Witam w drugiej odsłonie oscarowej gdybaniny. Styczeń, jak co roku, okazał się miesiącem wielu przetasowań oraz rozjaśnienia sytuacji poszczególnych filmów i aktorów w wyścigu po złotego rycerzyka. Stało się to między innymi za sprawą przyznania Złotych Globów i Critics Choice, a także nagród gildii reżyserskiej, producenckiej i aktorskiej. Dodatkowo ogłoszono nominacje do „brytyjskich Oscarów”, czyli BAFTA, jednak w ogólnym rozrachunku nagrody przyznawane przez Wyspiarzy okazują się być kiepskim prognostykiem. Powyższe laury po części potwierdziły to, co wiedzieliśmy już miesiąc temu, wyjaśniły niejasności, ale żeby nie było zbyt nudno, wprowadziły także trochę zamętu i niepewności.
Zacznijmy od tego, co wiemy na pewno. Już dzisiaj można odtrąbić, że Christoph Waltz, Mo’Nique, Jeff Bridges, Kathryn Bigelow, Jason Reitman, Michael Giacchino i Pete Docter zostaną laureatami nagrody Akademii. Trójka aktorska (Bridges, Waltz i Mo’Nique) w swoich kategoriach zdobyła nagrody Critics Choice, SAG Award i Glob, więc nie wydaje się, aby ktokolwiek miał ich zatrzymać. Dla Christopha Waltza minimalnym zagrożeniem jest Christopher Plummer ze swoim statusem weterana – i niczym więcej. Niemniej, jak pokazuje historia, to czasami może wystarczyć. Świętej pamięci James Coburn wiedział o tym najlepiej, kiedy odbierał statuetkę z rąk Kim Basinger za rolę w „Prywatne piekło”. Wszyscy byli zaskoczeni już samą nominacją, jednak w tamtym roku sytuacja była o tyle inna, że wyścig w męskiej kategorii drugoplanowej nie miał faworyta. Głosy rozdzielały się mniej więcej po równo między Edem Harrisem („Truman Show”) i Billym Bobem Thortonem („Prosty Plan”), a zaskoczyć mógł Robert Duvall („Adwokat”). Tym razem nie ma wyrównanego wyścigu. Waltz swoją brawurową rolą pozostawił wszystkich daleko w tyle i dlatego wydaje mi się, że niespodzianka nie jest możliwa. Mo’Nique także może już ćwiczyć swoje ckliwe przemówienie. Jest w o tyle lepszej sytuacji, że nie może jej zagrozić żaden weteran. Mogła jej zagrozić Julianne Moore, która zbliża się do honorowego tytułu „niedoceniona jak Kate Winslet”, ale wbrew przewidywaniom w tym roku nominacji nie dostała. Jeff Bridges, tak jak przewidywałem w pierwszej części rozważań, to weteran i pewniak. Globem i SAG Award potwierdził tylko swoją pozycję lidera. George Clooney ma małe szanse, ale jednak je zachował, bo Hollywood go kocha. Nagroda dla Jeremy’ego Rennera byłaby największą niespodzianką wieczoru, ale tak się nie stanie.
Trochę więcej uwagi należy poświęcić kolejnemu (prawie) pewniakowi, czyli pani Kathryn Bigelow. Otrzymując nagrodę Gildii Reżyserów, nie tylko stała się faworytem do Oscara, ale przeszła do historii jako pierwsza kobieta, która otrzymała tę nagrodę. W wyścigu po złotego rycerzyka w tej kategorii nie ma lepszego prognostyka. Dlaczego więc ciągle mam obawy, czy aby na pewno pani Bigelow zostanie nagrodzona? Na pewno nie dlatego, że na niego nie zasługuje, a nagroda jest polityczna. Jeżeli Akademia chce nagrodzić najlepszego reżysera, to powinna nagrodzić Bigelow. Problemem jest natomiast film, za którym nie przepadam, czyli „Avatar” i jego reżyser – James Cameron. Po pierwsze dostał Złoty Glob. W zestawieniu z DGA Award Glob co prawda niewiele znaczy, ale z drugiej strony jednak jest to jedna z ważniejszych nagród. Po drugie – technologia i aura innowacyjności, „milowego kroku” w historii kina. Po trzecie wszyscy już obejrzeli „Avatara”, który niedawno stał się najbardziej kasowym filmem w historii. Po czwarte film ten, ze wszystkimi swoimi wadami i niedociągnięciami, to produkt skrojony pod widza masowego. Cechuje go także wyjątkowa łatwość oglądania i pewien bezkompleksowy charakter. Czy za to powinno się przyznawać Oscara za reżyserię? Moim zdaniem nie, ale nie wiem, czy Akademia myśli tak samo. Bigelow stworzyła film wyjątkowy, lecz ciągle pozostaje pytanie, czy dostatecznie dużo ludzi obejrzało tę perełkę, żeby stwierdzić ten fakt? Mam nadzieję, że tak, a Gildia Reżyserów mnie swoim werdyktem bardzo uspokoiła.
W kategorii scenariusza adaptowanego sytuacja jest w miarę klarowna. Jason Reitman na pewno zostanie nagrodzony za „W chmurach” i będzie to prawdopodobnie najcenniejszy (i całkiem możliwe, że jedyny) laur, jaki zgarnie ten film. Jest to sytuacja podobna do tej, w jakiej kilka lat temu znalazły się „Bezdroża” Alexandra Payne’a – komediodramat z nominacjami za film, reżyserię i kilka kreacji aktorskich, którego reżyser jest także współautorem scenariusza. Ta analogia oraz duża ilość nagród właśnie za scenariusz są dla mnie wystarczającym zapewnieniem, że Oscar powędruje w tę, a nie inną stronę. W kategorii scenariusza oryginalnego nie jest już tak spokojnie. Tutaj potencjalnych kandydatów jest kilku. Najpewniej wygląda dwóch – Quentin Tarantino i jego „Bękarty wojny” oraz Mark Boal i „The Hurt Locker. W pułapce wojny”. Ale w stawce są też bracia Coen, którzy nie trafili do tego zestawienia niespodziewanie. Co ważniejsze, nagrody Gildii Scenarzystów niewiele nam powiedzą (będą przyznane 20 lutego), ponieważ „Bękarty wojny” nie były brane pod uwagę z powodów proceduralnych samej gildii (podobnie wiele innych filmów, między innymi „Odlot”). Więcej światła na sytuację mogą rzucić Brytyjczycy, ale ich nagrody w większości kategorii często nie pokrywają się z amerykańskimi. Tarantino moim zdaniem wydaje się najbliżej nagrody, ale dużo zależy od tego, czy Akademia nie rzuci wszystkich honorów w kierunku „The Hurt Locker”, żeby ostateczny „zestaw” nagród nie miał zbyt wielu luk i wyglądał przyzwoicie. Sprawa otwarta, BAFTA i WGA pomogą, ale do końca będzie to kategoria, w której ostatecznego zwycięzcy będziemy wypatrywać z dużą niecierpliwością.
Jeżeli mowa o niecierpliwości, to doszliśmy do kategorii, która, oprócz najlepszego filmu, jest dla mnie największą niewiadomą. Miesiąc temu pisałem, że Carey Mulligan jest faworytką, a Meryl Streep weteranem, który może popsuć młodej debiutantce zabawę. Dzisiaj sytuacja wygląda całkiem inaczej. Meryl Streep co prawda dalej może pomieszać szyki, ale Sandrze Bullock, której nazwisko dość późno pojawiło się na oscarowym radarze, lecz bardzo szybko zrobiło furorę. Bullock była lekką niespodzianką rozdania Globów, kiedy pokonała Mulligan, a Streep bez problemu wygrała swoją kategorię (komediową). Niemniej nagroda Gildii Aktorskiej była już bardzo dużym zaskoczeniem i punktem zwrotnym wyścigu pań po rycerzyka. Ciągle jednak nie wierzę, że Bullock jest pewniakiem, choć zestaw Glob za rolę w dramacie i nagroda SAG mogłyby to sugerować. Brak nominacji do BAFTA dla Bullock był pewny, ponieważ jej film „The Blind Side” nie był przez Brytyjczyków brany pod uwagę. Teoretycznie więc aktorka nie została bynajmniej pominięta dlatego, że w oczach Wyspiarzy nie spisała się najlepiej, i – także teoretycznie – brak nominacji do BAFTA nie powinien jej zaszkodzić. Teoretycznie tak, ale jest jedno „ale”. Rozdanie nagród brytyjskiej akademii filmowej odbywa się dzień po tym, gdy członkowie Akademii otrzymają swoje karty do głosowania, a także są to ostatnie w sezonie istotne nagrody aktorskie. Istnieje szansa, że Akademia zagłosuje (a przynajmniej jeszcze raz zastanowi się nad głosowaniem) na zwyciężczynię BAFT-y, bo będzie o niej najlepiej pamiętała. Sandra Bullock nie może tutaj nic zdziałać. Jeżeli wygra Streep, to nie mam pojęcia, co się stanie w Kodak Theater. Jeżeli wygra Mulligan, to także nie mam stuprocentowej pewności, ale z większym spokojem obstawiać będę ostateczny tryumf Bullock. Podobnie jak w kategorii scenariuszowej, czekam na ten werdykt z wielką niecierpliwością.
No i wreszcie najważniejsza kategoria – najlepszy film. Z kilku przyczyn, między innymi wspomnianych we wcześniejszym tekście, jest za wcześnie, by obstawiać pieniądze na jakikolwiek film. „Avatar” według stowarzyszenia prasy zagranicznej (Złoty Glob) jest najlepszym dramatem. Podobnie jak w przypadku kategorii reżyserskiej nagroda ta nie przekłada się na oscarowy sukces tak często, jak można by sądzić (Globami w ostatnich latach były nagradzane między innymi „Aviator”, „Pokuta”, „Babel”, „Tajemnica Brokeback Mountain” czy „Godziny”). Z drugiej strony „Avatar” jednak przecież ten Glob dostał i na dzień dzisiejszy jest to najważniejsza nagroda, jaką udało się filmowi Camerona zdobyć. Chłodno kalkulując, wszystkie dotychczasowe nagrody – sam Glob, nawet wsparty drugim za reżyserię – to zdecydowanie za mało. Jednak to wszystko, co pisałem o „Avatarze” kilka akapitów wyżej, rozpatrując szansę Camerona, znajduje nawet większe zastosowanie tutaj. Wielkie, barokowe wręcz widowisko zrealizowane z wielką pompą i rozmachem, zarabiające kosmiczne pieniądze aż się prosi, żeby być nagradzane, i gdyby nie jedna nagroda sezonu, byłbym pewien, że Akademia uzna film Camerona za najlepszy. Po stronie „Avatara” niewątpliwie stoją rekordowe przychody, a kto kocha kasę bardziej niż producenci? Można było się zatem spodziewać, że gildia producencka ozłoci Camerona i Landaua swoim laurem. Jednak stała się rzecz niespodziewana i mogę ją spokojnie nazwać najważniejszym punktem zwrotnym tegorocznego wyścigu. „The Hurt Locker”, który zarobił mizerne 12 milionów dolarów, został uznany przez producentów najlepszym filmem. Ktoś może powiedzieć, że to żadna niespodzianka, skoro film zgarnia nagrodę za nagrodą. Prawda, ale do tej pory były to nagrody krytyków, a ci, jak wiadomo, inaczej patrzą na filmy niż ludzie, którzy rzeczywiście je robią.
„The Hurt Locker” był w poważnych tarapatach. Poległ na rozdaniu Złotych Globów, a tydzień później nie otrzymał nagrody dla najlepszego zespołu aktorskiego od Gildii Aktorów. Następnego dnia miał zostać wbity gwóźdź do trumny filmu Bigelow w postaci nagrody producentów dla „Avatara”, tak się jednak nie stało. Po otrzymaniu dwóch silnych ciosów (Glob, SAG) „The Hurt Locker” podniósł się z kolan, wymierzył dwa jeszcze silniejsze (DGA, PGA) w kierunku filmu Camerona i teraz jest faworytem, ale do ostatecznego sukcesu jeszcze długa droga. Wcześniej wspomniałem, że SAG Award za najlepszy zespół powędrował w inne ręce niż Jeremy’ego Rennera i jego towarzyszy broni. Oczywiście tę nagrodę dostał film, który na nią w stu procentach zasługiwał, czyli „Bękarty wojny”. Film Tarantino w tym wyścigu może okazać się rozjemcą, który pogodzi „Avatara” i „The Hurt Locker”. Zarówno film Bigelow, jak i Camerona mają swoich przeciwników. Tego drugiego boją się aktorzy, którzy na dalekim horyzoncie widzą erę bezrobocia, gdy tylko garstka grać będzie już nie na planie w kostiumach, ale z kropkami założonymi na twarz. Oczywiście wyolbrzymiam, ale jednak takie obawy istnieją. Poza tym film zbiera niepochlebne opinię za swoją prostolinijność, schematyczność, a miejscami głupotę. Z kolei film Bigelow niewielu widziało. Ci, którzy go oglądali, mogą ocenić, że jest za wcześnie na nagradzanie obrazu o koflikcie irackim (mimo że ta tematyka, pozornie najważniejsza, jest tak naprawdę tłem dla o wiele ważniejszych rzeczy) albo po prostu stwierdzić, że to film trudny i zbyt nudny.
I właśnie tutaj otwiera się furtka dla „Bękartów wojny”, czyli wirtuozerskiej i brutalnej zabawy z konwencjami kina amerykańskiego, która najwyraźniej podoba się wszystkim. Aby dowiedzieć się więcej, należy poczekać na kilka nagród. BAFTA może co nieco powiedzieć, ale prawdopodobnie powędruje do rąk twórców „Była sobie dziewczyna”, a w kontekście oscarowym nie dowiemy się niczego nowego. Nagroda scenarzystów może zdradzić nieco więcej, ponieważ „Avatar” i „The Hurt Locker” konkurują bezpośrednio w jednej kategorii. Gdyby Mark Boal został nagrodzony, oznaczałoby to, że film Bigelow otrzymał trzy z czterech najważniejszych nagród gildii twórców filmowych, a to już naprawdę dużo. Pewnych rzeczy się jednak nie zmieni. „Avatar” zarobił fortunę i jeszcze długo będzie ją powiększać. „The Hurt Locker” to film trudny, który nie zarobił praktycznie nic. Póki co trzeba jeszcze czekać, ale muszę przyznać, że w tej kategorii zrobiło się wyjątkowo ciekawie.
To tyle, jeżeli chodzi o drugą część przewidywań. Ostatnia odsłona moich rozważań będzie miała miejsce na początku marca. Wtedy rozdane będą już nagrody „drugorzędnych” gildii, także tych technicznych, gdzie również dojdzie do starcia „Avatara” z „The Hurt Locker” (zdjęcia i montaż nie są jeszcze przesądzone). Znani będą także laureaci nagród Gildii Scenarzystów i „brytyjskich Oscarów” a do otwarcia zostanie już tylko jeden zestaw kopert.
Przeczytaj także – Sezon nagród filmowych 2009 – Part 1









Bardzo dobry tekst – mam identyczne spostrzeżenia. Szkoda, że Firth chyba został w tyle. ArteClaireCytuj
Dzięki. Bridges rzeczywiście wydaje się nie do pokonania, ale różnie to bywa. Firth jest już czwarty raz nominowany do BAFTY i może właśnie w tym roku nadeszła pora żeby jego rodacy go nagrodzili. Jeżeli tak się stanie to wskoczy na plecy Bridgesowi. Niemniej to wszystko jest grubymi nićmi szyte, bo Bridges idealnie się wstrzelił w tą kategorię, akurat taką rolą i akurat w tym momencie swojej kariery. To nie może się nie udać. KoleśCytuj
No i stało się – BAFTA dla Firtha, ale sytuacje Bridgesa nie ma to specjalnego wpływu. KoleśCytuj
@Koleś I bardzo dobrze się stało! Nie obraziłbym się jakby identyczne nagrody aktorskie poleciały na Oskarach. Brawo za docenienie Firtha i Mulligan, a tak że Mo’nique (która chyba była jedynym oprócz niezłej głównej bohaterki jasnym punktem przereklamowanego „Precious”). michukCytuj
O identyczne nagrody na Oscarach będzie ciężko, choć coraz częściej mówi się o podziale głosów w kategorii damskiej. Pożyjemy zobaczymy. Bridges, pomimo ostatniego sukcesu Firtha, jest raczej niezagrożony. KoleśCytuj
Ja bym się za Mulligan bardzo nie obraził, bo rólka tres sympa (że tak w stylu bohaterki powiem), a poza jako żem nerd, to ona ma u mnie szczególne względy :) Z nominowanych pań jedynie Mirren nie widziałem – i w gruncie rzeczy każda z pozostałych z wyjątkiem Bullock będzie obiektywnie akceptowalnym wyborem.
A Mo’nique faktycznie w „Precious” zaszarżowała, choć powiedziałbym, że tam ogólnie aktorstwo dobrze się prezentowało (inaczej faktycznie ciężko byłoby to wszystko razem strawić). Rafał Lisowski – NegrinCytuj