokobudżetowego filmu Marvela. Od samego początku najczęściej padał tytuł „Spiderman”, którego reżyserii miał zresztą podjąć się sam James Cameron, czyli osoba nie tylko kojarząca się z perfekcyjnie realizowanymi filmami rozrywkowymi, ale i z nowatorstwem w dziedzinie f/x (praktycznie każdy kolejny jego film z przełomu lat 80/90 był kamieniem milowym w branży).

Na razie musiano jednak skupić się na projektach wymagających mniejszego udziału efektów specjalnych i tym sposobem wybór padł na nieco mniej znanego Blade’a. Do roli czarnoskórego wampira wybrano jedną z czołowych gwiazd kina akcji zeszłej dekady – Wesleya Snipesa, towarzyszyła mu inna znana osobistość, czyli Kris Kristofferson, a całość zaprawiono szybką, teledyskową formą, nie ograniczając się specjalnie w pokazywaniu ekranowej brutalności (z debilizmami fabularnymi również specjalnie się nie hamowano). Dodajmy do tego atrakcyjny soundtrack, a odziane w czarne skóry wampiry zamieńmy na bladych hakerów i w efekcie otrzymamy swoistego protoplastę „Matrixa”. W XXI wieku powstały jeszcze dwie kolejne części cechujące się odpowiednio większym stężeniem mroku i brutalności oraz potężniejszym nagromadzeniem debilizmu i tandety.

Tymczasem na dużym ekranie postanowił zabłysnąć trzeci gracz – Image Comics. Wydawnictwo składające się ze zbuntowanych gwiazd Marvela i DC Comics drukujących na własny rachunek, zaatakowało rynek komiksowy z siłą tornada, zyskując rozgłos czytelników świetną stroną wizualną (zarówno rysunków, jak i samych wydań drukowanych na atrakcyjnym papierze), topowymi nazwiskami na listach płac i niespotykaną dotychczas w mainstreamie dawką brutalności i seksu. Oczywiście, szybko się okazało, że jest to taka sama schematyczna papka jak flagowe produkcje starszych konkurentów, ale cycki i flaki dosyć skutecznie pozwoliły im wgryźć się w całkiem spory kawałek rynkowego tortu, w czym spora zasługa komiksu „Spawn”, stworzonego przez dotychczasowego wiodącego rysownika serii „Spiderman”, Todda McFarlane’a. Komiks opowiadający o rządowym najemniku przywróconym do życia przez rezydenta piekieł, miotającym się pomiędzy bólem istnienia, rozpaczą za utraconą ukochaną a wściekłością na demona, który go oszukał, rzucając w sam środek wojny pomiędzy piekłem a niebem, był jednym z największych sukcesów lat 90. Wiadomość o przeniesieniu go na duży ekran spotkała się ze sceptycznym nastawieniem i niedowierzaniem. Nikt nie wierzył, że kontrowersyjny temat religijny zostanie wiernie zaadaptowany w wysokobudżetowym filmie. I nie został… „Spawn” był pierwszorzędną tandetą, z tragicznymi efektami specjalnymi (rozpikselowany Malebolgia…brrr), żenującym rynsztokowym humorem, złagodzoną tematyką i ogólnym brakiem pomysłu na sensowne pociągnięcie historii. O wiele lepiej wypadł późniejszy serial animowany, ale jeżeli chodzi o przygodę z dużym ekranem, to ta dosyć szybko zakończyła się dla Image Comics, który później ograniczył się już jedynie do miernych produkcji telewizyjnych (vide „Witchblade”, który z komiksem na dobrą sprawę łączył tylko tytuł i nazwisko głównej bohaterki).

IV. Okres digitalizacji – czyli hooray dla CGI!
Końcówka lat 90. to przede wszystkim wywołujące wśród krytyków furorę kolejne adaptacje komiksów niezależnych, o czym chwalący nie mieli często nawet pojęcia („Droga do zatracenia”, „Ghost World”, „American Splendor”) oraz w końcu długo wyczekiwana ekspansja flagowych bohaterów Marvela na dużym ekranie. Osiągnięcie przez speców od f/x zadowalającego poziomu technologicznego nareszcie pozwoliło na poważnie zabrać się za przeniesienie kolorowego świata Marvela na teren X Muzy. Chociaż wszyscy wyczekiwali przede wszystkim na pewnego przędącego sieci pana w czerwono-niebieskim kostiumie, pierwsi zielone światło otrzymali mutanci.

'X-Men'
'Spider-Man'
'Hulk'

Reżyserię powierzono młodemu człowiekowi mającemu na koncie wprawdzie tylko dwa długometrażowe filmy, ale za to jakie! „PodejrzaniBryana Singera trwale zapisali się w popkulturowej świadomości zaskakującym finałem, a w pamięci kinomanów świetnym, dopracowanym scenariuszem i znakomitą reżyserią. O dwóch Oscarach zdobytych za scenariusz i drugoplanową rolę męską już nawet nie wspomnę.

Jak zwykle, najwięcej emocji wzbudzały spekulacje dotyczące obsady, fani przerzucali się największymi nazwiskami, a tymczasem Singer zatrudnił… nikomu nieznanych aktorów. Najbardziej kojarzonym nazwiskiem był, rzecz jasna, Patrick Stewart znany z roli kapitana Jean-Luc Picarda w serialu Star Trek. Odkąd padło pierwszy raz hasło „ekranizacja X-Menów”, nikt nawet przez moment nie wątpił, że ktoś inny mógłby zostać obsadzony w roli profesora Xaviera. W tym jednym punkcie oczekiwania fanów zostały zaspokojone. Natomiast z całej reszty ku powszechnemu rozczarowaniu kojarzono, co najwyżej, Famke Janssen, czyli kobietę-modliszkę z „Goldeneye” oraz Raya Parka znanego z roli Darth Maula w „Mrocznym Widmie”. Bardziej obyci z ekranem znali jeszcze angielskiego aktora Iana McKellena oraz we wdzięcznej pamięci przechowywali nazwisko apetycznej Halle Berry, odgrywającej zazwyczaj drugoplanowe role seksownych kociaków. Najwięcej nieufności wzbudzał kompletnie anonimowy Hugh Jackman, którego obsadzono w roli Wolverine’a, największego ulubieńca wszystkich fanów mutantów. Australijczyk stanął na wysokości zadania, podobnie zresztą jak Singer, ale nie była to adaptacja pozbawiona wad. Wprawdzie dość wiernie przenosiła komiksowy świat na ekran i zawierała kilka scen-perełek (z klimatycznym prologiem w obozie zagłady na czele), ale jednak była nieco pozbawiona wyrazu i pazura. Szczególnie rozczarowywały sceny walk, które zawierały wprawdzie trochę niezłych – jak na tamte czasy – wodotrysków graficznych, ale jednak wciąż odczuwało się ograniczenia technologiczne.

Podobne zarzuty można było wysunąć w kierunku pierwszej odsłony „Spider-Mana”, którego realizację powierzono ostatecznie Samowi Raimiemu (ku zaskoczeniu zresztą samego reżysera) znanemu dotąd jako twórca trylogii „Evil Dead”. Film bił rekordy oglądalności (głównie za sprawą ubóstwiających pajęczaka Amerykanów), ale uznanie recenzentów zyskał jedynie wśród jankeskiej krytyki. Historia była dość mdła, główny przeciwnik tandetnie zaprojektowany (o zgrozo, kojarzący się z Power Rangers), a do tego przeszarżowany aktorsko przez Willema Dafoe. Klimat filmu oddawał wprawdzie ducha komiksu, ale całości brakowało większej iskry. Niewątpliwie był to jednak przełomowy tytuł – od chwili, gdy po raz pierwszy Spider-Man mógł poszybować na pajęczych linach między gmachami Nowego Jorku, ograniczenia technologiczne stające przed przyszłymi adaptacjami zdawały się rozpadać na naszych oczach.

'Daredevil'
'Fantastic Four'
'Hellboy'

Kolejnym świadectwem takiego stanu rzeczy miał być „HulkAnga Lee. Świeży zdobywca małej kolekcji Oscarów za „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” postawił przed sobą dwa cele: wykreowanie realistycznego wizualnie zielonego olbrzyma oraz wpisanie go w niebanalną i pogłębioną psychologicznie historię. Opinie odnośnie końcowego efektu obydwu zamierzeń są zróżnicowane, ale stosunek wytwórni był dość jasny – czerwone światło dla Lee przy ewentualnej kontynuacji (w późniejszym sequelu wymieniono całą ekipę łącznie z aktorami, odcinając się w scenariuszu od historii z pierwszej części).

Z początkowych lat ekspansji Marvela w świecie ekranizacji komiksowych nie należy oczywiście zapominać jeszcze o „Daredevilu” (chociaż wielu zapewne z chęcią by to zrobiło). Nie pomogło zaangażowanie do głównej roli wielkiego miłośnika komiksu – Bena Afflecka, wplecenie w całość licznych odniesień zrozumiałych dla czytelników serii oraz gościnny występ Kevina Smitha. Film poniósł porażkę pod niemal każdym względem. Tandetne sceny walki, dobór muzyki silący się na atrakcyjność, drewniany Affleck, rozczarowująca Jennifer Garner w roli Electry, zbytnio przerysowany Bullseye w interpretacji Colina Farrella… To wszystko, oraz wiele innych minusów, dosyć skutecznie odstraszało od filmu zarówno niedzielnych widzów, jak i miłośników komiksu.

Było jednak i tak niczym przy piramidalnej głupocie, tandecie, infantylizmie i ogólnej miałkości celuloidowych „Fantastic Four”. Całkiem prawdopodobne, że poniekąd wynikało to z lichego materiału wyjściowego. Komiksowego oryginału nigdy nie lubiłem, więc i mizerny poziom jego adaptacji specjalnie mnie nie zdziwił ani nie zabolał.

Listę godnych uwagi tytułów, których realizację w początkowych latach tego stulecia umożliwiła ewolucja CGI, zamyka „Hellboy”. Nie jest to jednak typowy przedstawiciel kina superbohaterskiego. Jasne, przewija się w nim cała plejada kolorowych postaci o nadludzkich mocach, a do tego cała intryga kończy się wielką walką o losy ludzkości, ale w komiksie (i po części również w filmie) większą rolę pełni wątek biura śledczego od spraw paranormalnych, czyli swoistego Archiwum X (z tą różnicą, że Muldera i Scully zastąpili czerwony diabeł, wodnik i rozpalona panienka). Filmowa adaptacja wielu (i to nie tylko tym niewybrednym) widzom przypadła do gustu. Mnie, szczerze mówiąc, nie do końca się spodobała. Pewnie, Del Toro raz jeszcze pokazał reżyserską klasę i do efektu jego pracy na planie większych zarzutów mieć nie sposób. A jednak, chociaż lekki i dosyć zabawny, to jednak jakoś nie mogę się przekonać do tego filmu. Rozterki sercowe czerwonego diabła i jego uwikłanie w miłosny trójkąt wywołują u mnie za każdym razem znużenie, a jako że jest to jeden z wiodących elementów fabuły filmu, mocno rzutuje na odbiór całości. Tym niemniej, obiektywnie patrząc, Meksykanin wykonał na planie kawał rzetelnej roboty i zdecydowanie „Hellboy” zalicza się do grona udanych adaptacji, nie przysparzających literackim pierwowzorom powodów do wstydu.

V. Okres sequelizacji – czyli do dwóch razy sztuka…

'Spider-Man 2'
'X-Men 2'

W XXI wiek weszliśmy już z prężnie rozwijającym się gatunkiem „ekranizacja komiksów superbohaterskich”. Kolejnym wyzwaniem, które stało przed Marvelem, było utrzymanie żywotności swych największych hitów i utrzymanie wysokiego poziomu kontynuacji, co niezbyt udawało się konkurencji. Najlogiczniejszym rozwiązaniem było więc wierne trwanie przy autorach sukcesu pierwszych odsłon cyklu. I chwała Bogu, dzięki temu Singer i Raimi mieli okazję rozwinąć skrzydła i stworzyć najlepsze, jak dotąd, odcinki w obu seriach. Pozbawieni przymusu przedstawienia nudnej genezy powstania bohaterów, mogli skupić się wyłącznie na esencji komiksowych oryginałów. Singer postawił na pogłębienie zawiłych relacji pomiędzy mutantami. Raimi na jeszcze większą dawkę radosnej „mordoklepki”, przeplatanej rozterkami Parkera, rozdartego pomiędzy poczuciem obowiązku, miłością do Mary Jane, szkolnymi obowiązkami a organizowaniem pieniędzy na czynsz. Obydwa filmy pokazywały, że zdecydowany krok do przodu poczyniony w przypadku „Powrotu Batmana” nie był jednostkowym przypadkiem. Wygląda na to, że tematyka komiksowa najlepiej się spisuje, gdy reżyserzy, mając już za sobą nudną jazdę obowiązkową (zazwyczaj sztampowe genezy bohaterów), mogą rozwinąć skrzydła i skupić się na esencji komiksów, czyli starciach z superłotrami, przeplatanych przyziemnymi problemami bohaterów. O ile to drugie w przypadku Batmana, dla którego walka z przestępczością od zawsze stała na pierwszym miejscu, nie było wielce istotne, tak dla bohaterów Marvela wprost przeciwnie. To w ich komiksach po raz pierwszy zaprezentowano karkołomny podówczas pomysł uwikłania superbohaterów w banalne kłopoty dnia codziennego, takie jak niezapłacony rachunek za prąd, zazdrość o ukochaną, złamane serce, oblany egzamin etc. Tym prostym sposobem zdołano wzmocnić więź pomiędzy odbiorcą a jego idolem, który – oprócz misji zbawienia świata – musiał radzić sobie z podobnymi problemami jak jego fani, nie wspominając już o wykreowaniu znacznie bardziej interesującego rysu psychologicznego postaci przekraczającej granice dwuwymiarowej kartonowości.

'X-Men: The Last Stand'
'Spider-Man 3'
'Fantastic Four: Rise of The Silver Surfer'

Tak różowo nie było już jednak kilka lat później, gdy doszło do trzecich odsłon obu cykli filmowych. Mutanci utracili autora sukcesu dwóch pierwszych części, Bryana Singera, który połakomił się na możliwość realizacji ekranizacji przygód chyba największej ikony amerykańskiego komiksu – Supermana. W zastępstwie sięgnięto po niedoszłego reżysera tegoż filmu, Bretta Ratnera. Ratner dokonał poważnego błędu skreślającego go w oczach wielu fanów X-Menów. Zabrał się za jedną z ważniejszych w historii mutantów opowieść („Dark Phoenix Saga”) i spłycił ją, sprowadzając do roli wypełniacza ekranowego czasu. Gdy dodamy do tego bezceremonialne wykańczanie głównych postaci cyklu niebezpiecznie kojarzące się z tanim szokowaniem widza, można już w zasadzie zacząć skręcać stryczek dla przysadzistego jegomościa. Wyrok skazujący nie byłby jednak tak oczywisty. Przy wielu minusach trzeciej części filmu, nie można Ratnerowi odmówić jednego – skubany bardzo dobrze potrafił oddać ducha komiksowych starć. Przy scenach akcji z jego filmu, nieco toporne i ociężałe momenty walk w filmach Singera wypadają blado. Wprawdzie chwilami za bardzo odlatywał, przesadzając z graficznymi wodotryskami, ale nie da się ukryć, że patrzyło się na to z niezaprzeczalną przyjemnością. Ze względu na to z perspektywy czasu trzecią odsłonę cyklu oceniam z o wiele większą wyrozumiałością niż w momencie premiery.
Spider-Man 3” wydawał się być skazany na sukces – na krzesełku reżysera wciąż kokosił się Raimi, ekipa aktorska pozostała w niezmienionym składzie, a w samym filmie miał się w końcu pojawić Venom, ulubieniec chyba większości miłośników pajęczaka. No i rzeczywiście, finansowo po raz kolejny zaliczono ogromny sukces, artystycznie już jednak nie było tak dobrze – film wywołał falę krytyki zarówno wśród fanów, jak i w branży recenzenckiej. Reżyser przede wszystkim przedobrzył pod względem ilości łotrów. Trzech przeciwników, nawet w ponaddwugodzinnym filmie, to stanowczo zbyt wielu. Zbytnie przeładowanie filmu postaciami było wszakże gwoździem do trumny dla tragicznych Schumacherowych Batmanów. Na domiar złego Raimi wywołał sporą konsternację sięgnięciem po elementy ocierające się o pastisz (emo-Parker dla wielu przelał czarę goryczy) oraz uderzając pod koniec w nieznośnie patetyczne tony, z ogromną amerykańską flagą powiewającą za plecami Spider-Mana na czele. Niektórzy próbowali bronić filmu, wskazując na liczne nawiązania do wczesnych przygód Spider-Mana z lat 60. i 70., do uwielbienia których wielokrotnie przyznawał się sam reżyser, otwarcie przyznając, że nigdy nie cenił Venoma, a komiksowe przygody Spider-Mana od początku lat 80. mogłyby dla niego nie istnieć. Mając na uwadze, że najciekawiej z całego filmu wypadła potencjalna zapchajdziura, czyli Sandman, można powiedzieć, że jest coś na rzeczy. No cóż, niefortunnie dla reżysera, większość obecnych fanów jednak wyrastała na tym nielubianym przez niego okresie w komiksowej historii Parkera i odniesienia do okropnie naiwnych pierwszych dwóch dekad komiksu do większości z nich nie trafiły.

Drugiej odsłony doczekali się również państwo fantastyczni, a w zasadzie to należałoby napisać „niestety doczekali się”… „Fantastic Four: Rise of the Silver Surfer”, był jeszcze gorszy od części pierwszej. Scenariusz opierał się na przeraźliwie głupiej i śmiertelnie nudnej historii. Twórcy opacznie pojmując termin „komiksowa konwencja” nie wykazali się najmniejszym wysiłkiem, żeby spróbować uwiarygodnić (czy w ogóle wyjaśnić) liczne bzdury fabularne. Do tego zaserwowano klimat rodem z „Domowego przedszkola” operujący humorem skierowanym do odbiorców tegoż programu. A najgorsze, że potencjalny element zwiększający atrakcyjność filmu, dla którego pomimo dużych oporów zdecydowałem się go obejrzeć, czyli tytułowy Silver Surfer, okazał się przeogromnym zawodem. Stworzono cyfrową kukłę bez wyrazu, sztuczną, koślawą wizualnie i tragiczną werbalnie. Jako że raczej na nagły cud i niespodziewaną zwyżkę formy w filmowych przygodach rodziny Richardsów szans nie ma, chyba wypadałoby sobie (i światowej kinematografii) życzyć, żeby więcej już nie nawiedzili ekranów kinowych.

VI. Okres wchodzenia w dojrzałość – czyli DC budzi się z letargu
Podczas gdy Marvelowskie ekranizacje przygód mutantów i fotografa amatora powoli zaczęły przeradzać się w tasiemce, DC Comics zaczęło coraz poważniej rozważać powrót do gry. Chybione decyzje obsadowe kolejnych Batmanów i spadek popularności Supermana zmusił ich w latach 90. do przerzucenia się na rynek telewizyjny. Dzięki temu Człowiek ze Stali odrodził się najpierw za sprawą świetnego serialu „Lois i Clark” (z gwiazdą „Gotowych na wszystko” Teri Hatcher w roli Lois) oraz późniejszego, skierowanego już do nastolatków „Smallville”, opowiadającego o szczenięcych latach Clarka Kenta. W międzyczasie produkowano jeszcze koszmarki typu „Birds of Prey” (czyli swoisty spin-off przygód Batmana, opowiadający o przygodach trójki pogromczyń przestępczości w Gotham) ale na wspominanie o tego typu „ekstremach” szkoda mi marnować kolejne akapity tekstu.

'Lois & Clark: The New Adventures of Superman'
'Smallville'
'Superman Returns'

Sukces serialu „Smallville” skłonił włodarzy z Warner Brothers do podjęcia kroków mających na celu kolejne wprowadzenie błękitnookiego osiłka w czerwonej pelerynie na duże ekrany. Zanim jednak do tego doszło, zrealizowano projekt o wiele ciekawszy dla ludzi nieplanujących kariery w harcerstwie. Chociaż finansowa klapa „Batmana i Robina” oraz niechęć fanów względem jakichkolwiek wzmianek odnośnie kolejnej wizyty Mrocznego Rycerza na dużym ekranie mogły budzić niechęć, szefostwo DC nie zamierzało porzucać jednej z najbardziej popularnych postaci zrodzonych na łamach ich komiksów. Porażka kiczowato-cukierkowych produkcji Schumachera dość dobitnie pokazała, że okres sukcesów infantylnych przygód Adama Westa należy do przeszłości. Burton dał posmakować odbiorcom dojrzałej wizji superbohaterstwa, takie podejście przyjęło się u progu XXI wieku i właśnie tego należało trzymać się w następnych latach. Dobre imię serii zniszczyć łatwo, ale odbudować je na nowo jest dużym wyzwaniem. Postanowiono więc uderzyć w odbiorców działem potężnego kalibru i ogłoszono plan powierzenia reaktywacji serii Darrenowi Aronofskiemu. Każdy, kto zetknął się z „Pi” i „Requiem dla snu” wiedział, że taki reżyser oznacza zwrot o 180 stopni i zdecydowane pogrzebanie Schumacherowskiej wizji.

Jak wiadomo, późniejszemu autorowi „Źródła” nie było w końcu dane stanąć za kamerą kolejnej ekranizacji Batmana, ale jego miejsce zajął (i z przedprodukcyjnymi przygotowaniami od razu ostro wystartował) nie mniej zacny kolega po fachu – Christopher Nolan. Nolan zamierzał kontynuować ideę przyświecającą Aronofskiemu, czyli sięgnięcia po album „Batman: Year One”, ale zamierzał potraktować go jedynie jako pewien wzór, a nie wytyczną, której niewolniczo należy się trzymać. Inspirację przy pisaniu fabuły, oprócz wyżej wymienionego tytułu, czerpał z wielu innych historii o Batmanie napisanych w przeciągu ostatnich 3 dekad (między innymi z „Batman: The Long Halloween”), dodając przy tym sporo od siebie. Wraz ze scenarzystą (Davidem S. Goyerem) postarał się zapełnić czarne dziury w życiorysie Bruce’a Wayne’a, proponując autorską wizję genezy Mrocznego Rycerza. Co ciekawe, Nolan postanowił odciąć się nie tyle od Schumachera, co generalnie od wszystkich poprzednich interpretacji, proponując urealniony (ale bynajmniej nie realistyczny) restart historii i stawiający większy nacisk na stworzenie iluzji autentyzmu przedstawionego świata. Wyjaśnił pochodzenie bajeranckich gadżetów mściciela, pokazał źródło jego umiejętności bitewnych oraz to, co bezpośrednio przyczyniło się do samej idei przywdziania kostiumu nietoperza. Ze względu na ów realizm najbardziej straciło (i tego najbardziej nie mogą reżyserowi wybaczyć miłośnicy wizji Burtona) samo Gotham, które z miasta posępnego, spowitego mrokiem i opartego na gotyckiej zabudowie stało się kolejną bezosobową metropolią.

'Batman Begins'
'Sin City'
'300'

Co by jednak nie mówić o filmie Nolana, niezaprzeczalnym faktem jest, że przywrócił postać Batmana miłośnikom celuloidowych superbohaterów. Zadbał o powrót dobrej prasy uszatego mściciela oraz ostatecznie potwierdził, że komiksowi herosi na ekranie nie muszą oznaczać tandety i infantylizmu.

Jak już wyżej wspomniałem, kolejnym krokiem DC w celu odzyskania pozycji na celuloidowym rynku, okazała się renowacja następnej podupadłej kinowej serii – przygód Supermana. „Superman: Powrót” był kolejnym restartem, ale nie odcinał się zupełnie od poprzednich filmów, po prostu nietrafione wątki z poprzednich filmów traktował jako niebyłe. Tym sposobem mogliśmy obserwować jeszcze jedno starcie Supermana z jego odwiecznym adwersarzem Lexem Luthorem (świetny jak zwykle Kevin Spacey). Na krzesełku reżysera obsadzono Bryana Singera, tym samym odbierając trzeciej odsłonie przygód mutantów jednego z autorów sukcesu serii. I za to już chociażby nie polubiłem tej ekranizacji. Drugim powodem był główny bohater, którego obok Kapitana Ameryki uważam za jednego z najbardziej miałkich i nieciekawych superbohaterów. Trzeci powód to fakt, że powstał film zwyczajnie letni, operujący kliszami i wyświechtanymi wątkami jak chociażby wyeksploatowany motyw kryptonitu osłabiającego Człowieka ze Stali. Oczywiście, należy uczciwie przyznać, że do realizacji nie można było mieć większych zarzutów, efekty profesjonalne, a i fabuła trzymała się kupy. Zabrakło jednak jakichkolwiek przejawów błyskotliwości u reżysera i scenarzysty. Nie bez powodu w kontekście potencjalnej kolejnej części (roboczo nazywanej „Człowiek ze Stali”) ponowny wybór Singera stoi pod duży znakiem zapytania.

W opisie procesu wchodzenia w dojrzałość niewątpliwie należałoby wspomnieć jeszcze o dwóch tytułach niebędących wprawdzie produkcjami stricte superbohaterskimi – jednak otworzone przez nie drzwi niewątpliwie wpłyną na kształt niejednej przyszłej ekranizacji (czego przykładem są chociażby nadciągający wielkimi krokami „Strażnicy” oraz od niedawna goszczący na ekranach „Spirit – Duch Miasta”). Chodzi oczywiście o „Sin City” i odcinający kupony od jego sukcesu film „300”. Chociaż oparte na skrajnie różnych historiach, obie produkcje miały ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze, rzecz jasna, osobę Franka Millera – ich literackiego pomysłodawcy. Ten scenarzysta i rysownik, przewijający się w niniejszym tekście już wiele razy, doczekał się w końcu swoich pięciu minut sławy, co zawdzięcza Rodriguezowi i jego nowatorskiej ekranizacji „Sin City”. Każdy, kto kiedykolwiek trzymał komiksowy oryginał w rękach, uważał za niemożliwe zaadaptowanie tej historii na potrzeby filmu. Niejeden sceptycznie nastawiony do filmu czytelnik zmuszony był odszczekać swoje słowa po zobaczeniu zwiastuna, który udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych, a skalę możliwości ogranicza jedynie ludzka inwencja i pomysłowość. Rodriguez za sprawą animacji komputerowej dokonał niemalże idealnej adaptacji, wprawiając kadry komiksu w ruch. Późniejsi „300” kontynuowali tę ideę, stawiając przy tym jeszcze mocniejszy nacisk na komiksowe przerysowanie i umowność, co nie każdemu przypadło do gustu. I chociaż obydwa filmy były kolejno kryminałem w klimacie kina noir oraz historyczną rzezią opartą na prawdziwych wydarzeniach, na pewnym podstawowym poziomie ocierały się o specyfikę kina superbohaterskiego, głównie za sprawą nienaturalnej żywotności bohaterów i bogatej galerii barwnych adwersarzy.

VII. Okres współczesny – czyli zalążki filmowego superbohaterskiego uniwersum.

Długoletnie komiksowe serie mają wiele charakterystycznych cech. Kinowe ekranizacje powoli (i nierzadko z oporami) przenosiły je na grunt X Muzy. Idąc śladem rewolucji, jaka zachodziła w komiksach w drugiej połowie XX wieku, coraz śmielej zaczęto rezygnować z ukłonów w stronę najmłodszych odbiorców, sięgając po dojrzalsze tematy i rozbudowując warstwę psychologiczną. Z pewną nieśmiałością zaczęto kłaść podwaliny pod historie rozciągane w czasie na kilka kolejnych odsłon cyklów naśladując tasiemcowość znaną z łamów komiksów. Supergrupy nie służyły już jedynie pokazaniu skomasowanej liczby ludków w kolorowych kostiumach operujących zróżnicowanymi mocami. Zamiast tego stały się one tyglami emocjonalnymi, w które wrzucono osoby o różnej mentalności, kochające się, nienawidzące, zazdroszczące sobie czy też alienujące osoby niedostosowane. Cały czas jednak dbano o integralność konkretnych serii komiksowych. W świecie Spider-Mana nie było miejsca dla innych superbohaterów. W redakcji „Daily Bugle” zatrudniającej Petera Parkera nie pracował znany z komiksu Ben Urich, który został już wykorzystany na potrzeby filmowego „Daredevila”. Hulka, rozsmarowującego wojskowe pojazdy na miazgę, nie starał się powstrzymać oddział desantowy X-Men, nie dzwoniono też po pomoc do Fantastycznej Czwórki. Wszystkie serie żyły swoim własnym życiem, rozrastając się z każdą kolejną częścią i tworząc swój mały filmowy świat, ale odcinając się od innych celuloidowych superkolegów o rodowodzie komiksowym, co okazało się zupełnym przeciwieństwem rzeczywistości znanej z łam drukowanych historii, gdzie na porządku dziennym były przeróżne chwilowe alianse, walka ramię w ramię z silniejszym przeciwnikiem bohaterów nierzadko wielu odrębnych serii czy też chwilowe sojusze pomiędzy, dajmy na to, Magneto i Dr. Octopusem. Filmowi bohaterowie udawali, że są wyjątkowi i nie zdają sobie sprawy z istnienia innych nadistot walczących ze złem. A przynajmniej tak było do roku 2008…

'Iron Man' 'The Incredible Hulk'

Wtedy to właśnie doszło do kolejnego przełomu w kinowych ekranizacjach przygód superbohaterów. Tytułami, które przetarły szlak, okazały się „Iron Man” i „Incredible Hulk”. Pierwszy to pierwszorzędne kino rozrywkowe sięgające po raz pierwszy na dużym ekranie po postać odzianego w metalową zbroję multimilionera, Tony’ego Starka. W głównej roli obsadzono absolutnie fenomenalnego Roberta Downey’a Juniora, do towarzystwa dołączono Gwyneth Paltrow, Jeffa Bridgesa i Terrence’a Howarda, a reżyserię powierzono Jonowi Favreau, który ku zaskoczeniu wszystkich stworzył jedną z lepszych ekranizacji komiksu w historii kina. Favreau odłożył wszelkie artystyczne pretensje na bok, postawił na czystą, niezmąconą głębszymi przemyśleniami zabawę i w efekcie stworzył przykład wzorcowego kina rozrywkowego, które bawi, nie ocierając się o żenadę i tandetę. „Incredible Hulk” również zamierzał postawić na „fun”, odkładając ambitniejsze wątki pierwszej części na bok oraz skupiając się na większej ilości akcji i scen rozpierduchy czynionej przez zielonego Pudziana. Efekt był nieporównywalnie słabszy, Edward Norton (czyli tytułowy Hulk) w konwencji kina rozrywkowego ustępował pola swojemu nieco starszemu koledze po fachu (inna sprawa, że Tony Stark to nieporównywalnie bardziej charyzmatyczna postać), a Louisowi Letterrierowi brakowało nieco polotu, żeby móc równać się z Favreau. Tym samym w filmie zabrakło emocjonalnego zaangażowania u widza i solidnej porcji zabawy. Bronił się za to pierwszorzędnie wykonanymi scenami akcji, ze starciem dwóch napakowanych olbrzymów na czele.

Superbohaterowie Superbohaterowie

Co jednak w „Incredible Hulk” jest dla nas w tej chwili najbardziej istotne, to jedna z ostatnich scen, w której na ekranie pojawia się nie kto inny jak Robert Downey Jr. jako Tony Stark. Jest to kontynuacja krótkiej sceny z Nickiem Fury (Samuel L. Jackson) pojawiającej się po napisach końcowych „Iron Mana”, a zarazem zapowiedź ekranizacji „Avengers”, która zostanie poprzedzona filmem „The First Avenger: Captain America”. Tak oto na naszych oczach zostały podłożone podwaliny pod budowę małego filmowego uniwersum, w którym fabuły kolejnych filmów o superbohaterach będą się wzajemnie przeplatały, tworząc większą całość. To dowód, że Hollywood coraz śmielej podchodzi do komiksowych filmów, a kasowy sukces „Iron Mana” jedynie utwierdził włodarzy w przekonaniu, iż wierność konwencji i regułom rządzącym komiksowym światem może ekranizacjom (i ich portfelom) jedynie wyjść na zdrowie.

Superbohaterowie Superbohaterowie Superbohaterowie Superbohaterowie Superbohaterowie Superbohaterowie Superbohaterowie

VIII. Okres przyszły – czyli co nas czeka w najbliższej przyszłości.

Od niedawna mamy rok 2009. Za sobą 2008, będący jednym z najlepszych okresów w historii komiksowych ekranizacji. Porażający sukces artystyczno-komercyjny „Mrocznego Rycerza”, kapitalny „Iron Man” z fenomenalnym Downey’em Jr., solidny przeciętniak w postaci „Incredible Hulk” i porywający wizualnie sequel Hellboya (w moim odczuciu znacznie lepszy od pierwszej części). Co nas czeka w przyszłości? Najprościej mówiąc – jeszcze więcej kolorowych przebierańców na dużym ekranie. Kasowe sukcesy kolejnych ekranizacji wysłały do wytwórni jasny przekaz – to się opłaca i należy tego robić jak najwięcej. Na szczęście w ostatnich latach pojawia się coraz mniej koszmarków w rodzaju „Fantastic Four” i „Ghost Ridera” (o którym litościwie nie wspominałem we wcześniejszych punktach) lecz coraz więcej produkcji z najwyższej półki typu: „Iron Man”, „Mroczny Rycerz”. Oczywiście, że wciąż przeważają średniaki, na które przede wszystkim przyjemnie się patrzy, jednak należy je traktować wyłącznie jako elementy uzupełniające, które w przyszłości będą spoiwem łączącym fundamenty filmowego i komiksowego uniwersum. Zapewne takową rolę pełnić będą filmy z serii „X-Men Origins...”, której pierwszą odsłonę w postaci filmu o Wolverine będziemy mieli okazję obejrzeć już niedługo. Na razie ciężko prorokować, jaki będzie tego efekt. W głównej roli znowu ujrzymy Hugha Jackmana, więc przynajmniej o ten jeden element nie powinniśmy się martwić. A czy historia genezy Logana okaże się zadowalająca, mogą już tylko wiedzieć wróżki. Pierwszy zwiastun wywołał sporo negatywnych opinii, ja prawdę mówiąc jednoznacznie źle nie potrafię go ocenić i wciąż wierzę, że film nie będzie tak słaby, jak niektórzy sądzą. Ale to takie moje niepodparte niczym gdybanie. Jedno jest pewne, ten, jak i przyszły film o genezie Magneto, jeszcze bardziej rozbuduje filmową rzeczywistość mutantów. Szkoda, że jak na razie nic nie zapowiada, żeby produkcja ta miała w jakiś sposób korelować z „serią” budowaną wokół Tony’ego Starka i pozostałych członków Avengers. Nie należy również zapominać, że zeszłoroczny „Mroczny Rycerz” podniósł wysoko poprzeczkę kolejnym adaptacjom, pokazując, że poważniejsze i realniejsze podejście do komiksowej historii może zapewnić porażający sukces finansowy. Co prawda, film okazał się w pewnym stopniu nadmuchanym balonem, nieco przesadnie wychwalanym za wspomniane wyżej elementy, niepozbawionym wielu bzdur i nielogiczności fabularnych, tym niemniej zapalił zielone światło dla przyszłych wizjonerów, którzy zapragną sięgnąć po kontrowersyjne tematy i zaprezentować coś na miarę Ledgerowskiego Jokera. Na razie wielkimi krokami zbliża się ekranizacja „Strażników”, czyli drugie podejście Snydera do adaptacji komiksowej, tym razem już bezpośrednio sięgającej po tematykę superbohaterską. Kto czytał uważnie tekst, ten wie, jaki potencjał ma w sobie ta historia. Czy zostanie wykorzystany? Ciężko powiedzieć, podchodzę nieco sceptycznie do tego projektu (jednakże im bliżej premiery, tym mocniej zaczynam w niego wierzyć), ale podobnie myślałem o „300”, którzy okazali się dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Pozostaje więc trzymać kciuki za to, żeby i tym razem tak było…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)