Sezon Nagród Filmowych 2009 – Part 1

Kategoria: Opracowania

Do niedawna wszelkie prognozy dotyczące przyszłorocznych zwycięzców Oscarów oparte były o nieco mgliste domysły kinomanów. Mieli oni, co prawda, kilka punktów odniesienia takich jak np. festiwal w Cannes, ale nie zmienia to faktu, że nawigowali „na oślep”. Dopiero parę ostatnich dni dostarczyło rzetelnych „dowodów” na to, kto się liczy, a kto musi jeszcze nad promocją swoich filmów popracować. Grudzień zawsze jest „czasem krytyków”. Stowarzyszenia recenzentów filmowych z poszczególnych miast (lub stanów) USA przyznają nagrody w kategoriach w większości identycznych jak te Oscarowe. Są to dość specyficzne wyróżnienia, ponieważ krytycy nie należą do Akademii, więc to nie oni będą głosować na filmy, które ostatecznie dostaną Oscary. Niemniej wielu członków Akademii dość mocno sugeruje się wyborami recenzentów, niekoniecznie, jeżeli chodzi o ostateczny wybór zwycięzcy, jednak nie da się ukryć, że przedstawiciele prasy filmowej swoimi decyzjami przynajmniej nakłaniają akademików do obejrzenia niektórych obrazów. Oprócz tego oczywistym jest, że krytycy krytykom nierówni – jedni są bardziej wpływowi, inni mniej, a ich stowarzyszeń jest dużo. Ma to swoje korzyści, bo kategorie, gdzie w swoich werdyktach nie mogą oni dojść do konsensusu, najczęściej rzeczywiście okazują się tymi najbardziej emocjonującymi i do samego końca nie da się powiedzieć, kto wygra na pewno. Z drugiej strony, w myśl zasady „jak jeden ci powie, że jesteś pijany, to każesz mu się odpieprzyć i tańczysz dalej, a jak powie ci to pięciu, to idziesz spać”, łatwo określa się pewniaków, kiedy tylko jedno nazwisko pojawia się jako zwycięzca danej kategorii na całym kontynencie Ameryki Północnej.

Pierwszym skowronkiem sezonu były nagrody National Board of Review, rozdane 3 grudnia 2009. Dość nieoczekiwanie w kategorii „najlepszy aktor drugoplanowy” zwyciężył  Woody Harrelson za film „The Messenger” i dzięki tej niespodziance prawdopodobnie zgarnie drugą nominację do Oscara w karierze. Uhonorowany za debiut reżyserski został między innymi Duncan Jones za film „Moon”. Sama nagroda nie oznacza zbyt wiele w kontekście oscarowym, ale sam fakt, że ten „mały” film gdziekolwiek się pojawił, automatycznie zwiększa jego szanse. Cieszy także nagroda dla debiutantki Carey Mulligan w głównej kategorii aktorskiej. Podobno jej rola w „Była sobie dziewczyna” to objawienie, które równie dobrze może być narodzinami nowej gwiazdy wielkiego formatu. Reszta decyzji, które mi się podobały, to niestety pominięcia. Ani słowem nie wspomniano o „Dziewięć” Roba Marshalla, co mnie cieszy, bo nie jestem zbyt entuzjastycznie do tego filmu nastawiony. Podobnie, jeżeli chodzi o kilka innych dużych premier tego roku, takich jak „Avatar” czy „Nostalgia anioła”, które wydają się łasić do nagród. Tyle w kwestii pominięć, w najważniejszej kategorii wygrało natomiast „W chmurach” Jasona Reitmana, zgarniając nagrody za scenariusz, aktora pierwszoplanowego (Clooney) i aktorkę drugoplanową (Kendrick). Drugim tryumfatorem był kolejny nagrodowy pewniak, „Invictus” Eastwooda (nagrody za reżyserię i aktora pierwszoplanowego dla Morgana Freemana). O ile laury dla filmu Reitmana wydały się oczywista, bo przed jakimikolwiek nagrodami to właśnie on był typowany do roli faworyta, o tyle sukces Eastwooda niestety przyprawił mnie o ziewnięcie. Nic nie mam przeciwko kinu Clinta, ale to tak jak z mistrzostwami w siatkówce. Fajnie pooglądać, jak wszyscy się męczą w rozgrywkach grupowych, ćwierć- i półfinałach, ale oglądanie kolejnego zwycięstwa Brazylii jest po prostu nudne.

Na szczęście w  kolejnych dniach, aż do 22 grudnia (nagrody krytyków z Florydy i Phoenix), rozpruł się worek z nagrodami krytyków i sprawy potoczyły się całkiem inaczej, niż można by wnioskować po rozdaniu NBR. Większość recenzentów zgodnie uznała „The Hurt Locker” za najlepszy film roku, a niemal wszyscy okrzyknęli Kathryn Bigelow najlepszym reżyserem. Film ten ma dość nietypowy „bieg”, jeżeli można to tak nazwać. Był wyświetlany na kilku festiwalach jeszcze w 2008 roku (m.in. Wenecja, Toronto, Montreal), gdzie zdobył parę nagród, ale jeszcze wtedy nie mówiło się o nim zbyt głośno. Do nagród Independent Spirit Awards startował jeszcze w zeszłorocznym sezonie i jego obecność została zaznaczona jedynie dwoma nominacjami aktorskimi (Jeremy Renner i Anthony Mackie). Nie było słychać ani o Bigelow, ani o scenarzyście Marku Boalu, że już nie wspomnę o nominacji dla samego filmu, który do dystrybucji w Stanach (trudno nazwać ją „szeroką”) trafił dopiero pod koniec czerwca 2009 roku – do kin w Los Angeles i Nowym Jorku. Data premiery okazała się wyjątkowo niefortunna(dwa dni po drugiej części „Transformers”), ale obraz Bigelow obronił się przed natłokiem wakacyjnych superprodukcji i kilka tygodni później dwukrotnie zwiększono liczbę kin, w których był wyświetlany. Już wtedy zaczęto bardzo cicho mówić o ewentualnych nagrodach, ale nikt do końca nie wierzył, że może się to udać. Wczesna data premiery, film niełatwy, bez nazwisk (z wyjątkiem nieco zapomnianej Bigelow), ryzyko zbyt wczesnego poruszenia tematu irackiego – to wszystko świadczyło dość silnie na niekorzyść produkcji. Niemniej, miesiąc po miesiącu „The Hurt Locker” ciągle zajmował mocną pozycje wśród prognoz i wszyscy dość niecierpliwie czekali, czy rzeczywiście jakość filmu jest w stanie zatriumfować nad „czynnikami zewnętrznymi”. Nagrody NBR mogły się wydawać gwoździem do trumny i znakiem, że o filmie Bigelow jednak zapomniano, ale kilka dni później wszystko się zmieniło. Teraz jest to ciągle „jeden z”, ale nie najpoważniejszy kandydat do głównej nagrody sezonu. Dlaczego? Bo ciągle nie da się do końca uwierzyć, że tak „mały i trudny” film jest w stanie tego dokonać. Nie zostać zapomnianym to jedna sprawa, ale stawać w szranki z mistrzami strategii sezonu nagród („Avatar”, „Dziewięć”, „Invictus”, „Nostalgia anioła”) to już zupełnie co innego.

Bękarty Wojny

Inne filmy, które na poważnie kandydują do miana najlepszego w oczach akademii, to między innymi „W chmurach” Jasona Reitmana, „Bękarty wojny” Tarantino i „Precious” Lee Danielsa. Te trzy obrazy na dzień dzisiejszy posiadają realne szansę na zwycięstwo w najważniejszej kategorii Oscarowej. Film Reitmana do niedawna wydawał się najmocniejszy, bo pierwsza nagroda sezonu (NBR) automatycznie wywindowała go na szczyt listy i przez cały okres nagród krytyków radził sobie nieźle (zgarniając głównie nagrody aktorskie i za scenariusz), aż tu niespodziewanie Gildia Aktorów nie przyznała „W chmurach” nominacji dla zespołu aktorskiego (pomimo aż trzech indywidualnych nominacji aktorskich). Nie jest to jakaś wyjątkowa tragedia, ale jednak wyraźny sygnał osłabiający szansę tego filmu w wyścigu po Oscara (bo nominacja jest niezagrożona). Film Tarantino jest ciekawym przypadkiem, ponieważ podobnie jak w przypadku „The Hurt Locker”,                      nikt nie brał go na poważnie. Owszem, świetnie się na nim bawiliśmy (niektórzy nie), ale od „Pulp Fiction” minęło już 15 lat, a Akademia w sprawie Quentina milczy. Jasne – pojawiają się głosy, że przez ten czas nie było go za co nagradzać. Niech będzie i tak, ale wizualnie wysmakowane „Kill Bille” nie doczekały się nawet jednej nominacji technicznej, a to już można odczytać jako celowe pomijanie. Niemniej Tarantino wydawał się tym nie przejmować i dalej dobrze bawić w swoim stylu. Nagle jednak okazało się, że robiąc film po swojemu, ale narzucając sobie troszkę większy rygor (nic dziwnego, skoro siedział nad filmem przeszło 10 lat), stworzył wyjątkowo dobry, niegłupi i miejscami fascynujący film. Co więcej, może się okazać, że właśnie dzięki niemu wróci do łask Akademii, bo coraz częściej wymienia się go w pierwszej piątce filmów roku. Czy coś z tego będzie? Najbardziej prawdopodobna wydaje się nagroda za scenariusz, ale nie ma w tej kategorii łatwych przeciwników („A Serious Man” Coenów, zgarniający nagrody krytyków „500 dni miłości”, no i oczywiście „The Hurt Locker”). Dodatkowo dość pewnym wydaje się kilka nominacji „technicznych” (zdjęcia, montaż, scenografia, kostiumy), więc na szczycie tego tortu pewnie znajdą się trzy nominacje dla Tarantino. Czy którakolwiek zamieni się na statuetkę? Trudno powiedzieć, ale moim zdaniem może to być największy przegrany wieczoru z tylko jedną nagrodą aktorską – ale o tym później.

Inne filmy, które prawdopodobnie dostaną nominację (bo jest ich do rozdania aż 10), za najlepszy film to „Była sobie dziewczyna”, „Odlot”, „Invictus” i „Avatar”. Pozostałych nie jestem pewien. Szczególną uwagę należy zwrócić na najnowszy film Camerona, który jako jedyny z powyższych „pnie się do góry”. Bardzo późna data premiery, epicki rozmach, wielkie widowisko, efekty, jakich świat nie widział, i do tego wszystko w 3D. Gdyby film miał premierę w wakacje, do sezonu nagród emocje mogłyby opaść, ale teraz mówi się tylko o „Avatarze” i po ogłoszeniu nominacji gildii reżyserów i producentów może on bardzo szybko stać się głównym kandydatem do nagrody. Natomiast wielkich nadziei nie wiązałbym z „Dziewięć”, który ponoć okazał się wyjątkowym niewypałem sponiewieranym przez krytykę (żadnych istotnych nagród do tej pory nie zgarnął). Podobnie opinie krążą o „Nostalgii anioła” Petera Jacksona, który pomimo że znakomity aktorsko, jest osiągnięciem raczej średnim.

W chmurach

Najwięcej uwagi oczywiście będzie się poświęcać pierwszoplanowym kategoriom aktorskim i muszę przyznać, że w tym roku jest na co popatrzeć. Ani wśród kobiet, ani wśród mężczyzn nie ma jeszcze stuprocentowego faworyta, co oczywiście dodaje wyścigowi atrakcyjności, ale powiem więcej: w przypadku panów w zasadzie każdy z piątki faworytów do nominacji może wygrać. Dużo nagród krytyków otrzymał George Clooney za rolę w filmie „W chmurach” i statystycznie rzecz biorąc, jest pierwszy w kolejce. Rola podobno najlepsza w jego karierze, a to oczywiście nie może mu zaszkodzić. Niemniej w przypadku boskiego George’a trzeba sobie zadać pytanie: czy nie za dużo i nie za szybko?. Relatywnie niedawno dostał Oscara za „Syrianę”, która moim zdaniem (i chyba nie tylko) była nagrodą za całokształt jego dokonań tamtego roku (był także producentem „Syriany”, a także zrealizował „Good Night and Good Luck”). Dwa lata wcześniej pojawiła się pierwsza pierwszoplanowa nominacja, ale nikt nie brał pod uwagę, że wygra – Day-Lewis był zbyt dobry, żeby nie otrzymać statuetki. Teraz Clooney jest na czele, ale czy urósł w oczach akademii do rangi aktora „dwuoscarowego”, zarówno w pierwszym planie, jak i drugim? Nie wiem, ale moim zdaniem może być jeszcze za wcześnie. Takich problemów nie ma natomiast Morgan Freeman, który swoją rolą Nelsona Mandeli zdaje się błagać o Oscara. W jego przypadku Akademia nie powinna mieć skrupułów przed drugim Oscarem, bo Freeman to już legenda aktorska. Pytanie tylko, czy rola rzeczywiście jest w stanie wytrzymać jakościowo z innymi kreacjami tego roku? Sądząc po nagrodach krytyków – nie do końca. Wcześniej wspomniany Jeremy Renner i „The Hurt Locker” to czarny koń tego wyścigu, nowicjusz, dla którego niemal pewna nominacja sama w sobie będzie już nagrodą, ale moim zdaniem ma szansę na Oscara (pomimo pominięcia na Złotych Globach) i to jemu będę kibicował. Na niekorzyść działa niestety „rozmiar” filmu, no i większość głosujących zapyta: „kto to, do ciężkiej cholery, jest Jeremy Renner?”. Kolejni dwaj panowie, którzy na pewno dostaną po nominacji to Jeff Bridges za „Crazy Heart” i Colin Firth za „A Single Man”. Obydwaj mają wspólny status pokrzywdzonych, choć w innym stopniu. Firth pierwszy raz zatańczy z Oscarem (choć wielu uważa, że powinien już wcześniej, to gdy przychodzi do wymienienia roli, za jaką miałby zostać nominowany, nagle wszystkie głosy milkną). Nagroda w Wenecji może działać na korzyść, lecz do w pełni poważnego traktowania będzie potrzebował co najmniej jednej nagrody z wielkiej trójki (Glob, BAFTA, SAG), a to nie jest wykluczone. Bridges natomiast to czterokrotnie nominowany weteran, który karierę rozpoczynał w latach 70. w głośnym „Ostatnim seansie filmowym”. Aktor moim zdaniem znakomity, ale film robiony zdecydowanie pod Bridgesa i nagrodę za pierwszy plan. Analogie do „Pod czułą kontrolą” są oczywiste i jeżeli miałbym kogoś obstawiać, to jest to Bridges w roli zapijaczonego muzyka country powracającego do łask bliskich i publiczności.

Była sobie dziewczyna

Sytuacja w żeńskiej kategorii wygląda nieco inaczej. Jest oczywiście Meryl Streep, która najwyraźniej postanowiła sobie, że wreszcie dostanie trzeciego Oscara. Tym razem ma jej go przynieść rola Julii Child w filmie „Julie & Julia”. Oczywiście żartuję z tym postanowieniem, bo Meryl Streep jest po prostu boginią aktorstwa i za cokolwiek się nie zabierze, rezultat jest co najmniej bardzo dobry. Podobnie jak w zeszłym roku wojuje w tym sezonie dwoma rolami, bo także tą z „To skomplikowane”, z tym że teraz obydwie są komediowe, a w kontekście Oscara to lekkie osłabienie. Za 0bie role dostała nominacje do Globa i jedna z nich na pewno zamieni się na nagrodę. Nie można jednak zapominać, że będzie to Glob za rolę komediową, a do rozdania jest jeszcze wyróżnienie za dramatyczną, gdzie faworytką jest debiutująca w „Była sobie dziewczyna” Carey Mulligan. Zwykle debiutantce nie daje się zbyt większych szans na sukces, szczególnie gdy Akademia dostaje kolejną okazję do nagrodzenia Streep. Niemniej tym razem jestem gotów traktować Mulligan jako poważną kandydatkę (a nawet faworyta) do nagrody, bo szczerze przyznam, że nigdy nie widziałem tyle szumu wokół debiutantki i tylu pochwał za rolę w filmie trochę przygasającym już na rynku amerykańskim. Gdyby była to po prostu „tylko” dobra rola, już dawno nikt o niej by nie rozmawiał. Mamy więc w miarę równy podział na Globach. BAFTĘ niewątpliwie dostanie Mulligan, bo „Była sobie dziewczyna” to film brytyjski, który cieszy się na Wyspach wyjątkową popularnością. Z wielkiej trójki pozostaje do rozdania ta potencjalnie najważniejsza, czyli nagroda gildii. Jeżeli wygra Streep, to dwie panie idą do Kodak Theater z równymi szansami. Jeżeli Mulligan, to właśnie ona dostaje Oscara. Natomiast jeśli wyróżnienie otrzyma ktokolwiek inny, to wtedy zaczną się prawdziwe jaja. Tą „inną” może być kolejna debiutantka – Gabourey Sidibe. Głosy krytyków mówią, że to ona, w duecie z Mo’Nique, jest siłą napędową „Precious”, i gdyby sam film miał uzyskać większe uznanie w oczach np. prasy zagranicznej (Globy), to kolejna debiutantka stałaby się bardzo mocnym konkurentem, choć nie tak mocnym jak Streep i Mulligan, które na tym etapie nie potrzebują już siły filmu, aby zostać przepchniętymi na szczyt listy.

Natomiast w kategoriach drugoplanowych nie ma niespodzianek i na tym etapie jestem w stanie powiedzieć, że prawdziwa „walka” rozgrywa się tylko o nominacje do Oscara, bo zwycięzców już znamy. Christoph Waltz za swoją kreację Hansa Landy w Tarantinowskich „Bękartach wojny” został wyróżniony niemal każdą nagrodą krytyków, otrzymał także nominację do Globa i SAG Award (które zapewne zamienią się na nagrody). Trzeba przyznać, że jego brawurowa kreacja kokietującego, acz bezwzględnego esesmana nie ma sobie równych. Część sukcesu należy przypisać Tarantino, który wygrzebał tego aktora z drugiego planu niemieckich produkcji telewizyjnych i pokazał światu, na co go naprawdę stać. Niemniej to Waltz jest prawdziwą gwiazdą „Bękartów” i wręcz włada ekranem swoim wdziękiem, charyzmą, humorem i dwulicowością. Moim zdaniem Oscar murowany. W tej kategorii swoją obecność zaznaczył inny nieznany dotąd aktor – Christian McKay. Jak na nowicjusza dostał on od Richarda Linklatera w filmie „Me and Orson Welles” wyjątkowo ciężkie zadanie. Sam fakt, że jego nazwisko pojawia sie nieraz wśród nominowanych (a czasem nawet zwycięzców), świadczy o tym, że nieprzeciętnie wywiązał się z roli sportretowania legendy kina. Walczy co prawda tylko o nominację, ale i tak dobrze mu życzę, bo ma kilku silnych konkurentów ze statusem „pokrzywdzonych” (Matt Damon, Christopher Plummer, Stanley Tucci, Alfred Molina).

Avatar

Na kobiecym drugim planie nie mniejsze tryumfy niż Waltz święci Mo’Nique. Rola zwyrodniałej matki głównej bohaterki niezależnego filmu „Precious” już została okrzyknięta jedną z najlepszych kreacji tego roku (niezależnie od rozmiaru roli). Nie wydaje mi się, aby dalsze nagrody miały pójść w innym kierunku niż dotychczasowe. Silnym konkurentem dla Mo’Nique jest Anna Kendrick w filmie „W chmurach”, czyli ponowne „odkrycie” tego roku. Niemniej wydaje mi się, że młoda jeszcze aktorka ma czas na poważniejszy rozwój kariery, a pewna już nominacja powinna jej na dzień dzisiejszy wystarczyć. Oczywiście nie jest bez szans, ale tutaj dużo zależy od ogólnego poklasku dla filmu Reitmana.

I tak pokrótce wygląda sytuacja sezonu nagród pod koniec roku kalendarzowego. Póki co jesteśmy w punkcie, gdzie jeszcze wiele się może zdarzyć. Styczeń przyniesie bardzo istotne nominację Gildii Reżyserów i nagrody Gildii Aktorskiej, mniej ważne z perspektywy Oscarów Globy i nominacje do BAFTA Awards. Wtedy już będzie można na spokojnie przysiąść i wytypować, kto 3 lutego dostanie nominacje do Oscara, co też oczywiście uczynię.

Złote Globy – nominacje

SAG Award – nominacje

Nagrody Krytyków:

- Austin

- Boston

- Chicago

- Dallas

- Detroit

- Florida

- Houston

- Las Vegas

- Los Angeles

- National Board of Review

- New York

- New York Online

- San Diego

- San Francisco

- Southeastern

- St. Louis

- Toronto

- Utah

- Washington

od Richarda Linklatera

Komentarze (4) do artykułu “Sezon Nagród Filmowych 2009 – Part 1”

Skomentuj (Ustaw swój awatar)