Sezon nagród jest już na ostatniej prostej. Wszystkie nagrody, które miały zostać rozdysponowane, powędrowały już do uszczęśliwionych laureatów – oprócz tej jednej, najważniejszej. 7 marca Akademia Filmowa po raz 82. rozda Oscary. W tym roku głównymi graczami są „The Hurt Locker. W pułapce wojny„, „Avatar” i „Bękarty Wojny„. Poniżej postaram się przeanalizować kilka ważniejszych kategorii i spróbować dojść do wniosku, kto rzeczywiście otrzyma złotego rycerzyka.

Chciałbym napisać coś przynajmniej zbliżonego do prognozy i stwierdzenia, kto jest pewniakiem, a kto ma zadatki na niespodziewanego zwycięzcę, ale prawda jest taka, że w tym roku w głównej kategorii po prostu nie potrafię. Wpływa na to kilka czynników. Pierwszy jest dość oczywisty, ale jednocześnie najważniejszy: zmiana liczby nominowanych i sposobu głosowania na zwycięzcę. Tylko to rodzi szereg pytań i wątpliwości. Akademicy do tej pory głosowali na jeden film z pięciu. Jeżeli widzieli trzy z pięciu, no to sorry. Jeden dostaje głos, pozostałe cztery są w równym stopniu poszkodowane, mimo że dwa z nich zostały obejrzane, a dwa nie. Ok, zdarza się, niemniej głosujemy na film, który widzieliśmy, co jest godne pochwały. W tym roku głosuje się tak na prawdę na wszystkie dziesięć filmów, przyznając im kolejno miejsca w kolejności od najlepszego do najgorszego. No i klops. Jeżeli członek akademii widział tylko sześć z dziesięciu filmów, i tak siłą rzeczy głosuje na dziesięć filmów. Jeżeli jest człowiekiem przyzwoitym, sześć obejrzanych filmów uporządkuje według własnego widzimisię, a na pozostałe cztery nie zagłosuje. Czy tak wypełniony formularz dalej będzie traktowany jako ważny? Nie wiem. Nie można wykluczyć sytuacji, że z jakichś powodów pozostałe cztery filmy także zostaną przez niego uporządkowane. Według jakich kryteriów? Cholera wie, ale na pewno nie będzie to jego własna opinia. Mówimy ciągle o człowieku przyzwoitym. Nieprzyzwoity człowiek może, niestety, zrobić o wiele więcej. Daleki jestem od myślenia, że w Akademii są sami dranie, ale jestem pewien, że – jak w każdej tak licznej grupie – paru się znajdzie. Nieprzyzwoity człowiek, niezależnie od tego, ile nominowanych filmów widział, może film nielubiany zepchnąć na koniec listy, mimo że w środku listy znajdują się filmy, których nie zna, ale uznał za lepsze. Przesadne gdybanie? Możliwe, ale przy nowej metodzie głosowania istnieje niebezpieczeństwo takich sytuacji. Jeżeli ktoś rok temu szczerze nienawidził np. „Lektora„, po prostu na niego nie głosował. Jeżeli w tym roku ktoś szczerze nienawidzi np. „Bękartów wojny”, to umieszcza je na końcu listy, wyrządzając im o wiele większą szkodę niż w przypadku niezagłosowania.
Dlatego uważam, że w tym roku w głównej kategorii mamy absolutne wariactwo. Wiele filmów otrzymuje skrajne opinie: kocham albo nienawidzę, nie ma półśrodków. Tak się dzieje w przypadku dwóch filmów, które wydają się być najbliżej nagrody, czyli „The Hurt Locker. W pułapce wojny” i „Avatar”. Ludzie albo zakochują się w surowym i nieszablonowym kinie wojennym, albo mieszają je z błotem. Podobnie „Avatar” – objawienie albo biegające efekty specjalne w pogoni za dobrym scenariuszem. „Bękarty wojny”, mimo lekkości gatunkowej i przymrużonego oka, także generują dużo negatywnych emocji, no bo jednak mówi się o kwestiach żydowskich i drugiej wojnie światowej. Jak to wpłynie na miejsce na liście głosujących i, co ważniejsze, kto na tym skorzysta? Nie wiem.
Gdyby to był zwykły rok nagród, powiedziałbym, że „The Hurt Locker” i „Avatar” grają o najwyższe laury, a pozostali przyszli poklaskać. Pewnie byłbym nawet skłonny rzec, że wygra „Avatar”, bo jednak popularność filmu może wziąć górę nad innymi kwestiami, takimi jak nagrody poprzedzające ceremonię (a te wskazują jednoznacznie na film Bigelow). Nie jest to jednak zwykły rok, więc niestety nie mam jednoznacznej odpowiedzi, bo na serio uważam, że co najmniej pięć filmów może zgarnąć najważniejszego Oscara. „The Hurt Locker” i „Avatar” – to już wiemy. „Bękarty wojny” mogą skorzystać na zimnej wojnie w opinii publicznej i mediach między filmami Camerona i Bigelow. Jeżeli ma wygrać film, który budzi tylko i wyłącznie pozytywne odczucia i zawsze będzie się znajdywał w górnych partiach formularzy, to trzeba stawiać na … „Odlot„, a w małym stopniu także na „The Blind Side„. Amerykańskie kino niezależne ciągle czeka, aż Akademia poklepie je po plecach, więc może „Precious„? Ile by nie mnożyć hipotez i teorii, prawda jest taka, że zwycięzca może być tylko jeden i po odczytaniu werdyktu prawdopodobnie będziemy rozczarowani, że rzeczywiście wygrał „Avatar” lub „The Hurt Locker”, a zapowiadanej niespodzianki nie było. Możliwe i prawdopodobne, ale fakt faktem, że od tego roku jest o wiele większa furtka dla niespodzianek w głównej kategorii – i nie niespodzianek w stylu „Miasta gniewu„, ale w stylu „Goło i wesoło” pokonującego „Titanica„. Gdyby wyścig był bardziej wyrównany, takie szokujące werdykty byłyby możliwe, ale w tym roku chyba jeszcze na to za wcześnie. „The Hurt Locker” szedł jak burza przez cały sezon z jednym małym potknięciem (Globy). „Avatar” zarabia dalej olbrzymie ilości gotówki. Moim zdaniem wygra ten drugi, choć nie będzie zaskoczeniem, gdy zwycięzcą okaże się dzieło Bigelow. Na dwoje babka wróżyła, ze wskazaniem na „Avatar”.

Nie ma wątpliwości. Jeff Bridges wszedł w sezon nagród w najlepszym z możliwych momentów. Nie było wyrazistego kandydata na scenie. Oscar George’a Clooneya jeszcze nie wystygł, Morgan Freeman jest niezły, ale film raczej nijaki, Jeremy Renner to nowicjusz, dla którego nominacja jest już nagrodą, a smutna prawda jest taka, że film Colina Firtha niewiele osób widziało. Inni w sezonie nie bardzo się liczyli. „Droga” Johna Hilcoata niestety skończyła bieg, zanim zdążyła się rozpędzić, a wraz z nią przepadł znakomity Viggo Mortensen. Michael Stuhlbarg także był świetny, ale absolutnie nieznany przez nikogo. Temu wyścigowi brakowało wyrazistego lidera. Każdy nieśmiało spoglądał w stronę statuetki i zalotnie łypał okiem. Producenci „Szalonego serca„, widząc to, odważnie weszli w środek tego tłumu i przepychając się łokciami Jeffa Bridgesa dochrapali się Oscara dla najlepszego aktora. Nie potrafię sobie też wyobrazić, jaki inny aktor dzisiaj mógłby posunąć się do takiego ruchu i odnieść taki sukces. Celowo nie rozpatruję jakości roli, bo jest ona owszem dobra, nawet bardzo, zdecydowanie nie najlepsza z nominowanych i nie najlepsza w karierze Bridgesa, ale to nie jest ważne. Bridges wszystkich zauroczył swoją bezpośredniością, luzem i skromnością. Każdy wiedział, że był wielokrotnie „krzywdzony” przez Oscary, a ci, co z nim współpracowali, wiedzą, że to w gruncie rzeczy fajny gość. I to zagrało. Minimalnym, wyjątkowo minimalnym zagrożeniem dla Bridgesa jest Firth – z podobnych powodów. Był przez lata pomijany, niedoceniany i wreszcie otrzymuje szansę na sukces. Niemniej on został już nagrodzony przez rodaków BAFT-ą i w tym sezonie to jest jego „Oscar”. Bridges wygra na podobnej zasadzie: także nagrodzą go rodacy z sentymentu, zmieni się tylko kontynent. Bridges na 100%.

Tu sprawa jest skomplikowana, a może po prostu sam ją celowo komplikuję. Gdyby nie doszukiwać się teorii spiskowych i opierać sądy na faktach, to wygra Sandra Bullock (SAG + Glob + niespodziewana nominacja dla najlepszego filmu), sprawa zamknięta. Niemniej ciągle nie mogę sam osobiście przekonać się do tej… przeciętnej, moim zdaniem, roli i dlatego muszę trochę pogrzebać. Bullock próbowała wstrzelić się w sezon nagród podobnie jak Bridges, także jest bardzo lubiana, a wyścigowi brakowało wyrazistej kandydatki – nie licząc Meryl Streep, ale o niej później. Niestety wstrzelenie się Bullock nie powiodło się aż tak dobrze jak Bridgesowi. Ona nie ma statusu pokrzywdzonej, a jedna z jej wcześniejszych ról nie miała znamion pominiętej przez Akademię. Owszem, pojawił się skowronek w postaci „Miasta gniewu”, ale to był tylko sygnał, że coś mogło się ruszyć w dobrym kierunku. Jak się okazuje, ruszyło, bo nominacja jest – ale czy to już „koniec drogi”? Czy to już czas, żeby powiedzieć Bullock: „grałaś w chałturach, filmach akcji, wybaczamy, bo wyraźnie się polepszyło i lepiej być nie może”? Sam nie wiem. O ile Bridges nie ma takiego problemu, to Bullock owszem. Do tego dochodzi osławiony „efekt Norbita”, czyli pojawienie się wyjątkowo kiepskiego filmu w trakcie sezonu nagród, który zaprzepaścił szanse faworyta na nagrodę. Eddie Murphy nie dostał Oscara, bo jego „Norbit” okazał się tak żenującym filmem, że ludzie pozapominali o jego wspaniałej metamorfozie z „Dreamgirls„. Bullock zagrała we „Wszystko o Stevenie” i dostała za tę rolę nominacje do Złotej Maliny, a to może mieć niemałe znaczenie, szczególnie, że widać pewne podobieństwa między karierami Bullock i Murphy’ego.
No ale spójrzmy wreszcie na jej konkurentki. Jest Carey Mulligan, nowicjuszka, której prawdopodobnie będę kibicował. Dostała BAFT-ę, jej film jest nominowany w głównej kategorii, posiada liczne nagrody krytyków. Czy to wystarczy? Całkiem możliwe; jej brytyjska nagroda jeszcze nie wystygła i ludzie ją pamiętają. Jeżeli chodzi o jakość roli, to z nominowanych jest na równi ze Streep, ale to tylko moje odczucie. Niemniej nie można powiedzieć, że wśród nominowanych znalazła się przez przypadek. Na minus działa fakt, że to po prostu utalentowana, poukładana i miła dziewczyna, która w większości wywiadów, w jakich uczestniczyła, trzymała język za zębami i grzecznie słuchała, a tu trzeba walczyć. Bullock nie miała z tym problemów. Trochę głośniejsza była Gabourey Sidibe, ale też chyba zbyt cicha. Rola bardzo odważna i sprawia wrażenie przemyślanej. Na ile to zasługa nowicjuszki, a na ile sprawnego poprowadzenia przez reżysera? – to inna sprawa, ale nie to oceniamy. Gdy patrzy się na efekt ekranowy, wrażenie jest piorunujące i szanse na Oscara jak najbardziej są. Dodatkowo jej film jest najbardziej utytułowanym ze wszystkich, w których grały nominowane w tej kategorii. Sympatia dla filmu może się przelać na sukces w tej kategorii. Z drugiej strony to Mo’nique wyrosła na gwiazdę tej produkcji i tak jak Javier Bardem w „To nie jest kraj dla starych ludzi” swoją rolą kradnie szanse innym. Mo’nique Oscara dostanie na 100% i wielu może uznać, że jedna nagroda aktorska wystarczy, a „w tej drugiej kategorii damy szansę innym”. Tą inną może być też Meryl Streep. Ta cholerna Meryl Streep, która cokolwiek by nie zrobiła, jest w tym niedościgniona. Jej rola w „Julie i Julia” to niesamowity koncert aktorski, na który można patrzeć w nieskończoność i zdecydowanie jest to materiał oscarowy. Pojawiają się pytania, czy trzeci Oscar dla Streep to nie za dużo? Ostatnio została wyróżniona w 1983 roku, czyli 27 lat temu! Od tego czasu stworzyła niezliczoną ilość znakomitych kreacji, z których połowa mogłaby zostać ozłocona przez Akademię i nikt by nie protestował. Pod pewnym względem można powiedzieć, że pomimo dwóch statuetek na koncie Streep również ma w pewnym sensie status pokrzywdzonej. Przypuszczam, że w tym roku nie miałaby problemu ze zwycięstwem… gdyby jej na tym zależało. Streep nie musi niczego nikomu udowadniać, nie musi udzielać wywiadów podczas sezonu nagród (czego nie czyni), nie musi jeździć na rozdanie BAFT-y tylko po to, żeby się pokazać (czego też nie uczyniła). Jej dystans do tego, co robi, jest wyjątkowo imponujący. To królowa aktorstwa i tego nic nie zmieni. Jest ponad nagrodami, do niczego ich nie potrzebuje, dlatego pozostawia wyścigi innym. Oczywiście taka postawia imponuje i paradoksalnie może zaimponować członkom akademii do tego stopnia, że właśnie dlatego na nią zagłosują.
Niemniej wydaje mi się, że ostatecznie to Bullock dostanie Oscara. Nie będę z tego specjalnie zadowolony, ale ta, moim zdaniem, nagroda na wyrost może przynieść jakieś korzyści i przestaniemy oglądać kolejne metamorfozy Miss Agent. Z drugiej strony Resse Witherspoon na swoim wyróżnieniu niespecjalnie skorzystała. Podsumowując – najprawdopodobniej wygrywa Sandra Bullock, ale Mulligan, Sidibe i Streep nie są bez szans. Jedna z ciekawszych nagród wieczoru.

Ta kategoria została rozstrzygnięta dawno temu. Christoph Waltz jako Pułkownik SS Hans Landa w tym roku nie miał sobie równych i niezmiernie się cieszę, że zostanie wyróżniony. Po pierwsze, rola i jego interpretacja są niesamowite. Oczywiście duża w tym zasługa Tarantino (co Waltz w całej swojej skromności podkreśla przy każdej okazji), ale postać na papierze i postać na ekranie to dwie różne rzeczy. Po drugie, na światło dzienne wyszedł niesamowity talent aktorski, który tylko czeka aby „być wykorzystanym”. Oczywiście losy Waltza mogą potoczyć się różnie, bo machina hollywoodzka jest bezlitosna, ale nie wróżę (tym bardziej nie życzę) mu scenariusz a la Bela Lugosi. Sam Waltz przyznaje, że czemu nie miałby dać z siebie wycisnąć z siebie soków przez przemysł filmowy, skoro najwyraźniej jeszcze dużo soku w nim zostało. Ciekawe podejście. Wracając do samej kategorii, to od dłuższego czasu batalia rozgrywała się jedynie o nominacje. Skorzystał Matt Damon. Czy słusznie? Moim skromnym zdaniem nie do końca, ale skłamałbym gdybym powiedział, że nie podobał mi się w „Invictus”. Reszta panów, czyli Stanley Tucci, Christopher Plummer i Woody Harrelson to wyróżnienia jak najbardziej zasłużone, choć jak co roku w tej kategorii jest tyle ról, które mogłyby być nominowane, że chciałoby się rozszerzenia tej kategorii do dziesięciu nominacji. Rewelacyjny Christian McKay w średnim filmie „Ja i Orson Welles” nie doczekał się nominacji, podobnie jak drugoplanowi panowie z „Była sobie dziewczyna” czyli Alfred Molina i Peter Sarsgaard. Szkoda. Warto zauważyć kilka prawidłowości. Nominowani zostali (z wyjątkiem Waltza) aktorzy, którzy oprócz wyróżnionej roli mieli w roku co najmniej jeszcze jeden dobry film na koncie. Harrelson miał bardzo pozytywnie przyjęty „Zombieland„, Plummer grał w „Parnassusie„, Tucci znakomicie uzupełniał Meryl Streep w „Julie i Julia”, a Damon otarł się o Glob za najlepszą rolę komediową w „The Informant” Soderbergha. Druga prawidłowość jest bardziej wyraźna. Już trzeci rok z rzędu aktor drugoplanowy jest czarnym charakterem i trzeci rok z rzędu rola ta absolutnie dominuje nad innymi – do tego stopnia, że bardziej można się emocjonować ogłoszeniem nominacji niż nie samym werdyktem Akademii. Jak będzie w przyszłym roku? Nie wiem. Jak będzie w tym? Waltz bez cienia wątpliwości.

Podobnie jak u panów nie ma cienia wątpliwości. Tylko Mo’nique się liczy i jeżeli wieczór nie będzie obfity w niespodzianki, okaże się to jedyne wyróżnienie dla „Precious” Lee Danielsa. Rzeczywiście aktorka wyróżnia się na tle i tak bardzo wyrazistego filmu, nigdy nie przekraczając groźnej w tym przypadku granicy, kiedy jej postać stałaby się karykaturalna. Ubranie stereotypu w szaty człowieka z krwi i kości i zmuszenie widowni do przebicia się przez ten stereotyp to nie lada wyzwanie. Mo’nique to się udało, ale trzeba też oddać honor reżyserowi, który strzelił w dziesiątkę, obsadzając tą aktorkę w tej roli. Wymagało to nie lada odwagi, bo Mo’nique do tej pory zajmowała się głównie stand-up comedy, gdzie nie stroniła od średniej klasy dowcipów obficie upiększanych przekleństwami. Jednak ryzyko się opłaciło. Konkurencja na szczęście nie jest absolutnie bezbarwna i muszę powiedzieć, że ucieszyłaby mnie niespodziewana nagroda dla Anny Kendrick, która (z zachowaniem proporcji) przypomina mi trochę młodą Holly Hunter z „Telepasji„. Twarda i bezuczuciowa młódka w dużej korporacji gotowa to stąpania po trupach, żeby dopiąć swego, okazuje się człowiekiem. Niby banał i truizm, ale ja to kupuję. Szczególnie, że przez pierwszą połowę filmu Kendrick wydaje się nie mieć nic do zaoferowania oprócz miłego głosu i kamiennej twarzy, co później okazuje się mylne. To nie maniera aktorska, ale subtelna gra z widzem, który zostaje uderzony niespodziewanymi emocjami ze strony, z której nigdy by się ich nie spodziewał. Pozytywne zaskoczenie. W lekkie zakłopotanie wprowadziło mnie nominowanie Penelope Cruz, ale jest świeżo po Oscarze z zeszłego roku, więc Akademia najwyraźniej poszła za ciosem. Dodatkowo tańczy, śpiewa i kusi dekoltem. No cóż. Niech ma. Werdykt – bezapelacyjnie Mo’nique.

Nagroda Gildii Reżyserów przypadła Kathryn Bigelow, a to w zasadzie przesądza sprawę. 7 marca pierwsza kobieta w historii Oscarów zostanie nagrodzona laurem za najlepszą reżyserię. Jakkolwiek dalej miałyby się potoczyć losy „The Hurt Locker”, ta nagroda akurat jest pewna. Co ważniejsze, nie jest ona polityczna ani wizerunkowa – „bo kiedyś trzeba nagrodzić kobietę”. Nie, statuetka i wyróżnienie dla Bigelow są w pełni zasłużone. Fakt: zrobiła film niełatwy w odbiorze, ale w moim odczuciu właśnie przez to dalej się chce w niego brnąć. Pomijając realizację scen, nazwijmy to, atrakcyjnych, bardzo umiejętnie i subtelnie porusza się po materii filmowej, znakomicie znając oczekiwania widza, i trochę sobie z nimi igra. Zabawa z widzem to nie zawsze najlepszy sposób na zdobycie Oscara, ale czasem skutkuje nagrodą (bracia Coen), a czasem samotną nominacją (David Lynch za „Blue Velvet” i „Mulholland Dr.„). Drugi w kolejce nie jest u mnie, jak można by sądzić, James Cameron, ale Quentin Tarantino. W zasadzie nie ma przesady w stwierdzeniu, że „Bękarty wojny” to tylko Tarantino. Reżyser ten zatoczył bardzo duże i ciekawe koło. Od furory, jaką wywołał „Pulp Fiction„, przez gorzej przyjętą „Jackie Brown„, popularne i ładne, ale mało znaczące „Kill Bille” i prostą zabawę, jaką był „Death Proof„, doszedł do swojego najdojrzalszego na dziś dzień filmu – o ile w ogóle można mówić o Tarantino, że jest dojrzały. To wciąż wyrośnięty dzieciak zakochany w kinie i przemocy, który swoim bezprecedensowym podejściem do klasyki i kanonów filmu potrafi zauroczyć tłumy. „Bękarty” wydają się być o tyle lepsze, że widać w nich wyraźnie większy rygor i szacunek dla materii, jaką bawi się twórca. Może to być spowodowane tym, że projekt zaprzątał jego umysł od co najmniej dziesięciu lat, ale tak czy inaczej uznanie się należy. Jego kunszt reżyserski jest niepodważalny, tym bardziej szkoda, że uznania będzie musiał szukać w innych kategoriach. Niemniej w tym roku po prostu trafił na lepszego, a właściwie na lepszą. Bigelow wygrywa, bez dwóch zdań.
Tutaj na pewno będzie tryumfował faworyt do głównej nagrody z początku sezonu, z czasem zredukowany do pozycji potencjalnego największego przegranego wieczoru, czyli „W chmurach” Jasona Reitmana. Losy tego filmu to niestety równia pochyła. George Clooney, który według wielu wspiął się na wyżyny swoich umiejętności, został wypchnięty z kolejki do Oscara przez Bridgesa. Anna Kendrick, mimo kilku nagród krytyki, okazała się niedostatecznie wyrazista na tle Mo’nique. Sam Reitman jako reżyser od początku sezonu nie miał większych szans na nagrodę, ale ogólne poparcie dla filmu mogło zwiększyć jego szanse. Tak się niestety nie stało, a gwoździem do trumny był brak nominacji za montaż. W ten sposób nagroda za scenariusz będzie prawdopodobnie jedyną statuetką dla tego filmu, na otarcie łez. Duże poparcie dla „Precious” z końca sezonu każe się zastanowić, czy nie czeka nas kolejna niespodzianka, ale patrząc chłodnym okiem na nagrody krytyków gildii, krytyków i BAFTA, można chyba być pewnym werdyktu. Reitmanowi należy się uznanie za stworzenie dość intrygującej postaci, która nie przez przypadek może funkcjonować na poziomie symbolu. Jedni mówią, że to film nakręcony pod kryzys, a ja uważam, że każdy film mający coś mądrego do powiedzenia o kondycji psychicznej ludzi w konkretnych realiach (zachowując oczywiście konieczne dla filmu uproszczenia) jest wart uwagi. Szczególnie, że mówi o tym w subtelny i nienachalny sposób. Każda postać z głównego trójkąta nosi maskę, z której jest pozornie zadowolona. Potem okazuje się, że przyjmują określone funkcje i pozycje nie z własnego wyboru, ale z konieczności. Co ich do tego zmusiło? Chciałoby się powiedzieć, że to ten wredny system jest wszystkiemu winien. Na szczęście Reitman ma na tyle oleju w głowie, żeby nie serwować nam takiej tezy. Nie ocenia swoich bohaterów, wręcz przeciwnie – jest wobec nich wyrozumiały. Każdy z nich odbywa pewną podróż do wnętrza i każdy znajduje coś innego, niektórzy nie znajdują nic. Cała ta historia opowiedziana jest z dużą dozą ciepła i pewnej nostalgii, nie stroniąc od subtelnego humoru. Mnie ta opowieść przekonała i jak się okazuje nie tylko mnie. Werdykt – „W chmurach”.

Ta kategoria nie jest jeszcze rozstrzygnięta. Mimo że zestaw nominowanych był w dużej części do przewidzenia („The Messenger” niespodziewanie wskoczył na miejsce „500 dni miłości„), to przez cały sezon batalię toczyły „The Hurt Locker” i „Bękarty wojny” i żaden film nie ma wyraźnej przewagi. Wyrównany wyścig między dwójką faworytów jest zawsze furtką dla „tego trzeciego”, którym w tym przypadku może być „Odlot”, a nawet „A Serious Man” braci Coen, ale ich szanse są wyjątkowo małe. Mimo że podczas gali będę gorąco kibicował „The Hurt Locker”, to muszę przyznać, że nagroda dla Marka Boala trochę by mnie rozczarowała. Nie dlatego, że na nią nie zasłużył, ale z prostej przyczyny - bardzo chciałbym, żeby Tarantino został osobiście doceniony za „Bękarty wojny” a nie pośrednio przez nagrodę dla Waltza. Jak wcześniej wspominałem, na nagrodę za reżyserię nie ma szans, więc naturalnym wydaje się laur w tej kategorii. Mimo że statystyki nie działają na jego korzyść, to jestem niemal pewien, że właśnie on stanie na scenie z rycerzykiem w dłoni i w swojej charakterystycznej manierze będzie dziękował wszystkim dookoła. Postacie i przede wszystkim dialogi w „Bękartach wojny” to tętniące życiem twory, które zrodziły się w w głowie Tarantino i pod jego czujnym reżyserskim okiem po prostu nie zostały spieprzone przez aktorów, a ryzyko było duże. Nie ma dwóch zdań, że „Bękarty” to Tarantino, a Tarantino to „Bękarty” – reszta mu tylko pomagała. Obok „Avatara” jest to chyba najbardziej autorskie dzieło pośród wszystkich nominowanych, a wszystko zaczęło się od scenariusza. Wydaje mi się, że nieokiełznana energia wygra z precyzyjnym skupieniem „The Hurt Locker”. Gdybym jednak miał wybierać osobistego faworyta, to musiałbym obstawiać „A Serious Man” Coenów, którzy w moim odczuciu wyczarowali bardzo dojrzały, bardzo gorzki, ironiczny i przede wszystkim bardzo osobisty film. Werdykt – Tarantino albo Boal, ze wskazaniem na Tarantino.

Bardzo ciekawi mnie werdykt Akademii w tej kategorii. Z jednej strony – nie wiem, kto wygra, bo sprawa jest otwarta. Z drugiej – werdykt może się okazać bardzo znaczący dla dalszych dziejów tej kategorii, ale o tym później. Nagrody krytyków otrzymywali mniej więcej po równo „The Hurt Locker”, „Avatar” i „Biała wstążka” Michaela Hanekego. Po pewnym czasie szum wokół zdjęć do „Wstążki” autorstwa Christiana Bergera przycichł i sprawa rozstrzygała się między dwoma tytanami tego sezonu. BAFTA powędrowała w ręce Barry’ego Ackroyda i gdy sprawa była już niemal wyjaśniona, a „The Hurt Locker” miał zostać ponownie ozłocony, tym razem laurem stowarzyszenia operatorów amerykańskich, na ring powrócił Berger.
Sama kalkulacja nagród przedoscarowych niewiele nam powie, ale nie jest to aż tak ważne. Ważniejszy jest werdykt, który może wyglądać trojako. Jeden – wygrywa Barry Ackroyd (moim zdaniem zasłużenie) w nieprzyjaznej atmosferze „wszystko dla zwycięzcy”, co nie do końca będzie prawdą, ale takie będzie wrażenie. Moim zdaniem zdjęcia są wyjątkowe, bo do pewnego stopnia „przezroczyste”, a w tym właśnie się specjalizuje ten operator. Wypracowanymi zabiegami formalnymi, sprawiającymi wrażenie przypadkowych, potrafi znakomicie oddać klimat sceny, umieszczając widza w samym środku akcji i to w taki sposób, aby nie miał złudzenia, że ogląda coś fałszywego lub specjalnie skomponowanego. Nie należy tego mylić z realizmem, bo to dwie różne rzeczy, z których ta druga nie jest ograniczona jedynie do zdjęć w filmie. Prędzej nazwałbym to pewną surowością, która umiejętnie wykorzystana przez Bigelow, Innis i Murawskiego, jest cholernie skuteczna w wywoływaniu ogromnych emocji.
Dwa – wygrywa Mauro Fiore za „Avatara” i tworzy się nowy precedens, bo nagrodę za zdjęcia otrzymuje film, którego obraz w większości został wykreowany w komputerze, a nie na planie. Owszem, wcześniej nagrodą za zdjęcia zostały nagradzane filmy ze sporą ilością CGI („Drużyna Pierścienia”, „Aviator”), ale nigdy do tego stopnia. Nie twierdzę, że nagroda ta byłaby bezzasadna, bo trzeba przyznać, że Cameron pchnął technikę 3D w przyszłość, wynalazł i zbudował swój własny sprzęt oraz oprogramowanie, z którego kolejne pokolenia filmowców będą korzystały jeszcze przez wiele lat. Kontrowersyjna wśród aktorów technika performance capture to kolejny, kto wie czy nie największy do tej pory, krok milowy w dziedzinie cyfrowych efektów specjalnych. Jest tylko jedno „ale”. Co tak naprawdę nagradzamy? Technologię, która ociera się o kategorie efektów specjalnych? Może rewolucyjne zastosowanie technologii 3D? A może, to co ja osobiście uważam za najważniejsze, wizualny efekt ekranowy niezależnie od technologii, w jakiej jest wyświetlany? Transfer filmu 2D na 3D jest możliwy. „Avatara” da się obejrzeć w normalnym kinie. Performance capture to jednak ciągle kategoria efektów wizualnych. Pozostaje zatem efekt ekranowy, a tu moim zdaniem, „Avatar” wznosi się niewiele ponad przeciętność. Jeżeli chodzi o zdjęcia, Jest zaskakująco normalny i prosty. Owszem, prostota jest skuteczna, ale z poprzednich lat wiemy, że nie to tu się nagradza.
Trzy – Akademia zagrywa bezpiecznie, nie rozstrzyga sporu między „Avatarem” i „The Hurt Locker” przy okazji tej kategorii, nagradzając Bergera. Nie będzie to nagroda niezasłużona, szczególnie że zdjęcia są wyraźnie wzorowane na dokonaniach legendy operatorki, Svena Nykvista. Kogo obstawiać? Trudno powiedzieć, ja obstawiam „The Hurt Locker”, ale równie dobrze mogą wygrać „Avatar” lub „Biała wstążka”. Ktokolwiek nie wygra, będzie to ciekawy werdykt.

Bez dwóch zdań wygrywa „The Hurt Locker” i jest to w pełni zasłużona nagroda. Ani ciekawe ucieczki w świat marzeń z „Precious”, ani zabawy z mieszaniem materiału dokumentalnego z „fabularnym” w „Dystrykcie 9„, ani nagle gęstniejąca atmosfera „Bękartów wojny” i zaledwie poprawnie zmontowany „Avatar”, nie są w stanie dorównać szargającemu nerwy spektaklowi, jaki prezentują tam Bob Murawski i Chris Innis. Na poziomie sceny jest to montaż niespieszny, powoli odkrywający karty przed widzem. Na poziomie holistycznym jest to pozornie niespójna, ale jednak precyzyjnie utkana historia o pewnym żołnierzu, który na początku jest tajemniczym następcą poległego dowódcy oddziału, potem nieokiełznanym wariatem pchającym się pod lufy karabinów, a jeszcze później śmiertelnym zagrożeniem dla członków jego oddziału. Na samym końcu historii docieramy do jego wnętrza, mimo że nie mówi nam o sobie, zwracając się do kamery albo z offu. Z kilku prostych klocków montażyści ułożyli znakomity dramaturgiczny przebieg historii i postaci, powoli i skutecznie odkrywając kolejne warstwy sierżanta Jamesa. Gdyby to kogoś nie przekonało, to trudno, ale o zasadności nagrody można się przekonać, oglądając scenę pojedynku snajperskiego albo pierwsze 8 minut filmu. Czysta wirtuozeria. „The Hurt Locker” na 100%.
Pozostałe kategorie powinny wyglądać mniej więcej tak:
Najlepszy film animowany – „Odlot”
Najlepsza muzyka – „Odlot”
Najlepsza piosenka – „Szalone serce”
Najlepsza scenografia – „Avatar”
Najlepsze kostiumy – „Młoda Wiktoria”
Najlepszy dźwięk – „The Hurt Locker” lub „Avatar”, ze wskazaniem na ten pierwszy
Najlepsze efekty dźwiękowe – „Avatar”
Najlepsze efekty specjalne – „Avatar”
Najlepsza charakteryzacja – „Star Trek” z małą szansą dla „Młodej Wiktorii”
Najlepszy film nieanglojęzyczny – „Biała wstążka” lub „Prorok”, z lekkim wskazaniem na ten drugi.
Powyższe rozważania mają oczywiście charakter akademicki, bo nie mam zielonego pojęcia kto wygra – nikt nie ma. Właśnie w tym znajduję satysfakcję ze śledzenia i prorokowania prawdopodobnych zwycięzców. Oczywiście jak każdy lubię mieć rację, ale najbardziej chciałbym, aby ani jedna z powyższych prognoz się nie sprawdziła, bo tak naprawdę właśnie niespodzianki (pozytywne i negatywne) i emocje, jakie wywołują, są w tym wszystkim najważniejsze. W każdym roku jest na nie zawsze trochę miejsca, a mam wrażenie, że w tym konkretnym będzie go wyjątkowo dużo. Pozostaje tylko obudzić się o nieprzyzwoicie wczesnej porze w poniedziałek, zaparzyć kawę, zasiąść przed telewizorem i liczyć na to, że Akademia będzie nas w stanie zaskoczyć.





Nie jestem pewien i mogę się mylić, ale system głosowania, że robimy listę od 1 do 5 (w tym przypadku 1 do 10) był chyba od zawsze i tak oni głosowali od dawna, to nie jest nowość. Na Stopklatce o tym chyba pisali kiedyś. Mogę się mylić, ale mogę też mieć rację (to oczywiste hehe).
Masz jakiś potwierdzenie, że to nowość w tym roku?
Ja swoje relacje na temat oscarów opisałem tutaj: http://unnami.eu :)
I trzymam kciuki za Meryl! unnamiCytuj
http://www.vanityfair.com/online/oscars/2010/02/preferential-voting-good-for-oscar-good-for-democracy.html KoleśCytuj